





Wieczorny felieton autorstwa duchowego wnuka Boya-Żeleńskiego, który popija piwo i śmieje się z politycznego jarmarku.
No i stało się. Donald Tusk zrekonstruował rząd. I jak to u Donalda – z rozmachem, z dramatyzmem i z odpowiednią dawką teatralnego gestu. Jedni zobaczyli w tym „Manifest PKWN”, inni – jak zawsze – „kres demokracji”, „dyktaturę sądów” albo „nowe rozdanie kart przez europejskiego krupiera”. A najbardziej obrazili się ci, którzy co tydzień ogłaszają koniec świata. Tym razem też nie zawiedli.
Robert Gwiazdowski, felietonista „Rzeczpospolitej” – tej samej, która jeszcze niedawno udawała powagę, a dziś przypomina szlachetniejszego kuzyna „Sieci” – tradycyjnie już wieszczy katastrofę. Tym razem wzbił się na wyżyny patosu, porównując rekonstrukcję rządu do ogłoszenia Manifestu PKWN. No i dobrze. Wreszcie jakaś promocja na metafory historyczne. Kup jeden totalitaryzm, drugi dostaniesz gratis.
Ale zacznijmy od klasyka: „Wybiła godzina odwetu” – jak w PKWN. Tylko że ten odwet Tuska przypomina raczej delikatną operację plastyczną państwa niż polityczną czystkę. Trochę PR-owego szumu, trochę przesunięć kadrowych, parę znanych twarzy odstawionych na boczny tor, kilka świeżych postaci – i gotowe. To nie jest żadna rewolucja, tylko porządkowanie salonu po ośmiu latach demolki, urządzonej przez ekipę specjalizującą się w wieszaniu zasłon z logo Tv Republika, Trwam i PiS.
A że profesor Adam Bodnar ustąpił? No cóż – kto zna profesora, ten wie, że zrobił to z klasą i z myślą o sprawie. Nie trzyma się kurczowo stołka, nie występuje z dramatycznymi apelami. Odchodzi cicho, po dżentelmeńsku – jak ktoś, kto zrobił, co mógł, i zostawia pole następcy.
A następca to nie byle kto – Waldemar Żurek, sędzia-symbol. Twarz niezłomnego sądownictwa, ikona oporu wobec demolki wymiaru sprawiedliwości, człowiek, którego widok działa na pisowców jak czosnek na wampiry. A że teraz został ministrem? Słusznie. Po tylu latach tłumaczenia społeczeństwu, czym różni się legalność od partyjnej lojalności, należy mu się coś więcej niż pogróżki w anonimowych komentarzach.
Najbardziej jednak wzruszający był widok Andrzeja Dudy, który – niczym nadąsany wujek na weselu – musiał zaprzysiąc ludzi, których nazwisk nie zna, a których twarze kojarzy co najwyżej z wieczornych serwisów w TVN. Gdyby nie podpowiedzi od Kamińskiego i Macieja z ochrony, zaprzysięgałby ministrów w odwrotnej kolejności – od Grendy do Żurka, jak alfabet recesji.
Ale błysnął też nowy prezydent elekt, Karol Nawrocki. Spotkał się z marszałkiem Hołownią – „rozmawiali o inicjatywach ustawodawczych”, co zapewne oznaczało godzinne milczenie przeplatane uprzejmym kaszlem. Nawrocki, jak wiadomo, ma temperament jak broszura IPN-u: suchy, ciężki i nieczytelny. Jego deklaracja, że „wcale mu się nie spieszy do spotkania z premierem Tuskiem”, przypominała focha licealistki, która właśnie odkryła, że jej chłopak lajkuje Trzaskowskiego.
A propos Trzaskowskiego – pojawiły się głosy, że może jednak wygrał te wybory. W końcu – jak mówi jeden z doktorów nauk społecznych (najpewniej ekonomicznych) – „tryb się zawsze znajdzie”. A jak się nie znajdzie, to się go dorobi. W końcu mamy tylu konstytucjonalistów, ilu kucharzy w „MasterChefie”.
Tymczasem środowiska PiS wpadły w coś między furię a spazm. Rzucają z okien komentarza do felietonów, latają od redakcji do Twittera, od Klubu Ronina po Klub Miłośników Macierewicza. Każdy coś pisze, każdy coś analizuje. Ich ból po rekonstrukcji rządu można porównać tylko do rozczarowania klienta, który liczył na nową grę w Biedronce, a dostał puzzle z Frasyniukiem. Groźni? Może. Ale głównie dla siebie. Ich polityczne IQ spadło już tak nisko, że można by nim przebić pokład węgla brunatnego.
I tu znów wraca nasz niezawodny Robert Gwiazdowski, komentujący świat z pozycji salonowego stoika, który od lat kąpie się w cynizmie i sam sobie udziela rozgrzeszenia. Jego teksty w „Rzeczpospolitej” są jak niekończąca się msza za utracone wolności podatkowe. Tym razem porównał Tuska do komunistów z 1944 roku – i pewnie myślał, że to obelga. A tymczasem wyszło śmiesznie. I niech tak zostanie.
Po drugiej stronie – dziennikarze, analitycy, wieszcze. Twierdzą, że rekonstrukcja to sygnał słabości. Że PO się boi. Że Tusk ucieka do przodu. No jasne. Tusk się boi. Jak Chuck Norris boi się własnego cienia. Ta rekonstrukcja to raczej chłodna kalkulacja lidera, który wie, że walka o praworządność to nie tylko obowiązek – to także polityczna szansa. A że zrobiona z ironią i dobrym stylem? Tym lepiej.
A teraz, drodzy Czytelnicy – szykujcie się na sierpień. Gorący, spocony jak kłótnia w wiejskiej remizie o to, kto rozlał Żubrówkę. Bo jeśli gdzieś naprawdę dojdzie do powstania – to głównie u Pawłowicz, która już szykuje transparenty z napisem „ZOMO WRÓCIŁO” i zamierza na nowo przesłuchiwać Konstytucję przy świecach.
A dla reszty? Chłodna lemoniada, wakacje i śmiech. Bo śmiech to nasza najskuteczniejsza broń. A w tej rekonstrukcji jest z czego się śmiać: z Dudoprzysięg, Nawrockiego-niedowiarka, Gwiazdowskiego-wieszcza i całej tej zgrai publicystów, którzy zamiast popijać zimne piwo, wieszczą upadek demokracji między jednym a drugim tweetem.
Donald Tusk? On wie, co robi. Bo ten kraj, choć zmęczony, wciąż chce wierzyć, że można coś naprawić. A jeśli jeszcze da się to zrobić z humorem, przyzwoitością i elegancją – to już więcej niż połowa sukcesu.
DOBRANOC, POLSKO. NIE ZAPOMNIJ PRZESMAROWAĆ KONSTYTUCJI OLIWKĄ.

Dodaj komentarz