


Donald Trump chce reanimować Alcatraz za dwa miliardy dolarów. Donald Tusk chce reanimować rząd – oby taniej, choć z niektórymi koalicjantami inflacja emocjonalna idzie w parze z polityczną. Obaj Donaldowie mają obsesję na punkcie więzień. Jeden woli wyspy i mury, drugi gabinety i zamknięte spotkania o 18:00. Jeden marzy o izolacji przestępców w stylu retro, drugi – o izolacji koalicjantów w stylu taktycznym. A wszyscy – jak Polska długa i szeroka – modlą się, żeby ta „rekonstrukcja” nie skończyła się jak remont łazienki z ekipą poleconą przez teścia.
Zacznijmy od Trumpa, bo to jak trailer do filmu, który wszyscy widzieliśmy, ale nikt nie chce przyznać, że zna zakończenie. Gość znowu postanowił zrobić coś wielkiego, amerykańskiego i absurdalnie kosztownego. Otwarcie Alcatraz jako więzienia dla „najgorszych z najgorszych” brzmi jak projekt dyktowany przez algorytm Netflixa: ma być groźnie, drogo i z helikopterem w tle. Problem w tym, że wyspa nie ma kanalizacji, a nawet mewy tam mają PTSD. Ale kogo obchodzi logistyka, kiedy można wciskać kit, że to symbol „silnej Ameryki”? Alcatraz to teraz taki penitencjarny McDonald’s drive-thru dla populizmu.

Zostawmy jednak Amerykę, gdzie wszystko musi być „super” (supermax, supersąd, superkampania), i wróćmy do Polski, gdzie też wszystko ma być super, ale wychodzi jak zwykle. Tu Donald – ten nasz – też ma swoje show. Nazywa się to „rekonstrukcja rządu” i wygląda jak turniej taneczny, w którym Tusk tańczy z wdziękiem, a koalicjanci próbują nadążyć, kopiąc się nawzajem po kostkach. Punkt kulminacyjny? Radosław Sikorski ma zostać wicepremierem.
I tu należy się zatrzymać. Bo to nie byle kto. To człowiek, który mógłby wykładać dyplomację z Londynu przez Nowy Jork aż po Twittera. Wicepremier Sikorski to upgrade, nie kompromis. Tusk nie bierze przypadkowych ludzi do gabinetu – on buduje zaufany klub ludzi, którzy wiedzą, gdzie leży granica między stylem a groteską. Sikorski, w roli wzmocnienia MSZ i politycznego partnera, to nie jest bonus. To sygnał: premier wie, co robi. I nie potrzebuje do tego zgody związków zawodowych partii koalicyjnych.
No właśnie – koalicjanci. Tu się zaczyna odcinek „Trudne sprawy: Sejm edition”. Cztery superresorty, jak z bajki o czterech żywiołach: gospodarka dla Domańskiego (żywioł Excel), energia dla PSL-u (żywioł ropa i jabłka), mieszkalnictwo dla Polski 2050 (żywioł wishful thinking), a praca i rodzina dla Lewicy (żywioł memy i frustracja). Słodka zupa z politycznego kompromisu, przyprawiona ego i gotowana na małym ogniu. Gdyby to był przepis, brzmiałby: „Weź cztery partie, każdej daj coś dużego, ale nie za dużego, bo się obrażą, i mieszaj do utraty spójności”.
A gdzieś obok tego politycznego kabaretu, w cieniu fleszy i „nieoficjalnych informacji”, pojawia się cholera – dosłownie. Jeden przypadek w Polsce, niby nietoksyczny szczep, ale jednak coś złowrogiego w tym, że choroba z XIX wieku przypomina o sobie w czasie, gdy kraj zajęty jest podziałem resortów i pytaniem: „Czy PSL może dostać atom?”. Trzeba przyznać, że Polska to kraj, który potrafi zarządzać jednocześnie rekonstrukcją rządu, ogniskiem epidemicznym i jeszcze – dla kontrastu – danymi GUS o rynku pracy, które pokazują, że zarabiamy więcej, ale coraz mniej nas pracuje. Polska: kraj, w którym jak nie masz pracy, to masz nadzieję. A jak masz nadzieję, to możesz ją wpisać w CV.
A jakby jeszcze było za spokojnie, to Kaczyński odpala wyrzutnię frustracji i celuje w prof. Zolla, który – jak sam mówi – „obciera i idzie dalej”. Dwa zdania więcej klasy niż cała kampania wyborcza opozycji razem wzięta. W tym kraju to już nie konstytucja jest podstawą demokracji, tylko grube skóry prawników i cienkie nerwy obywateli.
I wtedy nadchodzi wiadomość: zmarł generał Waldemar Skrzypczak. Człowiek z innej epoki. Dowódca, który wiedział, co to znaczy odpowiedzialność i który więcej zrobił dla obronności niż połowa współczesnych decydentów razem wzięta. Gdyby żył, spojrzałby na rekonstrukcję rządu i powiedziałby: „Chłopcy, to nie jest sztab. To casting do roli w telenoweli”.
Podsumujmy: Ameryka buduje więzienie jak z filmu, Polska rekonstruuje rząd jak z kabaretu. Trump szuka symboli siły, Tusk szuka ludzi, którzy nie zrobią mu wstydu. Koalicjanci marzą o superresortach, które będą miały superproblemy. W tle umiera generał, wchodzi cholera, a wicepremierem zostaje człowiek, który wie, jak wypowiedzieć słowo „dyplomacja” bez bełkotu.
To wszystko razem składa się na kraj, w którym wszyscy coś budują – tylko nie zawsze wiadomo, po co i dla kogo.
I niech mi ktoś powie, że to nie jest wielki projekt cywilizacyjny.

Dodaj komentarz