REKONSTRUKCJA WILLOWA: JAK PEŁCZYŃSKA-NAŁĘCZ ZAJĘŁA CAŁĄ KANAPĘ

Warszawa

Witamy w nowym sezonie „Rząd dla Ludzi™”, czyli serialu politycznego, który sam siebie już nie ogląda, bo dawno zgubił scenariusz, a i reżyser wpadł w depresję. Nadchodzi rekonstrukcja, czyli rytuał składania ofiary z jakiejś zbędnej ministerki, żeby wszystkie resztki ambicji zamienić na złote klamki i funkcję podsekretarza stanu ds. układania spinaczy w pionie.

Ale uwaga: Hołownia jednak wrócił. Tak! Marszałek-Gwiazda Instagrama był łaskaw zakończyć urlop, żeby znów zająć miejsce przy stole. Musiał uznać, że plaża bez kamer to nie to samo. Powrócił, by na nowo obdarzyć państwo swoją obecnością – niczym świeżo odmalowany mebel w IKEA: błyszczący, niepotrzebny, ale dobrze wygląda w folderze.

W jego zastępstwie przez cały tydzień rządziła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, polityczna wersja powerbanku z funkcją autopromocji. I trzeba przyznać – rozgościła się elegancko. W sobotę przycisnęła samego Tuska w rozmowie, którą nazwała „dyskretną, długą i pełną szacunku”, co w języku politycznym oznacza: „nakrzyczałam na premiera z uśmiechem”.

Bo pani Katarzyna ma plan: „W listopadzie Polska 2050 dostaje fotel wicepremiera. Nie pytam, tylko oznajmiam.” W sumie, jeśli Tusk nie będzie chciał, to zawsze może sama sobie dać nominację. Może jeszcze wymyśli Ministerstwo dla Ego i zostać jego jedynym, dożywotnim kierownikiem.

Ona już wie, co trzeba połączyć, co przesunąć, co zreformować – czyli nic. Ale mówi to z takim przekonaniem, jakby projektowała nowy porządek konstytucyjny, a nie przestawiała biurka w open space. Jej pomysł? Połączyć „mieszkaniówkę” i politykę regionalną, co brzmi jak połączenie żabki z filharmonią – może działa, ale po co?

I tak oto mamy nowy pomysł na rząd. Mniejszy, skuteczniejszy, bardziej „spójny”. Jak to się mówi: mniej ludzi, mniej świadków. Teki tracą różne polityczne zombie: Szejna, Szłapka, Jaworowski – ludzie, których imiona zna tylko ich sekretarka i ten jeden dziennikarz z Polsat News, co zna wszystkich. Niektórzy odchodzą, bo nie mają teki. Inni mają tekę, ale nie mają sensu. A ci, którzy zostają, mają głównie tupet i grafik w Excelu.

Na froncie: Polska 2050 – ugrupowanie nazwane chyba od liczby dni, jakie jeszcze zostały do jej rozkładu. Pełczyńska-Nałęcz, królowa teczek i dama egocentrycznego stoicyzmu, zdaje się mylić „państwo” z „LinkedIn”. Wyhodowała w sobie takie ego, że gdy Hołownia do niej mówi, to najpierw musi czekać, aż echo od niej wróci. Jej walka o funkcję wicepremiera to prawdziwa epopeja pt. „Nie wiem, czy umiem, ale bardzo chcę, więc dajcie mi to natychmiast”.

Lewica? Ach, ci bohaterowie spektaklu „Tupanie nóżką po lewej stronie sali”. Gawkowski i Czarzasty – duet, który zamiast reformy społeczeństwa wywalczył posadki w ministerstwach, które mają budżet mniejszy niż schronisko dla chomików. „Nowa Lewica” – czyli nowa twarz starych ambicji i wiecznej paniki, że Razem zabierze im więcej niż głosy: zabierze sens istnienia.

Gawkowski ogłasza powstanie dwóch superresortów: jeden od gospodarki, drugi od energetyki. Brzmi jak początek marvelowskiej serii o biurokratycznych mutantach. Ale nie dajmy się zwieść – to tylko próba przesunięcia tych samych zblazowanych twarzy do innych gabinetów, gdzie będą mogli z nowym entuzjazmem nie robić nic.

Platforma, z kolei, przypomina Titanic, tylko zamiast orkiestry mamy zespół Mazowsze grający hymn Unii Europejskiej, a Tusk rozdaje pasażerom broszurki: „Jak tonąć z godnością”. On wie, że nic nie działa, ale póki PiS straszy zza rogu jak potwór z szafy, wszyscy udają, że jeszcze warto śpiewać.

I wreszcie PSL. Oni zawsze gdzieś są. Gdzieś między „Zobaczymy po wyborach” a „My tylko przyszliśmy po barszcz”. Ich największym osiągnięciem jest to, że nie wiedzą, gdzie stoją, ale mają plan, żeby tam zostać. Kosiniak już w połowie drogi do zawieszenia mózgu na wieszaku z napisem „konserwatywna racja stanu”.

Rekonstrukcja rządu to nie żadne „odchudzanie gabinetu”. To lifting trupa. Zamiast chirurgii plastycznej – przeszczep władzy z jednej kieszeni do drugiej. Superresorty, które mają działać jak transformersy, ale już na starcie przypominają bardziej rodzinne vany z wyciekającym olejem.

Widzicie, tu nie chodzi o rządzenie. Tu chodzi o dostęp do stolika. O to, kto pierwszy dostanie soczek i ciasteczko od prezydenta. A że prezydent to Nawrocki, czyli uśmiechnięta fasada demolki, to tym bardziej warto się pospieszyć – zanim się zorientuje, że nie wie, kto go tu właściwie posadził.

I dlatego, drodzy państwo, rekonstrukcja jest jak kabaret, tylko bez puenty. Kiedyś robiono to w nocy, z dala od kamer. Dziś robi się to publicznie – bez wstydu, ale za to z grafiką 3D w Faktach o 19:00. A potem wszyscy rozchodzą się do swoich medialnych wygłuszonych nor i opowiadają, że to dla Polski.

Nie. To wszystko dla nich. Dla ich etatów, emerytur, ego. Dla lepszego miejsca na liście. Dla złudzenia, że coś znaczycie. A my? My mamy się bać powrotu Kaczyńskiego z Mentzenem, Braunem i świętym od łzawych śpiewów Brudzińskim. Bo to jedyna rzecz, która was jeszcze trzyma przy stole – strach. A strach to bardzo kiepska waluta przyszłości.

A teraz uwaga, bonus: Polska właśnie wypadła z nieformalnego dyrektoriatu UE. Tak, tego klubu, gdzie spotykają się Francja, Niemcy i Wielka Brytania, żeby ustalić, co się dzieje w Europie, kiedy Amerykanie znów przysnęli. Kiedyś był tam Tusk – teraz mamy tylko jego cień i oficjalne „nie możemy się zobowiązać, bo mamy Mentzena pod łóżkiem”.

W zamian za miejsce przy stole europejskim dostaliśmy kolejne spotkanie w willi. Czyli zamiast geopolityki – kanapki. Brawo, rekonstruktorzy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights