TRZEJ KRÓLOWIE DEMOLKI: HOŁOWNIA, BRAUN I KACZYŃSKI, CZYLI POLITYCZNA ŚWIĘTA TRÓJCA OD SĄCZENIA JADU

Warszawa

Nie wiadomo, co bardziej irytujące: czy Hołownia, który kluczy jak ministrant bez latarki, Braun w roli narodowego egzorcysty na dopalaczach, czy Kaczyński – wielki demiurg chaosu, który znowu poczuł, że pora coś zmienić… czyli wszystko zepsuć jeszcze raz.

Zacznijmy od Marszałka, bo to ten typ faceta, który próbuje jednocześnie mówić do kamery, głaskać konstytucję i flirtować z elektoratem, a kończy, jakby chciał uciec przez okno sejmowe z transparentem „Nie jestem winny, jestem głupi”. Jego Polska 2050 rozbiła się o rzeczywistość z gracją balonika przebitego cyrklem. Hołownia marzył, że będzie jak Jezus z telewizji śniadaniowej – cichy, świetlisty i apolityczny. Tymczasem wpadł w bagno jak wiejski DJ próbujący miksować Chopina z disco polo.

Ale zanim zdążymy się z tego pośmiać, wchodzi Braun – cały na biało-czerwono, z mikrofonem w jednej ręce i atrapą gaśnicy w drugiej. Ten człowiek to nie polityk, to objawienie z epoki kaset VHS, podręcznik do historii przepisany przez paranoika. Prowadzi wiece jakby próbował odprawić narodową mszę polową, tylko zamiast hostii rozdaje miody i przypinki. A jego przemówienia? Gdyby dać mu więcej czasu antenowego, zaanektowałby Litwę i kazał śpiewać „Bogurodzicę” w parlamencie europejskim.

Jednak prawdziwym liderem sabatu polskich szkodników pozostaje niezłomny Jarosław. Król Cieni. Wódz wiecznie urojonego podziemia. Człowiek, który nawet w niedzielę nie potrafi się powstrzymać od ogłoszenia nowej operacji programowej – czyli planu, by jeszcze raz wymyślić Polskę od zera. Taką, w której władza nigdy nie odchodzi, tylko się chwilowo regeneruje w bunkrze na Żoliborzu.

Kaczyński chce zmieniać konstytucję, bo ta obecna – cóż – nie pozwala mu być absolutnym monarchą. Snując wizje „gwarancji suwerenności”, sam bredzi już jak zawodowy panikujący. Gdyby mógł, to by wprowadził stan wyjątkowy od piątku do niedzieli, a w poniedziałki organizował rekolekcje legislacyjne dla opornych.

I tak oto ten intelektualny Kubuś Puchatek prawicy, który pogubił się w miodzie ideologicznym, postanowił atakować autorytety. A jak nie Zoll, to inny profesor – bo trzeba pokazać elektoratowi, że w tej nowej wizji Polski nie będzie miejsca dla ludzi myślących samodzielnie. W końcu każdy myślący człowiek to potencjalny zamach na geniusz wodza.

Tak właśnie wygląda nasz rodzimy teatr polityczny. Na scenie pajac, prorok i cesarz w jednym akcie.

Zamieniliśmy politykę w moralitet dla niedorozwiniętych i kabaret dla zdesperowanych. Z jednej strony Hołownia – wyprasowany, ale pogubiony jak broszura z Ikei bez obrazków. Z drugiej Braun – z wąsikiem jak z gazetki IPN-u i narracją jak z chaty Baby Jagi. A nad nimi krąży Kaczyński – duch wielkiego brata, który obraża profesorów, planuje zamach na konstytucję i głęboko wierzy, że tylko on zna definicję „suwerenności”.

Czy naprawdę musimy wybierać między groteską a grozą?
Czy naprawdę musimy znosić sabat tych trzech mędrców od samozagłady?
A może, po prostu, pora ich wszystkich odesłać do politycznej lamusowni?

Z gaśnicą. Na wszelki wypadek.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights