Jeśli ktoś jeszcze wierzy, że polityka to dziedzina dla poważnych ludzi o poważnych intencjach, to serdecznie zapraszamy do najnowszego odcinka kabaretu pod tytułem „Polska 2050: jak nie zostać, a przetrwać”. W roli głównej – Szymon Hołownia, wiecznie zdziwiony lider środka, który tak bardzo nie chce być z PiS-em, że aż przypadkiem z nimi głosuje.
Nie, to nie pomyłka. Nie, to nie sabotaż. To po prostu alternatywne podejście do logiki politycznej, charakterystyczne dla ludzi, którzy na pytanie „lewo czy prawo?” odpowiadają „a może sok z marchwi?”. Hołownia z przyległościami postanowił bowiem pokazać, że jego partia potrafi być samodzielna. I pokazał to, głosując ramię w ramię z PiS i Konfederacją, czyli grupą polityczną, która marzy o zakazie równouprawnienia i powrocie woźnego do sejmu jako głównego strażnika moralności.
Dla porządku: chodziło o poprawki do ustawy mieszkaniowej. Brzmi jak coś nudnego? Słusznie. Ale właśnie w takich nudnych zakamarkach prawa czai się prawdziwa polityczna perfidia. Bo nagle okazuje się, że poprawka pozwala gminom na wcześniejszą prywatyzację mieszkań zbudowanych za publiczne pieniądze. Innymi słowy – inwestujemy razem, sprzedajemy wybranym. A potem udajemy, że to wsparcie dla prowincji.
Szymon Hołownia tłumaczył to wszystko ze swoim firmowym uśmieszkiem człowieka, który właśnie znalazł w lodówce jogurt sprzed trzech miesięcy i mówi: „spokojnie, jeszcze dobry”. Jego tłumaczenia, że chodziło o „stabilność mieszkaniową”, są warte tyle, co obietnica Konfederacji, że nie będą już mówić o „homolobby”. Czyli nic.
Nie sposób nie zauważyć, że Polska 2050 idzie właśnie drogą, którą Nowoczesna pokonywała z szybkością meteoru wchodzącego w atmosferę. Z wysokiego poparcia zostało 3,4 procent, czyli mniej niż uzyskuje Partia Grzegorza Brauna i mniej więcej tyle, ile ludzi codziennie pisze do Hołowni, że „jest jeszcze nadzieja”. Nie ma.
Jednak to, co najbardziej urzeka w tym przedstawieniu, to konsekwencja. Hołownia nie tylko pokazuje, że nie ma żadnych oporów, by iść na bal z diabłem, ale jeszcze robi to tak, jakby chciał nas przekonać, że diabeł wcale nie istnieje, a róg na jego czole to tylko sprytna antena do odbierania głosów ludu.
W tym wszystkim PiS zacierają ręce. Kaczyński, jak starzec w ogrodzie pełnym wkurzonych krasnali, wie, że wystarczy pokazać marchewkę i już znajdzie się ktoś, kto pogryzie. Dla niego współpraca z Hołownią to idealny sposób na rozbicie obecnej większości – bo Hołownia wygląda przyzwoicie, mówi składnie i nie odpala pochodni pod oknami kobiet. Tylko że na koniec dnia głosuje tak samo jak Braun.
A Donald Tusk? On w tym czasie miesza herbatę bez cukru i mówi, że wszystko idzie zgodnie z planem. Planem czego, nie wiadomo. Może planem, żeby nikogo nie wkurzyć – co, jak wiemy, kończy się zawsze tym, że wkurzeni są wszyscy.
Reasumując: Hołownia nie przegrał dlatego, że popełnił błąd. On przegrał, bo chciał być graczem bez żadnych kart. Bo chciał być politykiem niepolitycznym, w świecie, gdzie nawet maskotki mają sztaby PR. Jego „środek” okazał się równie realny jak środek pieroga – niby jest, ale zawsze zależy od nadzienia. A nadzienie właśnie się skończyło.
Tak więc jeśli myślisz, że polityka cię nie zaskoczy, po prostu włącz sejmowe głosowania. I patrz, jak środek przechodzi w prawicę, a potem udaje, że to lewoskrętna zmiana dla dobra wspólnego. Witaj w Polsce.


Dodaj komentarz