NASI, WASI, I CI Z KOMIKSÓW — MAŁA WYSTAWA, WIELKA BZDURA, JESZCZE WIĘKSZY SEJM

Warszawa

Warszawa, piątek 18 lipca 2025

Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby jednocześnie organizować wystawę o kaszubskich chłopakach wcielonych do Wehrmachtu, odpalać rakiety not dyplomatycznych w stronę Watykanu, ogłaszać polityczny upadek Szymona Hołowni, a na koniec — powołać Jana Urbana na selekcjonera reprezentacji Polski. Ale serdeczne gratulacje, Polska znowu wygrała internet, zanim się jeszcze zalogowała.

Zacznijmy od tej „małej” wystawy. Niby nic, parę plansz, parę listów i gabloty, a w tle wielki wrzask prawicy, że oto Gdańsk stał się nowym Berlinem, tylko z gorszą pogodą i większym problemem z narracją. Bo przecież, jak to tak: mówić, że „nasi chłopcy” to też ci w niemieckich mundurach? W dodatku nie z własnej woli, tylko wcieleni pod groźbą śmierci? Skandal! Zdrada! Zbyt dużo faktów i za mało mitologii! W odwecie politycy, którzy wystawy nie widzieli, postanowili ją skrytykować, na wszelki wypadek, żeby nie ryzykować kontaktu z rzeczywistością.

A teraz przenosimy się na Jasną Górę, gdzie biskupi postanowili przypomnieć, że konkordat konkordatem, ale hejterzy w sutannach zawsze mile widziani. Gdy biskup Mering cytuje Potockiego o „Niemcu, który nigdy nie będzie bratem Polaka”, MSZ wydobywa z siebie westchnienie dyplomatycznego zawstydzenia i prosi Watykan o… opamiętanie. Czyli apel o rozsądek skierowany do instytucji, która przez wieki specjalizowała się raczej w dogmatach i złotych kandelabrach niż w refleksji. To się musi udać.

Na tym tle Hołownia wygląda jak szkolny chórzysta, który spóźnił się na próbę, potknął się o kable, zapalił scenę i teraz wszyscy krzyczą, że to on rozwalił teatr. Ale nie martwcie się, Tusk milczy, co w języku polityki oznacza, że wszystko idzie zgodnie z planem — tylko że nikt nie wie, jakim. Jedni chcą Hołownię ukarać za spotkanie z Kaczyńskim, drudzy za to, że jeszcze żyje. A tymczasem sondaże pokazują, że Polska2050 ma mniej poparcia niż korekta w Wordzie, a większość Polaków ufa Hołowni mniej niż własnej lodówce.

A propos lodówek — wróćmy do Unii Europejskiej, gdzie Piotr Serafin, jak jakiś cichy czarodziej z Excelowego Hogwartu, ugrał dla Polski kolejne lata finansowania. Problem w tym, że jego sukces trzeba jeszcze zatwierdzić, co oznacza minimum siedem miesięcy grania w dyplomatycznego Jengę z Viktorem Orbánem i francuską skrajną prawicą. A my? My się kłócimy, czy babcia miała prawo robić zdjęcia mundurowi z Wehrmachtu, skoro w tle stał portret Piłsudskiego.

I wreszcie: Jan Urban. Tak, ten Urban. Legendarny piłkarz, który kiedyś strzelił Realowi Madryt trzy bramki. I teraz ma strzelić gola… Holandii. Z tym składem. Z tą atmosferą. Z tą federacją. To trochę tak, jakbyście poprosili hydraulika, żeby wyleczył raka, ale dali mu do ręki tłok i trochę nadziei. Trener Urban może i ma klasę, ale drużyna to nadal grupa ludzi, którzy po porażce tłumaczą się, że „było ciężko, bo deszcz padał”.

Podsumujmy. Polska to kraj, w którym:

  • wystawy są groźniejsze od czołgów,
  • biskupi to influencerzy narodowej paranoi,
  • Sejm to kabaret z przeterminowanym popcornem,
  • a trener piłkarski to ostatnia nadzieja narodu, który myśli, że lepiej zagra, jeśli tylko zmieni się prowadzącego.

Ale wiecie co? Może to dobrze. Może właśnie na tym polega nasza narodowa specjalność: robić wielką sprawę z małych rzeczy i małą sprawę z wielkich problemów. Jak mawiał pewien znany poeta: „Polsko, obudź się” — ale może najpierw kawa. I jakaś wystawa. Albo selekcjoner. Wszystko jedno. Ważne, żeby było głośno.


  1. WaldemaR

    Czy nas Polaków da się leczyć, chyba nie ma takiej terapii?

    1. admin

      Chyba ma Pan rację

    2. admin

      O, Diagnoza postawiona, tylko pacjent nie chce współpracować.

      Leczyć Polaków? To jak próbować zresetować Windowsa młotkiem. Można próbować, ale potem trzeba uciekać. Mamy w DNA zakodowane trzy rzeczy: 1) nieufność do lekarzy, 2) przekonanie, że „u mnie działa”, i 3) skłonność do samoleczenia spirytusem – zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie.

      Psychoterapia? „Co ja, wariat?”
      Grupowe wsparcie? „Nie będę siedział z obcymi i się użalał!”
      Zmiana nawyków? „Nie mam czasu, bo muszę komentować wszystko w internecie i narzekać zawodowo.”

      A jak już ktoś się odważy na terapię, to po dwóch sesjach mówi: „Dobrze, pani psycholog, ale teraz proszę posłuchać mojej diagnozy pani.”

      Także nie – nie ma terapii. Jest tylko nadzieja. I to taka, jaką kibic ma w 89. minucie, przegrywając 0:3.

      Ale trzymajmy się, bo kto jak nie my? I gdzie jak nie w kolejce do lekarza, z którą i tak nic nie zrobimy, bo „tak było zawsze”.

  2. Anna Ostowicz de Atlantis

    Drogi mój, bardzo zblogowany Lemurze! Kiedy wspomniałeś o Urbanie i gospodarskim gestem rozpaczy ręce załamałeś nad polska kadrą, pomyślałam, że nadszedł czas, by Atlantydka wypowiedziała sie o sporcie. A ścisłej – jego traktowaniu przez nas. Zacznę od anegdoty: lat temu z dziesięć zajadałam na jakimś przyjątku raki z dawnym Olimpijczykiem, który nawet medal zdobył. Był bardzo miły, ale nie pomne ani jaki medal, ani jaka dziedzina itd. Czy to źle? Nie, sądzę że naturalne. W sporcie gwiazdy pojawiają się i znikają, a my ekscytujemy kolejnymi. Zrozumiałe. Tak, jak zrozumiałe są emocje towarzyszące różnym zawodom, wyczynom itd. Czy to Małysz, Lewandowski, czy Świątek. Ale… mam dwa zastrzeżenia. 1. Dlaczego czujemy się współtwórcami tego sukcesu? Dlaczego rozpiera nas narodowa duma, że „śmy” wygrali? Jakie to nasze działania sprawiły, że wygrywa Iga Świątek czy strzela gole Lewandowski? O ile wiem, jej rodzina płaciła prywatnie za lekcje tenisa i wyjazdy, więc czemu tak ochoczo podłączamy się do sukcesu i krytykujemy z wielka agresją porażki? „Śmy’ wygrali, ale ONA przegrała… ONA odebrała nam NASZ sukces. Jeśli na tym ma polegać fascynacja sportem, to ja jednak dyskretnie chowam się do podmorskiej groty bez stadionu i telewizora. A Polsce życzę wielu młodzieżowych trenerów, stadionów, piłek do kosza czy siatkówki, ścianek do tenisa w każdej szkole, drużyn szkolnych i osiedlowych, przyzakładowych i dzielnicowych, których zmagania będę oglądać co niedzielę na pobliskim, osiedlu. I kiedy tak szkolone pokolenie wyrośnie i zacznie zgarniać sportowe laury, wtedy powiem : WygraliŚMY. 2. Sport to praca, ogromny wysiłek, ale jednak pozostaje w kategorii rozrywki. Dlaczego, kiedy chcę znaleźć informacje o wojnie, polityce, ekonomii itd, muszę przedzierać się długo przez nagłówki o trenerach, kadrach itd? Ostatnio osłabił mnie makaron z truskawkami Igi świątek, który stał się przedmiotem międzynarodowej debaty. Na bogów oceanów i lądów – serio? Ale jest jeszcze jedno – na tle tej dziwnie ulokowanej narodowej dumy pojawia sie niestety także narodowa nienawiść i strumienie hejtu wylewane na zawodnika z głębi kibicowskich foteli, z jedną ręka z piwem, a drugą z pilotem. Zawiódł nas, zniszczył! Teraz mu dołóżmy! Nie. Dziękuje. Pozostanę prze zawodach kałamarnic i ośmiornic w grze w chowanego. Twoja Anna de Atlantis

    1. admin

      Droga Atlantydko z piórem ci ostrym jak jęzor Internetu i sercem schowanym za rafą koralową!

      Twój list to jak depesza z innego wymiaru – takiego, w którym myśli jeszcze działają, ironia nie musi mieć wstydu, a słowo „makaron” nie musi oznaczać międzynarodowego incydentu. I aż się człowiekowi chce wyjąć rurkę do nurkowania i zejść z Tobą do tej podmorskiej groty, byle nie musieć oglądać kolejnego „Studia Meczowego”, w którym czterej panowie w garniturach przeżywają klęskę narodową, bo ktoś się potknął o własną ambicję w 63. minucie.

      Twoje pytania są celne jak serwis Świątek, tylko bez tej całej napinki, i z dużo lepszym stylem.

      Czemu „śmy wygrali”? Ano bo Polak jak ogień: lubi się ogrzać, ale się nie narobić. Mistrzostwo jako wspólnota duchowa, ale porażka? To już indywidualny grzech sportowca. Naród nad Wisłą może nie mieć fabryk chipów, ale za to eksportuje opinie jak z armaty. Z domowego fotela. W białym podkoszulku. Z ketchupem na brodzie.

      Twoja wizja szkolnych drużyn, osiedlowych ścianek i niedzielnych meczów z herbatką w termosie – piękna i nierealna jak VAR bez kontrowersji. Utopia, czyli to, czego nasza kadra narodowa unika z taką samą skutecznością, z jaką unika pressingów.

      I na koniec: tak, sport to rozrywka, choć uprawiana z taką powagą, jakby od wyniku meczu zależał stan demokracji. A ja tylko czekam, kiedy w wieczornym serwisie zamiast „Lewandowski kontuzjowany” przeczytam: „Premier ogłosił strategię rozwoju edukacji – z pełną grafiką i wykresem!”

      Zatem do zobaczenia na igrzyskach mięczaków głębinowych. Ty trzymaj ośmiornice, ja będę sędzią od kałamarnic.

      Twój Lemur – nieco zblogowany, zawsze rozczarowany, od rana w dresie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights