
Rząd przyjął budżet na 2026 rok. Andrzej Domański, minister finansów, wyszedł na mównicę i jak przewodnik po safari tłumaczył: tutaj mamy lwa w postaci obronności (200 miliardów – rekord na tle NATO), tam antylopę ochrony zdrowia (247 miliardów – o 25 miliardów więcej niż rok wcześniej), a w oddali czai się słonik mieszkalnictwa (6,7 miliarda – chudzina, ale w porównaniu z latami 2020–2023 to niemal cyrkowa atrakcja). Do tego 6 miliardów na „Czyste Powietrze”, ponad 100 miliardów na kolej i 800+, 13. oraz 14. emerytura jako nieśmiertelne wielbłądy socjalu. Deficyt? Bagatela 271 miliardów – hipopotam, który co roku tapla się w tym samym bagnie i nikt już nie dziwi się jego gabarytom.
Budżet wygląda jednak całkiem rozsądnie: inflacja ma wynieść 3%, pensje rosnąć o 6,4%, a gospodarka kręcić się w tempie 3,5% PKB. Oczywiście, jak na czasy wojenne i przy ambicji wejścia do klubu 20 największych gospodarek świata, to nie jest złe szycie.
Publiczność? Opozycja rechocze jak hieny. Karol Nawrocki z Pałacu Prezydenckiego z miną kustosza Muzeum Katastrof Narodowych opowiada, że tak źle z budżetem to jeszcze nigdy nie było. Czterej Jeźdźcy Apokalipsy? Panie Bogucki, bądźmy poważni – przy waszej ekipie to były co najwyżej cztery konie do bryczki wiozącej wyborców do urn.
Ale wiadomo – gdy rząd szyje budżet na miarę wojennych czasów, opozycja stroi się w garnitur z lumpeksu i krzyczy: „Patrzcie! Krzywo skrojone!”. Cóż, każdy krawiec swoje chwali, nawet jeśli igłę w rękach trzymał odwrotnie.
Tyle że Nawrocki jeszcze nie ma czego podpisywać – najpierw budżet musi uchwalić Sejm i Senat. Ale już się cieszy jak dziecko przed rozdaniem cukierków, bo wie, że choć podpisu odmówić nie wolno, to przynajmniej skieruje dokument do Trybunału Konstytucyjnego. A tam – wiadomo – Święczkowski i reszta dawno gotowi, z nożyczkami w rękach i zębami naostrzonymi, choć sztuczne.
A na końcu, jak zawsze, wchodzi on – cały na czarno – Bogdan Święczkowski. Niestrudzony strażnik emerytur, który nie odpuści Tuskowi nawet złotówki. Domaga się publikacji wyroków i wyrównania świadczeń, jakby chciał przypomnieć, że Trybunał Konstytucyjny to nie tylko budynek pełen znajomych z dawnych czasów, ale też narzędzie do wbijania rządowi szpilek prosto pod paznokcie.
To normalna dla tych idiotów taktyka – rozszarpać państwo na kawałki, by potem na zgliszczach postawić swój raj. Raj oczywiście dla siebie, bo przecież nigdy nie chodziło o ludzi. Ludzie to tylko tło. A jak mawiają hieny na sawannie: mięso smakuje najlepiej, gdy ktoś inny zrobił już całą robotę.

Dodaj komentarz