
Piątkowy poranek. W teorii poranek ma być świeży, pachnący zapałem, śniadaniem i tym mitycznym poczuciem, że „dzisiaj będzie dobrze”. W praktyce wygląda to tak, że mój mózg – człowiek o wątpliwej reputacji – próbuje ustalić, której wersji rzeczywistości ma ufać: tej z Warszawy czy tej z East York. Bo kiedy człowiek mieszka w dwóch światach, to śni w trzecim.
Włączam ekspres. Kawa z sygnałem alarmowym startuje we krwi, a ja myślę: „mam zaszczyt być człowiekiem, który jednocześnie uczy w Toronto, modeluje procesy w Warszawie, i udaje, że pisanie felietonów jest tylko dodatkiem, a nie moim pełnym etatem”. Tak jest – powoli zamieniam się w publicystę, choć nikt mi za to nie płaci. I jeszcze mi się to podoba. Mózg powinien mnie zgłosić na terapię.
Larysa – jak wiadomo, Naczelne Dowództwo Domowe – patrzy na mnie spod oka. Patrzy tak, jakby miała wątpliwości, czy w mojej głowie faktycznie zachodzą procesy neuronalne, czy może jedynie odbywa się chaotyczna praca halogenów. Junne biega po kuchni jak delfin w okresie godowym, żona stawia na stole śniadanie, a córki wpadają i wypadają, jakby mieszkanie było stacją metra. Życie rodzinne to organizm – coś między symfonią a rozjechaną orkiestrą.
I w tym wszystkim pojawia się pytanie, które zadaje dziś pół świata: kim ja właściwie jestem w rytmie dobowym? Wilkiem? Lwem? Delfinem? A może tym piątym stworzeniem z McGill University, którego jeszcze nie nazwano, bo naukowcom skończyły się metafory? (Breus z LA ochoczo rzuca w ludzi całym ZOO, a McGill — poważni kanadyjscy akademicy — opisał pięć chronotypów i żadnego nie nazwał nawet „świstakiem”. Nauka poszła w głąb, ale fantazja została na peronie.)
JAKI JEST TWÓJ CHRONOTYP, CZYLI DLACZEGO CZŁOWIEK W MOIM WIEKU BUDZI SIĘ O 3:30… I TEGO NIE ROZUMIE
(Dla porządku — chronotyp to taka wrodzono‑nabyta instrukcja obsługi człowieka, biologiczny zegar decydujący, kiedy masz energię, kiedy zasypiasz, a kiedy chcesz wyrzucić budzik przez okno. Innymi słowy: fabryczne ustawienia snu, które działają niezależnie od twoich ambitnych planów.)
Naukowcy twierdzą, że istnieje pięć typów snu. Świetnie. Ja od lat mam poczucie, że funkcjonuję w szóstym – typie „zombie w garniturze”.
Studenci Rotmana pytają mnie czasem: „Professor, how do you manage all this?” A ja z pełną powagą odpowiadam: „By not managing it at all”. System działa, bo nie ma wyjścia.
McGill University donosi, że nocne marki częściej mają problemy z regulacją emocji. No proszę – wreszcie wyjaśnienie, dlaczego irytuje mnie czajnik, który za wolno grzeje wodę. Drugi podtyp nocnych marków ma skłonność do depresji, trzeci – do nadciśnienia i raka prostaty. A wszystko przez to, że ludzie tacy jak ja chodzą spać „trochę później”.
Jeśli to prawda, to moje zdrowie powinno być w stanie permanentnej wojny domowej.
A ranne ptaszki? Jedna grupa podobno kwitnie jak tulipany w maju. Druga – ma lęki i depresję. Czyli w uproszczeniu: albo jesteś szczęśliwy, albo wstajesz rano.
O MÓZGU, KTÓRY ŻYJE W TŁUMIE I UMIERA W CISZY
Czytam te badania i myślę: człowiek może sobie wybrać mieszkanie, kontynent, partnera życiowego, ale nie może wybrać mózgu. A mózg – to już wiemy – potrzebuje ludzi. Bardziej niż kawy, bardziej niż snu. Gdyby mózg miał napisać własny poradnik, brzmiałby on tak:
„Nie zostawiaj mnie samego, bo zwariuję szybciej niż ci się wydaje.”
Samotność zabija – i to dosłownie. Badania pokazują, że izolacja zwiększa ryzyko śmierci o 32%. To dużo. Bardzo dużo. To więcej niż margines błędu w sondażu i mniej niż moje roczne zmęczenie.
Czytam opis eksperymentów z myszami i myślę: nawet te biedne stworzenia lepiej radzą sobie w grupie niż niejeden menedżer po półrocznej pracy zdalnej. W izolacji mózg traci orientację szybciej niż ja w czasie zmiany czasu między Polską a Kanadą.
A jednak – paradoks! – żyjemy w epoce, w której ludzie mówią botom „kocham cię”, a potem boją się zadzwonić do własnej matki. Relacje zastępujemy okienkami czatu, emocje – emotikonami, a rozmowy – powiadomieniami. I świat dziwi się, że młodzież boi się kontaktu twarzą w twarz.
No tak. Bo twarz ma reakcje, a bot – cierpliwość.
SOJUSZ Z BOTEM, CZYLI JAK WYCHOWAĆ POKOLENIE, KTÓRE POTRAFI ZAMÓWIĆ LATTE, ALE NIE POTRAFI POPROSIĆ O POMOC
Badania Cambridge i Carnegie Mellon pokazują, że młodzi ludzie, korzystając z AI, tracą motywację do samodzielnego myślenia. Mózg kocha wygodę. Jak go nauczyć, że nie wszystko w życiu można wkleić do wyszukiwarki? Że odpowiedzi nie zawsze przychodzą natychmiast?
Larysa patrzy na mnie i mówi: „Ty też ciągle pytasz bota”.
To prawda. Ale ja przynajmniej wiem, że bot nie przyjedzie mi pomóc, kiedy pęknie rura w łazience albo kiedy córki będą płakać z powodu złamanego serca.
Bot jest dobry do felietonów, ale nie do życia.
STAROŚĆ, PRACA, MŁODOŚĆ I RESZTA KŁOPOTÓW – CZYLI DLACZEGO WCIĄŻ JESTEM ZMĘCZONY
Kiedy naukowcy piszą o „zmęczeniu chronicznym”, myślę: to o mnie. Mózg człowieka w moim wieku chce trzech rzeczy: świętego spokoju, regularnych posiłków i tego, żeby nikt go nie pytał o hasła do systemów, które sam projektował.
A jednak życie pcha mnie dalej. Tu zajęcia na Rotmanie, tam analiza procesów w Warszawie, tu felieton, tam śnieg w East York. A pomiędzy tym wszystkim człowiek próbuje być ojcem, mężem, kucharzem, rozmówcą, kierowcą, autorem i do pewnego stopnia – filozofem.
Czy to jest starość? Nie. To jest dojrzałość – czyli starość, tylko lepiej opakowana.
PUENTA, KTÓRA BUDZI LEPIEJ NIŻ KAWA
Im więcej czytam o śnie, mózgu, samotności, sztucznej inteligencji i ludzkiej psychice, tym bardziej dochodzę do jednego wniosku:
Życie jest jak jet lag – niby wiesz, gdzie jesteś, ale mózg jeszcze tam nie dotarł.
I może właśnie dlatego piszę te felietony – żeby uporządkować dzień, świat i siebie. Żeby śmiać się z tego, czego nie da się zmienić, i zmieniać to, na coś z czego da się śmiać.
A teraz wybaczcie – Larysa woła. A kiedy Larysa woła, nawet bot milknie.
Jutro podobno ma świecić słońce. A nawet jeśli nie, to przynajmniej będę wiedział, że mój chronotyp – wilko‑niedźwiedzio‑delfin w stadium przejściowym – zrobi co w jego mocy, żeby przeżyć kolejny dzień.
I może nawet się wyspać.

Dodaj komentarz