ZACHÓD, ZEŁENSKI I ZGRZYT: FLORYDZKI FLIRT Z WŁADCĄ CHAOSU

Warszawa

Jeśli ktoś jeszcze łudził się, że polska polityka to poważna sprawa, ten tydzień wyprowadził go z błędu szybciej niż urzędnik PiS z Trybunału Konstytucyjnego. W rolach głównych: Trump, Zełenski, Tusk, Nawrocki i – w tle jak dźwięk rękawic lateksowych w gabinecie urologicznym – Marcin Przydacz.

Na Florydzie, miejscu gdzie amerykańska starość jeździ umrzeć w klapkach, odbyło się spotkanie, które miało wpływ na losy wojny w Ukrainie. Donald Trump, człowiek o fryzurze jak reklama waty cukrowej i kompetencjach godnych prezesa wspólnoty mieszkaniowej w piątym sezonie „Ukrytej prawdy”, spotkał się z Wołodymyrem Zełenskim. Ten drugi, nieco zmęczony prowadzeniem kraju ostrzeliwanego przez Rosję, poprosił o gwarancje bezpieczeństwa na 30, 40, a może i 50 lat. Trump, w swoim stylu, odpowiedział, że „się zastanowi” — co, w jego ustach, znaczy mniej więcej tyle, co: „muszę zapytać mojego alter ego i fryzjera”.

Donald Tusk skomentował rozmowy z niepokojem godnym człowieka, który wie, że Rosja nie gra w warcaby, tylko w szachy z granatem. Ostrzegł: Zachód i Ukraina przegrają, jeśli pozwolą się podzielić. Brzmi poważnie? Tak. Realnie? Również. Ale w Polsce, gdy premier mówi o interesach państwa, to zaraz znajdzie się ktoś, kto uzna to za osobistą zniewagę. Tym razem padło na szefa Biura Polityki Międzynarodowej, Marcina Przydacza, który najwyraźniej uznał, że jego rolą jest udowodnić, że Pałac Prezydencki to już nie tylko instytucja, ale emocjonalna grupa wsparcia dla nadwrażliwych.

Przydacz odpowiedział Tuskowi, że skoro mowa o jedności, to czemu premier nie przysyła notatek ze spotkań międzynarodowych. Argument mniej więcej jak z klasy podstawowej: „Nie oddałeś mi zeszytu, więc nie możesz się wypowiadać o polityce zagranicznej”. Logika prosto z piaskownicy, tylko że zamiast łopatki mamy granice NATO.

Na scenę wkroczył Karol Nawrocki, który upodobał sobie styl polemiki, w którym merytoryka ustępuje miejsca sucharowi z Twittera. Najpierw zasugerował, że Tusk nie rozumie Powstania Wielkopolskiego (nie pytajcie), potem zrzucił winę za konflikt Zachód-Wschód na… historyczne niesnaski. Gdyby jeszcze dodał, że wszystko zaczęło się od rozbiorów, bylibyśmy w domu. Na koniec wypluł z siebie triumfalne „Dobranoc” — czyli jakby po kłótni z partnerką wyjść trzaskając drzwiami, ale potknąć się o dywan.

Sikorski, mistrz ciętej riposty i weryfikator hipokryzji, dołożył Nawrockiemu przypomnieniem, że ten w 2018 r. odwiedzał moskiewskie muzeum propagandy. Komentarz? „Po Anschlussie Krymu ja bym nie pojechał”. Punkt dla MSZ. Cios, z uśmiechem.

W tle tej farsy rozgrywa się prawdziwy dramat konstytucyjny: Trybunał Konstytucyjny nie przypomina już nawet atrapy instytucji — to zombie biurokratyczne. Prof. Ewa Łętowska, dama polskiego prawa i jedyny poważny głos w tym cyrku, wyjaśnia, że obecny stan TK to efekt grzechu pierworodnego PiS: mianowania tzw. sędziów-dublerów w 2015 r., z pogwałceniem prawa i przy udziale Andrzeja „Nocne Zaprzysiężenie” Dudy.

Wyrok TSUE z 18 grudnia 2025 r. jasno wskazuje, że Polska naruszyła traktaty unijne. Podważyła zasadę prymatu prawa UE. Ograniczyła obywatelom dostęp do niezależnego sądu. Mamy więc chorego pacjenta (TK), lekarską diagnozę (TSUE), ale ordynator Święczkowski twierdzi, że wszystko gra, bo pacjent jeszcze oddycha.

Łętowska proponuje: wybierzmy nowych sędziów. Jeśli prezydent odmówi ich zaprzysiężenia, może zrobić to Zgromadzenie Narodowe. Czy to legalne? Nie wiadomo. Ale logiczne. I bardziej sensowne niż obecny chaos. Trybunał przypomina dziś autobus bez kierownicy, ale z kompletem kontrolerów.

Tymczasem w Moskwie rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow postanowił, że to on rozda karty. Oświadczył, że Ukraina musi wycofać swoje wojska z Donbasu, czyli z terytoriów okupowanych przez Rosję. Kreml uznał to za warunek rozmów pokojowych. Oczywiście bez udziału Zełenskiego, bo – jak stwierdził Pieskow – Putin z prezydentem Ukrainy nie zamierza rozmawiać. Tylko z Trumpem. Jak przystało na klub autokratów: jeden były reality showman, drugi były kagiebista.

Rosja stawia sprawę jasno: Ukraina ma się poddać. Ma oddać Donieck i Ługańsk. Kreml nawet nie udaje, że chodzi o kompromis. To nie propozycja pokoju, to dyktat. Rodem z XX wieku, z nutą stalinowskiego szantażu i zapachem benzyny z rosyjskich czołgów.

Na tym tle pisanie o Zełenskim i Trumpie wydaje się niemal odprężające. Trump deklaruje, że 95 proc. uzgodnień już gotowe. Ale nie wiadomo, które to 95 proc. On sam też pewnie nie wie. W międzyczasie Zełenski robi, co może, żeby utrzymać Zachód przy życiu i przy sobie.

A Polska? Ma odegrać „kluczową rolę”. Pytanie tylko: czy to rola męża stanu, czy statysty w teatrze absurdu.

Podsumowując:

  • Tusk stara się trzymać Zachodu za nogawkę, by nie odpłynął w kierunku izolacjonizmu,
  • Nawrocki gra w „Dobranoc, panie premierze”, jakby to był konkurs na cięte riposty w szkolnym kabarecie,
  • Przydacz gubi notatki i kontakt z rzeczywistością,
  • TSUE wali młotkiem w stół, a polski TK gra na trójkę wiolonczeli i dwa bębenki,
  • Pieskow stawia warunki, jakby Rosja właśnie wygrała wojnę,
  • A Zełenski dalej szuka wsparcia, rozmawiając z człowiekiem, który potrafi zgubić pokój w jednym zdaniu.

Demokracja to garnek z wrzątkiem. A my siedząc przy tej kuchence, możemy jedynie pilnować, by nie wykipiało. Chociaż sądząc po zapachu, chyba już jest za późno.

Dobranoc, Panie Prezydencie. Nam jeszcze nie jest do snu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights