WOJNA, KTÓREJ NIKT NIE POTRAFI ZAKOŃCZYĆ

Warszawa

Na mapie świata Bliski Wschód wygląda jak miejsce, w którym geografowi drgnęła ręka. Trochę pustyni, trochę morza, trochę ropy, trochę religii – a pomiędzy tym wszystkim kilka państw, które od stu lat próbują się nawzajem przekonać, że istnienie sąsiada jest historycznym nieporozumieniem.

W marcu 2026 roku nad tą mapą pochylają się politycy, generałowie, analitycy i komentatorzy telewizyjni. Jedni w mundurach, drudzy w garniturach, trzeci w słuchawkach od podcastów. Wszyscy mówią poważnym tonem o strategii, eskalacji i równowadze sił.

A prawda jest taka, że świat przypomina dziś autobus, który jedzie coraz szybciej, ale nikt już nie jest pewien, gdzie właściwie siedzi kierowca.

WOJNA, KTÓRA MIAŁA BYĆ SZYBKA

Izrael wie, czego chce.

Chce obalić reżim ajatollahów i mówi o tym z prostotą człowieka, który przez czterdzieści lat słyszał zapowiedzi własnego zniszczenia. W pewnym momencie dochodzi się do wniosku, że najlepszą formą dialogu z takim przeciwnikiem jest rakieta.

Iran również wie, czego chce.

Iran chce przetrwać. Przetrwać bombardowania, przetrwać sankcje, przetrwać kolejną zachodnią próbę „naprawienia” Persji. Historia tego kraju to w gruncie rzeczy historia nieustannego przetrwania – od Aleksandra Wielkiego po Departament Stanu.

Największa zagadka dotyczy Stanów Zjednoczonych.

Bo Ameryka zachowuje się jak człowiek, który przyszedł na przyjęcie wygłosić toast, a po chwili odkrył, że wszyscy oczekują od niego prowadzenia bójki.

Na początku wszystko miało być eleganckie. Zawsze jest eleganckie.

Najpierw precyzyjne uderzenie w elitę władzy. Potem chaos w Teheranie. Następnie spontaniczne powstanie narodu irańskiego i triumfalny komunikat o zwycięstwie demokracji. W Pentagonie takie scenariusze wyglądają znakomicie – przypominają zwiastun filmu wojennego.

Problem polega na tym, że Iran nie zachował się zgodnie ze scenariuszem.

KURCZAK, KTÓRY NIE CHCIAŁ UMRZEĆ

Amerykańscy i izraelscy planiści patrzyli na irański system władzy jak na piramidę. Wystarczy odciąć głowę, a reszta przez chwilę jeszcze się miota – jak zdekapitowany kurczak – po czym w końcu pada martwa.

Tyle że Iran nie jest kurczakiem.

Iran przypomina raczej instalację elektryczną w starym domu. Przetniesz jeden kabel – prąd popłynie drugim. Władza w Teheranie jest siecią: duchowni, Strażnicy Rewolucji, służby, administracja, lokalne struktury. System zaprojektowany dokładnie po to, żeby przetrwać wstrząsy. Dlatego po pierwszym szoku okazało się coś bardzo niewygodnego dla strategów.

Reżim działa.

Urzędnicy przychodzą do pracy. Generałowie wydają rozkazy. Telewizja państwowa nadaje komunikaty o zwycięstwie z uporem starej instytucji, która przeżyła już pięć przewrotów i trzy wojny.

NAJDROŻSZY POKAZ FAJERWERKÓW

Na niebie Bliskiego Wschodu trwa jednocześnie najdroższy pokaz fajerwerków w historii. W pierwszych 72 godzinach wojny Stany Zjednoczone i ich sojusznicy wystrzelili około dwóch tysięcy pocisków przechwytujących – Patriot, THAAD i SM‑3. Koszt: około czterech miliardów dolarów.

Iran odpowiada znacznie skromniej. Rakiety balistyczne i tysiące dronów. Tanie, często prymitywne, ale produkowane w ogromnych ilościach. Teheran posiada największy arsenał rakietowy na Bliskim Wschodzie – około dwóch i pół tysiąca pocisków. Od początku wojny wystrzelił już ponad tysiąc. Ale nie robi tego w jednej spektakularnej salwie. Robi to powoli, metodycznie, dzień po dniu.

To wojna księgowych.

Jedna strona strzela rakietami wartymi miliony dolarów. Druga zmusza ją, żeby robiła to bez przerwy.

A magazyny rakiet – wbrew optymistycznym raportom – nie są bez dna. Produkcja systemów przechwytujących jest niewielka. Kilkanaście pocisków THAAD rocznie. W epoce masowych dronów wygląda to trochę tak, jakby ktoś próbował gasić pożar lasu wodą z konewki.

DRONY, KTÓRE ZMIENIŁY WOJNĘ

To zresztą lekcja, której Zachód najwyraźniej nie odrobił z wojny w Ukrainie. Tam drony już dawno wyrównały szanse między silnymi i słabszymi. Kilkutysięczny bezzałogowiec potrafi zniszczyć sprzęt wart miliony.

A mimo to wciąż widać tę samą pychę wielkich mocarstw Putin wierzył, że Ukraina rozpadnie się w kilka tygodni. Trump uwierzył, że Iran zrobi to samo.

Historia ma jednak wyjątkowo złośliwy charakter i uwielbia kompromitować takie przekonania.

Narody bowiem mają nieprzyjemny zwyczaj nie rozpadać się wtedy, kiedy przewidują to analitycy.

WOJNA O ROPĘ

A potem Iran zrobił coś jeszcze sprytniejszego.

Zamiast próbować wygrać wojnę militarnie, zaczął psuć gospodarkę świata. Kilka dronów, kilka min morskich i kilka ataków na tankowce wystarczyło, by Cieśnina Ormuz – arteria, przez którą przepływa jedna piąta światowego handlu ropą i gazem – niemal stanęła. Ruch statków spadł o ponad dziewięćdziesiąt procent.

Gdzieś na wodach Zatoki stoi teraz ogromny tankowiec. Stalowy potwór o długości kilku boisk piłkarskich, który jeszcze tydzień temu płynął spokojnie do Azji z ładunkiem ropy wartym setki milionów dolarów. Kapitan patrzy na radar, armator patrzy na ubezpieczenie, a załoga patrzy w stronę horyzontu, gdzie czasem pojawia się punkt – dron, którego nikt nie zamawiał. Statek stoi i czeka, bo w tej wojnie najbezpieczniejszą strategią jest bezruch.

Tankowce zatrzymują się, armatorzy odwołują rejsy, rafinerie płoną, Katar wstrzymuje eksport LNG, a ceny ropy zaczynają wspinać się w okolice stu dolarów za baryłkę.

Światowa gospodarka patrzy na to z miną człowieka, który właśnie zobaczył pierwszego karalucha w kuchni.

Bo – jak powiedział szef JPMorgan Jamie Dimon – jeśli widzisz jednego karalucha, prawdopodobnie jest ich więcej.

I nagle zaczyna się nerwowe sprawdzanie, gdzie jeszcze w gospodarce chowają się te karaluchy.

Kilka tysięcy kilometrów dalej, w Nowym Jorku, traderzy na Wall Street patrzą na wykres ropy, który zaczyna przypominać linię EKG pacjenta po trzeciej kawie. W salach pełnych ekranów ktoś nerwowo przelicza kontrakty, ktoś inny sprawdza wiadomości z Ormuz, a jeszcze ktoś próbuje udawać spokój, choć dobrze wie, że kiedy ropa zaczyna wariować, historia rzadko kończy się spokojnie.

Na przykład na rynku prywatnego kredytu wartym trzy biliony dolarów, gdzie fundusze udzielają pożyczek, których nikt nie wycenia na bieżąco. Dopóki wszystko działa – system wygląda stabilnie.

Gdy pojawia się kryzys – stabilność okazuje się dekoracją.

DWIE WOJNY, JEDNA PLANETA

W tym samym czasie trwa druga wojna – w Ukrainie.

I coraz częściej pojawia się obawa, że te dwa konflikty mogą się kiedyś połączyć. Te same linie podziału.

Ci sami gracze. Ta sama mieszanka ambicji, pychy i błędnych kalkulacji. To jeszcze nie jest trzecia wojna światowa. Ale świat coraz bardziej przypomina człowieka stojącego na progu katastrofy i udającego, że to tylko przeciąg.

WOJNA TRUMPA I WOJNA NETANJAHU

Największy paradoks tej wojny polega jednak na czymś innym. To nie jest jedna wojna. To dwie różne wojny prowadzone przez sojuszników.

Izrael prowadzi wojnę egzystencjalną. Chce zniszczyć reżim, który od dekad zapowiada jego unicestwienie.

Ameryka prowadzi wojnę polityczną. Dla Donalda Trumpa konflikt oznacza ryzyko wyborcze, drożejącą benzynę i spadające sondaże. Dlatego Waszyngton coraz częściej mówi o kompromisie.

Izrael chciałby iść do końca.

Ameryka chciałaby zatrzymać się w połowie drogi.

NAJWIĘKSI PRZEGRANI

Największą ironią tej wojny jest jednak coś innego.

Wszyscy mówią o wolności Irańczyków. Izrael mówi o niej z kokpitu myśliwców. Ameryka na konferencji prasowej.

A Irańczycy stoją pośrodku – między rakietami Strażników Rewolucji a rakietami wyzwolicieli. I bardzo możliwe, że gdy wojna się skończy, będą żyli dokładnie tak jak wcześniej. Tylko w kraju z większą liczbą ruin.

SKANDALE, KTÓRE LUBIĄ ZNIKAĆ W DYMIE WOJNY

A nad tym wszystkim unosi się jeszcze jeden zapach – zapach skandalu.

W Waszyngtonie od miesięcy krąży bowiem widmo afery, która nie chce umrzeć. Akta Jeffreya Epsteina, powiązania polityków z miliarderami, pytania o to, kto wiedział, kto korzystał, kto milczał. W dokumentach pojawiają się nazwiska ludzi z samego centrum amerykańskiej polityki i finansów. Wśród nich także postaci z otoczenia Donalda Trumpa, który przez lata obracał się w kręgach Epsteina.

To nie jest zwykły skandal obyczajowy. To historia o klasie miliarderów, która – jak twierdzą niektórzy politolodzy – nauczyła się żyć ponad prawem, ponad polityką i ponad demokratyczną kontrolą. Świat, w którym pieniądz potrafi kupić nie tylko luksus, ale także ciszę.

A cisza w polityce bywa najdroższym towarem.

Dlatego w Waszyngtonie coraz częściej pojawia się cyniczne pytanie: czy wielkie konflikty nie są czasem najskuteczniejszym sposobem na przykrycie wielkich kompromitacji. Bo gdy świat patrzy na mapę wojny, znacznie rzadziej patrzy w akta śledztw.

Podobna logika działa zresztą w Tel Awiwie.

Benjamin Netanjahu od lat toczy własną batalię – tym razem nie z Iranem, lecz z prokuraturą. Oskarżenia o korupcję, procesy sądowe, polityczna walka o przetrwanie. W historii demokracji już nieraz zdarzało się, że przywódcy znajdujący się pod presją sądów odkrywali nagle, jak bardzo jednoczy naród stan wojny.

Nie oznacza to oczywiście, że konflikty powstają wyłącznie po to, by przykrywać skandale.

Ale historia polityki ma jedną nieprzyjemną cechę.

Wojna potrafi przykryć wszystko.

Nawet rzeczy, które w czasach pokoju mogłyby zakończyć niejedną karierę.

PUENTA

Historia ma jedną brutalną zasadę.

Mocarstwa prawie zawsze wiedzą, jak zaczynać wojny. Ale niemal nigdy nie wiedzą, jak je kończyć.

A kiedy wielcy gracze nie wiedzą, dokąd zmierzają, świat zaczyna dryfować. I wtedy pojawia się najbardziej niepokojąca myśl naszych czasów. Może problem nie polega na tym, że świat jest zbyt skomplikowany.

Może problem polega na tym, że kierownica wciąż jest w rękach ludzi, którzy do końca nie wiedzą, dokąd jadą.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights