WŁADCY CHAOSU, ZIMNA NOC I PIEKŁO XXI WIEKU

Warszawa

Czy przyszło nam żyć w czasach wielkiego resetu, czy tylko w recyklingu najbardziej absurdalnych pomysłów z przeszłości? Oto pytanie na weekend.

Podobno historia niczego nie uczy, ale lubi się powtarzać — najchętniej jako kiepski remake, nakręcony za cudze pieniądze i z gorszą obsadą. Właśnie wróciła, niosąc walizkę XIX-wiecznych koncepcji geopolitycznych, kapelusz imperializmu i fajerkę siły jako jedynego argumentu. A my? My jesteśmy jak lokatorzy starej kamienicy, którym remont zafundowały cudze bomby i geopolityczne kaprysy.

W Polsce zimno. Ale zimniej robi się, gdy słyszysz, że Trump znów chce kupić Grenlandię — jakby była nowym SUV-em na leasing — a jego duchowy brat Putin konsekwentnie zamienia ukraińską infrastrukturę w lodowate rumowisko. W tym czasie nasza prawica, ta z okienka TV Republika, wzdycha do Ameryki, jak do wspomnienia pierwszego piwa: „Niech rządzą silni! Niech biją słabszych — ale z godnością!”.

Zadziwiające, że elity spod znaku Patryka Jakiego czy Boguckiego potrafią wygenerować więcej pary niż parowóz Kolei Carskiej, a jednocześnie nie są w stanie dojść do podstawowego wniosku: Polska w tej grze nie rozdaje kart. Jesteśmy raczej tym biednym graczem, który pomaga tasować talię i czasem dostaje w zęby. Ewentualnie Donald Trump mówi nam, że „trzymaliście się z dala od frontu”, choć nasi żołnierze ginęli w Ghazni, a nie na TikToku.

Europa ma do wyboru: stawiać opór lub rozglądać się, kto pierwszy kupi nas na promocyjnej wyprzedaży. Mark Carney, premier Kanady, mówi o „zmiennej geometrii zaangażowania” — czyli o tym, że w świecie bandytów dyplomatycznych i hegemonów z testosteronem w nadmiarze trzeba tańczyć tak, by nie zostać stratowanym. Kanada rozmawia z Chinami, nie z miłości, ale z rozsądku. Bo życie to nie bajka o dobrych i złych, tylko walka o przetrwanie bez utraty twarzy i suwerenności.

A Polska? Wciąż rozdarta między romantycznym wspomnieniem potęgi Jagiellonów a rzeczywistością bycia junior partnerem w każdej możliwej konfiguracji. Marzymy o suwerenności, a w praktyce wybieramy, od kogo chcemy być zależni. Trump? Rosja? Chiny? Może książę z Disneya, jeśli akurat ma wolne.

Na szczęście powiewa coś, co przypomina nadzieję. Reforma Sądu Najwyższego. Nareszcie. Jarosław Matras i jego zespół próbują odspawać politykę od Temidy — choć jak wiadomo, PiS przyspawał ją tak solidnie, że potrzeba palnika acetylenowego, konstytucyjnej cierpliwości i kilku wiader niezależności. Reforma usuwa niekonstytucyjne Izby jak złe wspomnienia po weselu u teściowej i przywraca sens słowu „sędzia”, zamiast „kolega z Nowogrodzkiej”.

W tym samym czasie rosyjskie koleje mają zadyszkę, która zwiastuje zapaść. Bez torów nie ma imperium. Rosja pęka w szwach, bo imperium zardzewiałych szyn nie dowiezie już niczego poza symboliczną pustką. Putin może mieć armię, ale nie ma logistyki. Może mieć trolle, ale nie ma chleba.

Ukraińcy marzną, ale wiedzą po co. Polacy, mimo przemarzniętych serc do polityki, zebrali 5,5 miliona złotych na generatory. Jesteśmy czasem lepsi niż nasza klasa polityczna. I nie mówię tu o PSL, bo PSL to jak skarpetki nie do pary: zawsze gdzieś pasują, ale nikt nie wie dokładnie po co.

I wreszcie ten dramatyczny paradoks: świat odrzuca cynizm i wraca do brutalnej siły, ale jednocześnie wciąż chce myśleć o wartościach. Carney, Stubb, nawet Sikorski — ten od retoryki barokowej — próbują zbudować nowy model. Może mniej naiwny, ale bardziej realny. Może bardziej szorstki, ale mniej fałszywy.

A my? Czekamy, aż Patryk Jaki zostanie premierem. Bo czemu nie. Polska jako mem, historia jako farsa, polityka jako skecz kabaretowy, tylko nikt się nie śmieje. I tylko czasem zadajemy sobie pytanie: czy świat naprawdę tak bardzo zwariował, czy tylko my przestaliśmy się dziwić?

A przecież dziwić się trzeba. To nasz ostatni luksus i forma oporu wobec chaosu. Świat znowu wchodzi do ciemnego pokoju historii, szuka włącznika. Może znajdzie. Może zgaśnie wszystko.

Weekend zaczynamy pytaniem: czy ten świat, mimo wszystko, może być jeszcze nasz?

Jeśli nie, to chociaż go opisujmy — zanim ktoś sprzeda go na Allegro jak Grenlandię.


Teraz weź kawę. I się zamyśl.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights