UMYWANIE RĄK 2.0, CZYLI PIŁAT NA ETACIE

Warszawa

Wielki Piątek zaczyna się zawsze tak samo: cisza ma smak starego chleba, kawa jest gorzka jak wyrzut sumienia, a człowiek – jeśli ma odrobinę uczciwości – przestaje na chwilę udawać, że wszystko jest w porządku. Właśnie wtedy historia robi ten swój bezczelny numer i wraca, jak nieproszony gość na rodzinne święta, siada przy stole i patrzy prosto w oczy, jakby chciała powiedzieć: „No i co, mądrzejszy jesteś po dwóch tysiącach lat?”.

Bo oto pojawia się on, cały na biało, choć w rzeczywistości raczej w kolorze wyblakłego kompromisu. Poncjusz Piłat. Urzędnik z awansu, karierowicz z nerwem do przetrwania, człowiek, który nie wierzył w nic poza własną karierą, a i to tylko do momentu, w którym ktoś wyżej nie spojrzał krzywo. Nie był żadnym tragicznym bohaterem ani filozofem w todze. Był tym, czym jest każdy sprawny aparatczyk: sprawcą bez przekonań i sumieniem na urlopie.

Dostał Judeę, czyli prowincję, która była jak skrzynka z fajerwerkami podpalona przez kogoś, kto już dawno wyszedł z pokoju. Religia kipiała jak mleko na gazie, polityka śmierdziała zdradą, a ludzie wierzyli tak intensywnie, że byli gotowi umierać szybciej niż się zastanowili. To nie był teren dla myślących, to był teren dla ostrożnych. A Piłat był ostrożny aż do granic moralnej ślepoty.

Najpierw przyszedł ze sztandarami, z wizerunkiem cesarza, jak z plastikową dekoracją do świątyni, której sensu nie rozumiał. Wprowadził je nocą, jak złodziej, który wie, że robi coś głupiego, ale liczy, że nikt nie zauważy. Zauważyli. Tłum nie krzyczał, nie rzucał kamieniami, nie urządzał rewolucji, tylko położył się na ziemi i wystawił szyje, gotowy umrzeć za coś, czego Piłat nie był w stanie pojąć nawet na poziomie elementarnym.

I wtedy nastąpił pierwszy akt jego prawdziwego talentu: wycofał się. Nie dlatego, że zrozumiał. Wycofał się, bo zobaczył, że może przegrać. Cała jego odwaga kończyła się tam, gdzie zaczynało się realne ryzyko. To była odwaga kalkulatora, nie człowieka.

Potem przyszedł akwedukt, czyli postęp zrobiony cudzym kosztem, modernizacja sfinansowana z pieniędzy tych, których nie zaproszono do rozmowy. Kiedy ludzie zaprotestowali, Piłat zrobił to, co robi każdy władca bez wyobraźni: kazał udawać normalność, przebrał przemoc za cywilizację i wysłał żołnierzy między tłum. Pałki zrobiły resztę. Krew rozlała się szybko i skutecznie, jak zawsze, gdy ktoś na górze uznaje, że spokój jest ważniejszy niż prawda.

I wtedy przyprowadzono mu człowieka, który nie pasował do żadnej tabelki. Nie miał armii, nie miał majątku, nie miał wpływów. Miał słowa. A słowa, jak wiadomo, są dla władzy najgorsze, bo nie da się ich zamknąć ani opodatkować. Piłat patrzył na niego jak księgowy na poezję – z rosnącą irytacją i narastającym lękiem, że będzie trzeba coś z tym zrobić.

Rozmowa nie była problemem. Problemem była konsekwencja. Bo wszystko wskazywało na to, że ten człowiek nie jest winny w sensie, który rozumiał Rzym. A jednak był winny w sensie, który rozumiał tłum i, co gorsza, w sensie, który rozumiała polityka.

I wtedy padło zdanie, które rozwiązuje wszystkie dylematy świata, jeśli tylko ma się odpowiednio mało kręgosłupa: jeśli go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem cesarza. To nie była groźba. To była instrukcja obsługi kariery.

Piłat nie ważył racji. Piłat nie rozstrzygał prawdy. Piłat nie dokonywał żadnego moralnego wyboru, bo do tego potrzebne jest coś więcej niż strach. On po prostu przeliczył ryzyko i wyszło mu, że niewinny człowiek jest tańszy niż jego własna przyszłość.

A potem zrobił ten swój słynny numer z wodą, który w gruncie rzeczy bardziej przypominał kiepski teatr niż jakikolwiek akt moralny. Wyobraźmy sobie tę scenę bez nabożnej mgły, która przez wieki ją otulała: urzędnik stoi przed tłumem, ktoś podaje mu miskę jak rekwizyt z magazynu, ktoś inny nalewa wodę z miną człowieka, który też wolałby być gdzie indziej, a on, z powagą godną kapłana i bezmyślnością godną automatu, zaczyna demonstracyjnie szorować dłonie, jakby właśnie wrócił z targu rybnego, a nie z procesu o życie człowieka.

Woda kapie, tłum patrzy, kurz unosi się w powietrzu, a całość ma w sobie coś z jarmarcznej inscenizacji, w której każdy zna swoją rolę, tylko nikt nie wierzy w sens przedstawienia. Piłat porusza rękami trochę za długo, trochę zbyt starannie, jak aktor, który boi się, że jeśli skończy za szybko, ktoś zauważy, że to wszystko jest farsą. I rzeczywiście jest farsą – tyle że zakończoną śmiercią.

Bo w tej jednej chwili absurd osiąga poziom niemal doskonały: człowiek wydaje wyrok, którego nie chce brać na siebie, więc próbuje go zmyć jak brud spod paznokci, jakby odpowiedzialność była tłuszczem, a nie decyzją. Jakby kilka ruchów dłoni mogło unieważnić fakt, że właśnie podpisał czyjś koniec.

I to jest być może najbardziej groteskowy moment w całej tej historii: nie krzyk tłumu, nie strach skazańca, tylko ten urzędniczy rytuał, w którym powaga miesza się z głupotą, a zbrodnia przebiera się za higienę.

To był moment absolutnej szczerości władzy. Bo władza nie mówi wtedy, że nie wie. Władza mówi, że nie chce wiedzieć.

I od tej chwili Piłat przestaje być człowiekiem, a staje się funkcją. Instrukcją. Algorytmem, który można wdrożyć w każdej epoce, w każdym systemie, w każdym gabinecie, gdzie decyzje podejmuje się nie po to, żeby były słuszne, tylko po to, żeby były bezpieczne.

Dzisiaj ręce myje się sprawniej. Z briefingiem, z analizą, z uśmiechem do kamery. Nikt nie jest winny, wszyscy są odpowiedzialni, a odpowiedzialność, jak wiadomo, rozcieńcza się najlepiej w dużych naczyniach. Decyzje zapadają same, dokumenty podpisują się same, a sumienie – jeśli jeszcze gdzieś się pałęta – dostaje status dodatku fakultatywnego.

Współczesny Piłat nie potrzebuje już miski. Wystarczy mu konferencja prasowa i kilka dobrze dobranych słów, w których nie ma ani jednego konkretu, za to jest dużo troski, zrozumienia i absolutnego braku konsekwencji.

I może dlatego Wielki Piątek tak uwiera. Bo to nie jest opowieść o jednym urzędniku sprzed dwóch tysięcy lat. To jest opowieść o mechanizmie, który działa do dziś, tylko jest lepiej opakowany.

Bo największe świństwa w historii nie dzieją się dlatego, że ktoś jest potworem. One dzieją się dlatego, że ktoś bardzo chce być rozsądny, umiarkowany i bezpieczny. Dlatego, że ktoś chce „jakoś to przeprowadzić”, „nie eskalować”, „nie ryzykować”.

I dlatego, że ktoś zawsze znajdzie wodę.

Bo prawdziwy problem z Piłatem nie polega na tym, że skazał niewinnego człowieka. Problem polega na tym, że zrobił to z zimną obojętnością księgowego, który zamyka kwartał.

A najgorsze jest to, że po wszystkim był przekonany, że zachował się rozsądnie.

I jeśli ta historia ma jakąkolwiek puentę, to tylko taką, że świat nie jest pełen tyranów, tylko pełen Piłatów, którzy z kamienną twarzą opowiadają, że nic nie mogli zrobić.

A prawda jest taka, że mogli wszystko – tylko nie chcieli ryzykować siebie.

Bo w gruncie rzeczy historia nie zapamiętuje potworów – zapamiętuje tych, którzy spokojnie umyli ręce i poszli na kolację.


  1. Elżbieta Sabik

    👏👏👏👏👏

  2. Wanda

    Zgadza się

  3. Tadeusz Drozda

    Pięknie

  4. Ewa Koch

    Panie Krzysztofie, jak zwykle niesamowite jest to, co Pan pisze 💓!!!
    Chciałabym czytać jak najwięcej Pana tekstów 🫶… bez nich nie ma po co wchodzić na Fb… a i życie jakby obniżyło poziom 😪…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights