
Przeczytaj spokojnie, najlepiej z kawą albo herbatą, zanim znów ktoś zerwie stosunki dyplomatyczne na Twitterze albo wręczy Nobla za podpalanie świata.
Świat obudził się dziś z miną człowieka, który zasnął w fotelu przy herbacie z melisy, a obudził się w środku bijatyki na weselu. Dyplomacja tańczy breakdance, sprawiedliwość w końcu podniosła głowę znad podłogi, igrzyska startują wśród rusztowań, a Donald Trump znów próbuje być jednocześnie gołębiem pokoju i kogutem bojowym. Krótko mówiąc: klasyczny piątek cywilizacji.
Zacznijmy od farsy dyplomatycznej, bo ona najlepiej oddaje temperaturę tego tygodnia. Włodzimierz Czarzasty, polityk Lewicy o aparycji człowieka, który zawsze wie lepiej, ale rzadko ma rację, został symbolicznie „wyklęty” przez ambasadora USA Thomasa Rose’a. Powód? Brak entuzjazmu dla pomysłu, by Donald Trump dostał Pokojową Nagrodę Nobla. Tak, dobrze czytasz. Człowiek, który traktuje dyplomację jak wrestling, a sojusze jak fast food, miałby dostać nagrodę za pokój. To trochę tak, jakby dać strażakowi medal za podpalenie lasu, bo czasem używa węża.
Ambasador Rose zareagował jak influencer po zablokowaniu na Twitterze: zerwał stosunki, obraził się publicznie i zaczął straszyć wycofaniem żołnierzy. Dyplomacja w wydaniu live chat. Obaj panowie – i Czarzasty, i Rose – poruszają się w tej dziedzinie jak słoń w składzie porcelany, tyle że porcelana to bezpieczeństwo państwa. Polska dyplomacja powinna więc zrobić jedno: obniżyć temperaturę, skrócić smycz i przypomnieć, że ambasador to nie stand-uper ani komisarz polityczny. A Trump? Trump w tym czasie wycofuje się ze wszystkiego jak bohater mema TACO – dużo piany, mało czynów.
Na tym tle decyzja sądu o areszcie dla Zbigniewa Ziobry brzmi jak pierwszy akord symfonii pod tytułem „Sprawiedliwość, która nie przyszła za późno”. PiS oczywiście krzyczy o politycznych naciskach, bo ta partia uważa, że prawo istnieje tylko wtedy, gdy chroni jej działaczy. Gdy dotyka ich samych – nagle staje się tyranią. Ziobro, patron chaosu prawnego i architekt bezkarności, trafił tam, gdzie od dawna powinien być: w ręce procedur, nie konferencji prasowych. To nie zemsta. To porządkowanie pożaru, który sam podpalił.
A skoro o pożarach mowa – Grzegorz Braun dalej biega z gaśnicą, próbując ugasić rzeczywistość. Buduje antysystemową koalicję ludzi, którym system przeszkadza głównie dlatego, że nie pozwala krzyczeć bez konsekwencji. Braun i jego karty – asy, króle, damy i konie trojańskie – przypominają talię z kasyna historii, w którym zawsze wygrywa demagog, a przegrywa zdrowy rozsądek. To polityka jako seans spirytystyczny: dużo dymu, mało treści.
W tym wszystkim Donald Tusk wykonuje ruch zaskakujący, ale logiczny: powołuje zespół do analizy polskich wątków w aktach Epsteina. I słusznie. Skoro PiS chce milczeć, to demokracja nie powinna. Sprawa Epsteina to nie plotka z tabloidów, tylko globalny test uczciwości elit. Media mają rację, że piszą o nazwiskach, ale jeszcze większą, gdy jasno oddzielają fakty od insynuacji. Ukrywanie czegokolwiek byłoby paliwem dla teorii spiskowych, a tych mamy już w Polsce nadmiar jak betonu w inwestycjach bez planu.
A skoro jesteśmy przy betonie – Mediolan. Igrzyska olimpijskie startują na stadionie San Siro, wśród banerów, barier i wiecznego placu budowy. Gwiazdy zaśpiewają, wolontariusze pomachają, politycy się pokażą. Nawrocki również. Problem w tym, że pod tą błyszczącą fasadą czai się ryzyko paraliżu północnych Włoch. Igrzyska zawsze miały być świętem sportu, a coraz częściej są testem logistyki i cierpliwości mieszkańców. Chleba i igrzysk? Raczej barier i korków.
W tle tego wszystkiego są sprawy, które naprawdę bolą. Ludzie żyjący w nieustannym lęku, na garściach leków, z obietnicą, że „to się kiedyś skończy”. Rynek nieruchomości, który zamiast złotej inwestycji może okazać się betonowym balastem. Afera respiratorowa, gdzie Agencja Wywiadu polecała oszusta, jakby polecała dobrego hydraulika. Rosyjski szpieg w MON, który nie był Bondem, tylko urzędnikiem z dostępem do papierów. I Rosja – kraj Puszkina i McDonald’s, gdzie kultura siedziała na ławce, a mafia liczyła pieniądze.
To wszystko składa się na jeden obraz: świat, który pędzi, potyka się i udaje, że ma plan. A my stoimy pośrodku, między zimą a igrzyskami, między sądem a Twitterem, między depresją a ironią. Jedno jest pewne: jeśli mamy już czas tylko na jeden tekst, to dobrze, że był to ten. Bo śmiech, nawet złośliwy, bywa ostatnią formą higieny umysłu.

Dodaj komentarz