
Wieczór w Polsce Ludowej. Późna jesień, wilgoć na szybach, w blokach pachnie kapustą i węglem. W kuchni na stole cerata w brunatne kwiaty, obok szklanki w metalowych koszyczkach. Radio stoi na parapecie jak mała czarna skrzynka do kontaktów z wolnym światem.
Ktoś skręca gałkę. Szum. Trzask. Znowu szum.
Wreszcie przez tę radiową zamieć przebija się zdanie, które wtedy miało smak zakazanego owocu:
„Tu mówi Radio Wolna Europa”.
W kuchni natychmiast zapada cisza.
– Ciszej – mówi ktoś półgłosem. – Bo jeszcze ktoś pomyśli, że tu myślimy.
Czterdzieści lat później scena wygląda inaczej. Radio zastąpiły telewizje informacyjne, a kuchenne szepty zmieniły się w patriotyczne orędzia. Ale logika pozostała zadziwiająco podobna: dużo hałasu, dużo emocji i niewiarygodna ilość ludzi przekonanych, że najlepszym sposobem na bezpieczeństwo państwa jest odmówić pieniędzy na bezpieczeństwo.
Na scenę wychodzi więc prezydent Karol Nawrocki. Tło poważne, ton podniosły, minę ma tak skupioną, jakby właśnie podpisywał traktat kończący wojnę stuletnią.
– Nigdy nie podpiszę ustawy, która uderza w suwerenność Polski – oznajmia.
Zdanie brzmi pięknie. Monumentalnie. Jak motto z pomnika albo napis na porcelanowym talerzu z patriotyzmem. Jest tylko jeden drobny szczegół. Ustawa dotyczy programu SAFE – europejskiej pożyczki na zbrojenia. Polska miała dostać z niej ponad 43 miliardy euro.
Czyli sytuacja wygląda tak, jakby ktoś zaproponował strażakom nowoczesne wozy gaśnicze, a strażacy odpowiedzieli z godnością:
– Dziękujemy. My wolimy suwerenność.
Natychmiast ruszyła narodowa orkiestra komentatorów. Profesorowie, publicyści, geopolitycy od śniadania i eksperci od wszystkiego tłumaczyli Polakom, że te miliardy euro to w istocie bardzo podejrzany interes.
Profesor Andrzej Nowak ogłosił, że SAFE to „nędza Polski” i że Europa próbuje kupić naszą suwerenność za niemieckie srebrniki.
Wyobraźnia pracuje. Bruksela stoi na jarmarku historii jak średniowieczny kupiec i potrząsa sakiewką.
– Suwerenność! Suwerenność za srebrniki! – nawołuje.
A Polska odpowiada z dumą:
– Nie sprzedajemy!
Nawet jeśli sakiewka zawiera czterdzieści miliardów euro. Ale prawdziwy majstersztyk pojawił się chwilę później. Otóż prezydent zaproponował rozwiązanie genialne w swojej prostocie. „SAFE zero procent”.
Armia finansowana bez zadłużenia. Polska niezależna. Polska potężna. Polska dumna. Źródło pieniędzy? Nadmiarowe zyski Narodowego Banku Polskiego.
Tu jednak romantyczna opowieść potyka się o mały kamyczek rzeczywistości. NBP ma obecnie około stu miliardów złotych straty.
Plan polega więc mniej więcej na tym, że człowiek z pustym portfelem zaprasza rodzinę na wakacje na Malediwach, bo jest przekonany, że w przyszłym roku wygra w totolotka.
Ale polityka lubi takie opowieści. Są barwne. Są heroiczne. I najważniejsze – dobrze brzmią w telewizji.
Wyobraźmy sobie teraz scenę w Pałacu Prezydenckim. Długi stół. Na ścianie mapa Europy. Nad mapą wiszą poważne miny doradców. Prezydent stoi przy mapie i wskazuje palcem Brukselę.
– Tu – mówi – zaczyna się problem.
Obok stoi Zbigniew Bogucki i kiwa głową z powagą człowieka, który właśnie odkrył, że konstytucja jest najgroźniejszą bronią masowego rażenia.
– Uchwała rządu to obejście prawa – grzmi.
Wszyscy patrzą na mapę. Na mapie nic się nie dzieje. Czołgi nie wyjeżdżają z Brukseli. Rakiety nie lecą z Berlina. Eurobanknoty nie maszerują w kolumnach.
Ale atmosfera jest taka, jakby Europa właśnie zaczęła okupację.
Tymczasem w Sejmie trwa inny spektakl. Na mównicę wychodzi Bogucki.
– Bruksela będzie decydować o naszym bezpieczeństwie! – ogłasza.
W ławach PiS poważne kiwanie głowami. W ławach rządowych przewracanie oczami. A gdzieś z tyłu ktoś przypomina półgłosem drobny szczegół ustrojowy.
Sejm wybrał właśnie sześciu nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. I ci sędziowie nie mogą objąć stanowiska. Dlaczego? Bo najpierw muszą złożyć ślubowanie przed prezydentem.
A czy prezydent je odbierze? To zależy od tego samego człowieka, który właśnie zablokował miliardy na armię.
Państwo polskie zaczyna przypominać zegarek zbudowany przez poetów – piękny, skomplikowany i absolutnie niezdolny do odmierzania czasu.
Ale prawdziwa historia dzieje się gdzie indziej. Na Nowogrodzkiej. W niewielkim pokoju, w którym Jarosław Kaczyński siedzi przy biurku jak alchemik polskiej polityki. Na półkach stoją słoje z etykietami: „suwerenność”, „niemiecki but”, „Bruksela”, „narodowa godność”. Prezes odkręca jeden z nich. Z słoja wyskakuje mały konfederata.
Odkręca drugi. Wyskakuje Braun z gaśnicą.
Odkręca trzeci. Wyskakuje Czarnek i zaczyna przemawiać o cywilizacji łacińskiej.
Polityczna menażeria rośnie, krzyczy, tupie i domaga się coraz większej dawki patriotycznej adrenaliny.
Kaczyński patrzy na to z lekkim zadowoleniem hodowcy egzotycznych zwierząt. Bo plan jest prosty.
Jeśli wyborcy stoją przy prawej ścianie, trzeba ustawić scenę jeszcze bliżej tej ściany. Problem polega tylko na tym, że za ścianą zaczyna się przepaść.
Nazywa się polexit.
Europa patrzy na to wszystko z rosnącym zdumieniem.
Wyobraźmy sobie na chwilę scenę w Brukseli. Długi stół w jednym z tych budynków, które wyglądają jak skrzyżowanie lotniska z akwarium. Wokół stołu siedzą urzędnicy Komisji Europejskiej. Przed nimi dokumenty, wykresy, raporty o bezpieczeństwie. Jeden z nich podnosi wzrok znad kartki.
– Czy dobrze rozumiem – pyta powoli – że Polska odrzuciła pieniądze na zbrojenia, bo uważa je za zagrożenie dla suwerenności?
Drugi urzędnik poprawia okulary.
– Tak wynika z komunikatów – odpowiada ostrożnie.
Zapada chwila ciszy. Ktoś w końcu wzdycha.
– To bardzo interesująca strategia obronna – mówi z dyplomatycznym spokojem. – Odrzucić pieniądze na armię, żeby pokazać, że jest się niezależnym.
Ktoś z tyłu dodaje półgłosem:
– To trochę tak, jakby ktoś odmówił kamizelki ratunkowej, żeby udowodnić, że potrafi pływać.
Urzędnicy notują coś w raportach. Po czym wracają do pracy, bo Europa ma zwyczaj zajmować się rzeczywistością, nawet jeśli rzeczywistość zaczyna przypominać absurdalny teatr.
Przez lata Polska była krajem, który w sprawach bezpieczeństwa mówił jednym głosem.
Premier mógł się kłócić z prezydentem o wszystko. Ale nie o armię. Ten konsensus właśnie się skończył.
I Polska zaczyna wyglądać jak statek, na którym kapitan i pierwszy oficer kłócą się, czy dziura w kadłubie jest zgodna z konstytucją.
A nad całym tym widowiskiem unosi się jeszcze jeden duch epoki. Donald Trump. Człowiek, który traktuje politykę międzynarodową jak reality show, NATO jak klub dyskusyjny, a Europę jak podejrzanego sąsiada.
Jego polityka przypomina trochę bar, w którym co tydzień wybucha nowa awantura.
A ostatnio – jakby tego było mało – nad Trumpem wiszą również skandale seksualne i polityczne.
I czasem można odnieść wrażenie, że kolejne kryzysy świata mają jedną bardzo praktyczną funkcję.
Przykrywają rzeczy, o których w normalnym świecie zadawano by bardzo niewygodne pytania.
Polska polityka zaczyna działać podobnie.
Bo kiedy trwa wielka wojna o suwerenność, nikt już nie pyta o szczegóły. Nie pyta, ile kosztuje armia. Nie pyta, czy Polska może się bronić sama. Nie pyta, czy naprawdę warto obrażać wszystkich sojuszników naraz.
Wszyscy pytają tylko o jedno. Kto jest bardziej suwerenny.
Jest jeszcze jeden obraz z tamtej epoki, który wraca jak stary kronikarski slajd.
Szary zimowy poranek. Pod sklepem mięsnym ciągnie się kolejka. Ludzie stoją w grubych płaszczach, z torbami z materiału, z gazetami pod pachą. Ktoś trzyma kartkę z numerkiem. Ktoś inny przyniósł taboret. Nad drzwiami sklepu wisi kartka: „Dostawa w ciągu dnia” – co w języku PRL znaczyło: może będzie, a może nie.
W kolejce rozmawia się o wszystkim: o pogodzie, o kartkach, o rządzie i o tym, że kraj jest suwerenny jak nigdy w historii.
– Suwerenność to my mamy – mówi ktoś z powagą. – Nikt nam nie mówi, co mamy robić.
I w tym momencie drzwi sklepu się otwierają. Ekspedientka wychyla głowę i mówi zdanie, które było esencją tamtej epoki:
– Mięsa dziś nie będzie.
Kolejka milknie. Ludzie patrzą po sobie. Ktoś wzrusza ramionami.
– Ale suwerenność jest – dodaje ktoś z filozoficznym spokojem.
Patrzę na to wszystko i przypomina mi się tamta kuchnia z PRL. Radio szumi. Ktoś pochyla się nad głośnikiem. I ktoś znowu mówi półgłosem:
– Ciszej. Bo jeszcze ktoś pomyśli, że tu myślimy.
Bo w dzisiejszej Polsce największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa nie są wcale czołgi ani rakiety.
Największym zagrożeniem jest chwila, w której Nawrocki, Kaczyński i inni zaczynają wierzyć w swoje własne polityczne bajki bardziej niż w rzeczywistość. A wtedy historia robi rzecz bardzo nieprzyjemną. Budzi nas nagle – i sprawdza, czy potrafimy obronić kraj, którego przez lata broniliśmy tylko w przemówieniach.

Dodaj komentarz