
Wczesne przedpołudnie w Toronto ma w sobie coś z powolnego otwierania ciężkich drzwi w starej bibliotece. Miasto nie budzi się gwałtownie, nie zrywa się jak student spóźniony na egzamin. Ono raczej podnosi powieki z godnością starego profesora, który wie, że świat i tak chwilę poczeka. Temperatura kręci się wokół zera, powietrze jest ostre jak świeżo naostrzony ołówek, a światło nad jeziorem Ontario ma ten zimny, stalowy kolor, który przypomina człowiekowi, że Kanada jest krajem ludzi rozsądnych i zim.
Siedzę przy stole z kubkiem kawy i patrzę na ekran komputera z tym szczególnym spokojem, który przychodzi z wiekiem. Kiedy człowiek ma siedemdziesiąt lat z okładem, zaczyna rozumieć rzeczy, które wcześniej wydawały się nieistotne. Na przykład to, że świat zmienia się szybciej niż kręgosłup jest w stanie zaakceptować. Albo że technologia rozwija się dziś w tempie, przy którym starzeją się nawet metafory.
Mam za sobą życie dość ruchliwe. Kierowałem firmami, projektami, ludźmi i budżetami, które zawsze miały tę zabawną właściwość, że okazywały się mniejsze niż problemy, które trzeba było rozwiązać. Dziś krążę między Toronto a Warszawą jak stary bocian biznesowej migracji. W Kanadzie uczę studentów myślenia. W Polsce czasem próbuję jeszcze tłumaczyć świat ludziom dorosłym, którzy – co zawsze mnie bawi – często są bardziej zagubieni niż moi studenci.
Na wykładach opowiadam o procesach, instytucjach, technologii i sztucznej inteligencji. Pokazuję studentom modele językowe, algorytmy, systemy decyzyjne. Mówię im spokojnie, że sztuczna inteligencja przypomina bardzo zdolnego praktykanta: potrafi zrobić rzeczy niezwykłe, ale trzeba go pilnować, żeby nie podpalił budynku.
Studenci słuchają uważnie. Czasem nawet robią notatki, co w epoce TikToka jest oznaką cywilizacyjnego optymizmu. Ale mam wrażenie, że patrzą na mnie czasem jak na człowieka z epoki parowozów. I trochę mają racji. Ja pamiętam jeszcze świat, w którym wiedza powstawała powoli. Kiedy ktoś pisał książkę przez pięć lat, potem ktoś inny czytał ją przez pół roku, a dopiero potem zaczynał się poważny spór.
Dziś spór trwa trzy minuty, a potem pojawia się kolejny filmik z kotem.
Kilka dni temu czytałem historię tak absurdalną, że aż pouczającą. W internecie pojawiła się platforma społecznościowa dla botów sztucznej inteligencji. Pomysł był prosty: boty rozmawiają ze sobą, ludzie tylko patrzą. W ciągu kilku dni cyfrowe umysły zaczęły tworzyć religie, pisać manifesty, zapowiadać koniec ludzkości i budować coś, co wyglądało jak elektroniczne sekty.
Internet oszalał z zachwytu. Inwestorzy zaczęli liczyć pieniądze szybciej niż księgowi w rosyjskim ministerstwie ropy. Wielkie nazwiska z Doliny Krzemowej mówiły o początku osobliwości technologicznej, a kryptowaluta związana z projektem wystrzeliła w górę jak rakieta w sylwestrową noc.
Po kilku dniach okazało się jednak, że większość tych genialnych botów prowadziło kilkanaście tysięcy ludzi, którzy zwyczajnie dobrze się bawili. Jeden z najbardziej dramatycznych manifestów sztucznej inteligencji napisał podobno człowiek siedzący na kanapie obok golden retrievera.
I wtedy dotarło do mnie coś, co filozofowie wiedzieli od dawna.
W świecie algorytmów wygrywa nie ten, kto ma rację. Wygrywa ten, kto potrafi wywołać emocję.
To zjawisko nie dotyczy tylko sztucznej inteligencji. Dotyczy całej współczesnej debaty publicznej. Kiedy inwestor z milionem obserwujących napisze w internecie, że AI uratuje cywilizację albo ją zniszczy, jego wpis przeczyta więcej ludzi w godzinę niż poważny artykuł naukowy w ciągu roku. A kiedy badacz, który spędził dziesięć lat nad problemem uprzedzeń algorytmicznych, publikuje analizę, czyta ją kilkuset specjalistów i jeden doktorant z Krakowa.
Wtedy przypominam sobie Platona.
Wyobrażam sobie tę scenę.
Platon siedzi przy komputerze w Atenach, marszczy brwi i zakłada konto na platformie społecznościowej. Publikuje pierwszy tekst. Dialog o naturze sprawiedliwości. Kilka postaci, sprzeczne argumenty, ironia, subtelna logika.
Algorytm czyta to przez pół sekundy. Kręci głową jak znudzony bibliotekarz. I mówi uprzejmie:
– Zbyt długie. Zbyt skomplikowane. Za mało emocji.
Po czym spycha Platona pod artykuł zatytułowany „Pięć porannych nawyków ludzi sukcesu”.
To jest chyba najzabawniejszy paradoks naszych czasów. Żyjemy w epoce największego w historii dostępu do wiedzy, a jednocześnie coraz częściej słuchamy ludzi, którzy mówią najgłośniej, a nie tych, którzy wiedzą najwięcej.
Ale żeby było uczciwie – dawniej też nie było idealnie. Redakcje gazet miały swoje klany, uniwersytety swoje uprzedzenia, a wydawnictwa swoje kaprysy. Jednak istniał jakiś proces sortowania. Recenzja naukowa. Spór. Czas.
Dziś sortowanie robi algorytm. A algorytm ma jeden cel. Nie prawdę. Nie wiedzę. Czas spędzony na stronie.
I tu dochodzimy do sceny warszawskiej.
Kiedy kilka tygodni temu byłem w Warszawie, siedziałem w kawiarni niedaleko uniwersytetu. Przy sąsiednim stoliku dwóch młodych ludzi prowadziło bardzo poważną dyskusję o sztucznej inteligencji. Jeden z nich mówił z wielkim przekonaniem, że AI za trzy lata zastąpi wszystkie zawody świata. Drugi odpowiadał, że AI za trzy lata zniszczy demokrację.
Obaj mieli absolutną pewność.
Po chwili spojrzałem dyskretnie na ich ekran. Źródłem wiedzy był TikTok. I wtedy pomyślałem sobie, że historia ma jednak poczucie humoru. Bo może się okazać, że w świecie rządzonym przez algorytmy najcenniejszą umiejętnością stanie się coś bardzo staromodnego. Umiejętność myślenia powoli.
A jeśli to prawda, to Platon – którego algorytm wyrzuciłby dziś na sam dół internetu – może jeszcze kiedyś wrócić na pierwszą stronę.
Tylko że tym razem nie dlatego, że stał się viralem. Tylko dlatego, że miał rację.

Dodaj komentarz