SIEDEM ZAPOMNIANYCH KATASTROF, CZYLI JAK POLACY PRZESTALI PAMIĘTAĆ, ŻE W 2025 ROKU SPALIŁ SIĘ DOM

Warszawa

W kraju, gdzie debata publiczna przypomina wiejski festyn bez organizatora i z darmowym piwem, a pamięć zbiorowa to ryba akwariowa po lobotomii, 2025 rok był czymś pomiędzy farsą a tragicznym kabaretem. I jak to w Polsce bywa, wszystko działo się na raz, z hukiem, łzami i okładkami gazet, po czym – zgodnie z narodową tradycją – nastała zbiorowa amnezja. Oto siedem wydarzeń, którymi żyliśmy w 2025 roku, a które dziś, pod koniec grudnia, pamięta tylko kilku dziennikarzy, dwóch satyryków i pani z ZUS-u. A szkoda. Bo to był rok, w którym demokracja balansowała na linie rozwieszonej nad szambem, a wielu obserwatorów trzymało za nią kciuki – ale tylko po to, by szybciej się potknęła.


1. DWIE PRÓBY ZAMACHU STANU – I ANI JEDNEGO CZOŁGU NA ULICY

W 2025 roku Polska była jedynym krajem w Europie, w którym doszło do dwóch zamachów stanu. I jedynym, gdzie nikt ich nie zauważył. Najpierw Szymon Hołownia – człowiek, który mówi jak TED Talk, ale myśli jak Twitter – wieszczył spisek służb w związku z jego rzekomymi studiami w Collegium Humanum. Instytucji, której dyplomy można znaleźć w koszyku z promocjami obok kawy rozpuszczalnej i tygodnika „Do Rzeczy”. Później opowiedział w telewizji o tym, jak ktoś go ponoć namawiał do powstrzymania zaprzysiężenia Nawrockiego na prezydenta. Oczywiście natychmiast dodał, że to „publicystyka”. Zamach publicystyczny. Tylko u nas.

Drugi zamach ogłosił samozwańczy Arcyprokurator III RP, Bogdan Święczkowski, pełniący funkcję prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Napisał donos na rząd – rząd, który nie był jego – zarzucając mu działanie w zorganizowanej grupie przestępczej. Brzmi znajomo? Tak, to ta sama formułka, którą wcześniej Ziobro zastosował do swoich przeciwników. Gdy zabrakło Ziobry (dosłownie, bo fizycznie zniknął z życia publicznego), pałeczkę przejął Święczkowski. Tylko że jego dramatyczny apel o obronę ustroju trafił w próżnię, bo nawet widzowie TV Republika zdążyli się już znudzić.


2. ADAM BODNAR I TA CHOLERNA KAWALERKA

Wróćmy do afery, która była tak ekscytująca jak śledztwo w sprawie kradzieży wafelka. Adam Bodnar – liberalny, konstytucyjny, europejski – okazał się posiadaczem (nie-posiadaczem) kawalerki w Warszawie. Po rozwodzie mieszkanie trafiło do jego byłej żony, co oczywiście nie przeszkodziło prawicy oskarżyć go o zatajenie majątku, korupcję, komunizm, masonerię i zdradę stanu.

Bodnar, jak na nudnego profesora przystało, odpowiedział… orzeczeniem sądu. Przedstawił literalny zapis ustawy, który wyjaśniał, że nie może wpisywać do oświadczenia majątkowego czegoś, co nie jest jego. I tyle. Sprawa zdechła szybciej niż obietnice PiS o milionie samochodów elektrycznych.

Ale warto zapamiętać tę scenę, bo pokazuje, jak nisko upadła polityczna debata. Zamiast rozliczać ludzi Nawrockiego za ustawki, używanie IPN-u jak młotka i obsadzanie instytucji swoimi ziobrystami, prawica grzebała w papierach rozwodowych Bodnara.


3. NAWROCKI – PREZYDENT OD USTAWEK I WOJNY O SYMBOLICZNE DRZWI

Karol Nawrocki, produkt politycznego Frankensteina sklecony z kombatanckiego sentymentu, kibolskiej nostalgii i PR-u z Gdyni, w 2025 roku wszedł na salony jak chłopak, który nie wie, gdzie jest, ale wie, że ma krzyczeć „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Jego przeszłość związana z ustawkami wyszła na jaw podczas kampanii. Mimo to został prezydentem. Bo w Polsce wszystko można wybaczyć, byleby nie było śladu genderu.

Rok 2025 to także wojna na linii Pałac Prezydencki – rząd. Nawrocki odmówił zapalenia chanukowych świec, po czym uczestniczył w marszu z hasłem „Polska dla Polaków”. Oburzenie? Tylko w mediach liberalnych. Dla elektoratu PiS i Konfederacji był to po prostu kolejny dowód, że „wreszcie ktoś ma jaja”.

Kulminacją było zablokowanie przez prezydenta kilku kluczowych ustaw rządu Tuska – w tym tej o finansowaniu samorządów. Odpowiedź rządu była niemrawa, bo jak walczyć z człowiekiem, który w międzyczasie wnosi choinkę na własnych plecach do pałacu, robiąc z siebie mema?

Afera goniła aferę, a każdy tydzień przypominał kiepski odcinek telenoweli: prezydent milczy, prezydent podpisuje, prezydent się obraża, prezydent jedzie na Marsz Niepodległości i pozuje z kibicami, którzy właśnie zablokowali rabina na Podlasiu.


4. LEWY NA EMERYTURZE, EMERYTURA NA KOLANACH

Robert Lewandowski – ostatni bożek narodu – obraził się na selekcjonera. Oficjalnie: zmęczenie. Nieoficjalnie: konflikt personalny z Probierzem. Wynik? Klęska z Finlandią, awantura w PZPN, dymisja Probierza, powrót Lewego i utrata opaski przez Zielińskiego. Tryumf personalizmu nad strategią, celebrytyzmu nad drużyną.

Fani? Cieszyli się, bo „Lewy wrócił”. Media? Zastanawiały się, kto jeszcze obrazi się na kogo w reprezentacji. Państwo? Nie zareagowało, bo przecież sport to nasze narodowe LSD – pozwala zapomnieć, że Trybunał Konstytucyjny to teraz biuro reklamacyjne PiS.


5. PEGASUS, CZYLI JAMES BOND Z WERSALKI

Temat podsłuchów wrócił jesienią, kiedy okazało się, że wśród celów Pegasusa znalazła się również Katarzyna Tusk. Premier Donald Tusk zareagował natychmiast – i słusznie – ale nieco przesadził z dramatyzmem, sugerując, że podsłuchiwano też wnuki. Wersja prokuratury: podsłuchiwano Giertycha, nie Katarzynę.

Jednak warto pamiętać: Pegasus był. Pegasus działał. Pegasus łamał prawa obywatelskie. I niezależnie od tego, czy celowano w córkę Tuska, czy w jej adwokata, faktem pozostaje, że państwo pod rządami PiS prowadziło działalność bardziej przypominającą Białoruś z Wi-Fi niż liberalną demokrację.


6. REFORMA PIP – CZYLI DUCHY Z KPO

Ministerka Dziemianowicz-Bąk ogłosiła triumfalnie, że projekt ustawy wzmacniającej PIP już za chwilę trafi do Sejmu. Rzeczywistość: nie trafił nigdzie. Reforma śmieciówek – niezbędna, sensowna, europejska – zniknęła z radarów szybciej niż sensowność w wypowiedziach Krzysztofa Bosaka.

PIP nadal pracuje z kompetencjami na poziomie średniowiecznego czeladnika. Projekt zniknął. Komitet Stały Rady Ministrów ponoć go widział. Ale RCL? Legislacja? Nie. PIP wciąż nie może zamienić umowy śmieciowej na etat. A Konfederacja oddycha z ulgą, bo przecież dla nich etat to komunistyczny spisek przeciwko wolnemu rynkowi.


7. POLSKA BRUNATNIEJE, CZYLI WITAJCIE W PRL-PLUS NARODOWYCH MAJAKÓW

Grzegorz Braun – człowiek z opaską na oku, butelką octu zamiast szarych komórek i gaśnicą zamiast argumentów – wyrósł w 2025 na lidera radykalnej prawicy. Rozdawał autografy w Jedwabnem, negował Holokaust, krzyczał o Żydach, Niemcach i Polin. A Polska… słuchała.

Braun dostał ponad 11% w sondażach. Wyprzedził Mentzena. Był na ustach wszystkich – jako nowy głos narodu. W rzeczywistości: jako hałas narodu. Polityka jako performance, jako igrzyska. Braun to nie polityk. To klaun z apokaliptycznej trupy cyrkowej, który zna tylko jeden trick: podpalić świecznik.

Ale to działa. Bo w Polsce, jeśli nie krzyczysz, to cię nie ma. Jeśli nie negujesz, nie istniejesz. Jeśli nie opluwasz przeciwnika – to znaczy, że jesteś słaby.


EPILOG: POLSKA, KTÓRA ZAPOMINA, ALE GŁOSUJE

2025 był rokiem chaosu. Ale też rokiem ostrzeżenia. Przestrogi. I przypomnienia, że historia się nie powtarza – ona po prostu się przejęzycza. Kaczyński – choć schowany – ciągle pociąga za sznurki. Konfederacja urosła w siłę, mimo że jej poglądy nadają się raczej do broszury psychiatrycznej niż do programu wyborczego. Hołownia wciąż chce być czymś pomiędzy księdzem a stand-uperem. Nawrocki z choinką robi za nowego Dmowskiego. A my? My oglądamy to wszystko, jakby to był serial na Netflixie. Z popcornem. I z wyłączonym mózgiem.

A przecież Polska zasługuje na więcej.

Podsumowując: nie ma w Polsce nudy. Jest chaos, jest ogień, jest śmiech przez łzy. Ale może właśnie to jest nasza specjalność – być krajem, który nie pamięta, ale ciągle walczy. O rozsądek. O demokrację. O lepszą wersję samego siebie. Choćby i z amnezją.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights