




Jeśli ktoś zastanawia się, jak brzmią wywiady przeprowadzane przez ludzi, którzy nie mają odwagi przerwać bełkotowi, polecam weekendowy popis Wirtualnej Polski. Bohaterem? Karol „junior partner” Nawrocki. Taki prezydent, który uważa, że trzeba Ukrainie pokazać miejsce w szeregu, ale jednocześnie nie potrafi zorganizować sobie nawet miejsca przy stole. Świat się śmieje, a Pałac próbuje wyważyć drzwi, które dawno zostały zamknięte – i to od środka.
Pan Karol, z miną jak po życiowym spotkaniu z mitologią, słowa „partnerstwo” używa częściej niż nastoletnie dziewczyny słowa „dramat”. Bo według Karola partnerstwo to sytuacja, w której Zełenski siada z nim przy stole i mówi: „Karolu, powiedz, co ci na wątrobie leży”. Najlepiej w obecności Trumpa, Kushnera, Szefernakera i patrona Cenckiewicza – tego samego, który całkiem przypadkiem zataił fakt przyjmowania psychotropów, jakby był bohaterem tragikomedii „BBN: Bez Bezpieczeństwa Narodowego”.
Przy okazji – dzisiejszy Pałac Prezydencki to nie instytucja, to sitcom. Każda scena to śmieszno-tragiczna farsa, w której prezydent unosi się na moralnych oparach, a jego otoczenie odpala kolejne fajerwerki kompromitacji. Cenckiewicz, bohater lekowego thrillera, ma pretensje, że jego sekrety wypłynęły. Przepraszam, ale jeśli ktoś bierze psychotropy i jednocześnie pisze raporty o stanie państwa, może jednak warto wiedzieć, co za chemiczna orkiestra gra mu w głowie.
Wracając do Karola. Ten pan nie tylko nie wie, co powie Zełenskiemu – on uważa to za cnotę. Cytując klasyka: „spontanicznie i intuicyjnie”. Może jeszcze losuje temat z ciasteczka z wróżbą? W sumie trudno się dziwić, że prezydent Ukrainy woli rozmawiać z Macronem, Meloni, Merzem czy Starmerem – tam przynajmniej nie czeka go rozmowa z kimś, kto myli stanowczość z obrażalskim nadęciem.
Tymczasem Donald Tusk, przez Karola nazwany „najgorszym premierem od 1989 roku”, poleciał do Berlina – na spotkanie prawdziwych liderów. Wiecie, tych, którzy mogą coś załatwić, zamiast biadolić o nazwach portów i braku „dękju” od Zełenskiego. Polska właśnie znów jest przy stole. Tylko prezydent nie dostał zaproszenia. Bo – cytując Karola – „to nie moja przestrzeń”. No nie, Karolu. Twoja przestrzeń to facebookowe przemyślenia i konferencje z Cenckiewiczem.
Nie zapominajmy, że w tej samej rozmowie Nawrocki zestawił Tuska z Braunem i uznał, że ten drugi „mniej szkodzi”. Braun. Grzegorz Braun. Znany parlamentarzysta-demolka i samozwańczy moralny inspektor wycieczek klasowych. Tego wybrał Karol jako mniejsze zło. To jakby powiedzieć, że lepiej wysypać śmietnik na dywan niż go odkurzyć.
I tu przechodzimy do wisienki. Słyszeliście, że Karol rozmawiał z Trumpem? Tak, z tym Trumpem, który rzuca pomysłami na ruszt, jak kiełbasę w czasie niedzielnego grilla : może się przypiecze, może nie. Tym Trumpem, który znowu chce pokoju, ale tak, by Putin nie musiał nawet umyć rąk po podpisaniu traktatu. Karol widzi w tym szansę. Może dlatego, że sam rzuca polityką jak spaghetti o ścianę i liczy, że coś się przyklei.
W tym samym czasie Zełenski spotyka się z przywódcami w Berlinie – z Macronem, Starmerem, Meloni i niemieckim kanclerzem Friedrichem Merzem. Towarzyszą im również Jared Kushner i przedstawiciel Trumpa Richard Grenell. Gdy Trump próbuje sklecić jakiś pokój, który nie będzie nagrodą dla Putina (choć wszyscy wiemy, że dla Donalda T. świat kończy się na granicy jego ego), prezydent Polski w tym czasie skupia się na skargach o „braku partnerstwa” i obraża się za nie te „dziękuję”. Może nikt nie zaprasza go na szczyty, bo nikt nie organizuje tam konkursów skarg i żalów.
A z drugiej strony Pałac – padający z hukiem wśród kłótni Nawrockiego z MON-em o myśliwce, które ponoć odlatują bez jego wiedzy. Naprawdę wzruszający moment: prezydent jako naczelny dowódca, który dowiaduje się o ruchach wojska z mediów. To jakby kucharz dowiadywał się o menu z recenzji TripAdvisora. Trudno nie parsknąć.
I kiedy Karol kończy dzień, siada na kanapie w Pałacu Namiestnikowskim i wpatruje się w ścianę z myślą: „Ale mi dziś wyszło”, gdzieś daleko trwa prawdziwa polityka. W Berlinie mówi się o odbudowie Ukrainy, o formacie pokojowym, o realnych gwarancjach. Polska jest tam dzięki premierowi, który – mimo zaciętych relacji z opozycją – stara się przywrócić nasz kraj do świata, z którego Kaczyński i jego klony wypisali nas z hukiem.
Ale jeszcze słówko o tej bandzie – bo nie można zakończyć bez westchnienia z pogardą w stronę Nowogrodzkiej. PiS się nie sypie – on fermentuje. Wyciekający z niego Nawrocki to tylko jeden z objawów. Wciąż orbituje wokół Jarosława, wciąż czerpie z jego politycznego DNA: obrażony, agresywny, niewdzięczny wobec faktów. I tak jak on, otacza się ludźmi, którzy powinni mieć zakaz zbliżania się do instytucji państwowych na 300 metrów. Cenckiewicz, Przydacz, Bogucki – grupa, której horyzont kończy się na piosence „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, ale w wersji disco polo.
Na tle tego wszystkiego – Donald Tusk. Chce pokoju, rozmawia z liderami, a nie z duchami politycznej przeszłości. Sikorski, owszem, ma krótki lont, ale przynajmniej nie żyje w symbiozie z duetem Cenckiewicz–Przydacz, który zrobiłby wojnę domową nawet w ogródku jordanowskim.
A Lewica? Tradycyjnie się nie liczy, choć Zandberg znowu wyskoczy gdzieś z postulatem „państwowego roweru dla każdego”. Czarzasty, jak zawsze, uśmiechnięty, jakby właśnie zasnął na konferencji. PSL? Ich rola w polityce przypomina stację pogodową – są, coś tam mówią, ale decyzje zapadają gdzie indziej.
W skali żarcia popcornu: 11/10. W skali kompromitacji: tak, wiemy, Karol – nie jesteś z polityki. Tylko z jakiego cyrku, do diabła?
To był felieton poniedziałkowy. Jutro wracam z recenzją złego teatru, jaki odstawia PSL. Czy Kosiniak-Kamysz nadal robi za dekorację? Czy może doczeka się roli z tekstem?
Zostańcie ze mną, bo niestety – jeszcze żyjemy w tym kraju.

Dodaj komentarz