
Piwo świdnickie – ciemne, mocne, klarowne i stare jak zdrowy rozsądek, którego w polskiej polityce dawno nie widziano. W średniowieczu to trunkowe Ferrari Europy, eksportowane na setki kilometrów, do wielu krajów, kiedy ludzie umieli jeszcze pić, śmiać się i kłócić z klasą. Wskrzeszone dziś w Piwnicy Świdnickiej we Wrocławiu – z dębowych beczek, tanin i marzeń o lepszym świecie – smakuje jak nostalgia, którą można nalać do kufla. I tak, chciałbym tam być, ale lenistwo to mój prywatny rząd w stanie permanentnego lockdownu.
Bo w polityce, proszę państwa, piwo też się leje – tylko zamiast chmielu jest hipokryzja, zamiast piany – propaganda, a zamiast smaku – posmak żółci. Karol Nawrocki, nasz prezydencki barman od odmów, rozlewa weto za wetem, jakby w Pałacu Prezydenckim działał automat z napisem „wciśnij, by zatrzymać kraj”. Dwadzieścia trzy razy powiedział „nie”, wczoraj dołożył jeszcze dwa weta, a każdy jego podpis wygląda jak ślad po rozlanym piwie na stole demokracji. Weto śląskie, weto krypto, pewnie zaraz weto SAFE – bo przecież bezpieczeństwo to przesada, gdy można znów błysnąć fochami. W jego wersji prezydentura to kufel bez dna: pełen piany, pusty w środku.
Weto stało się jego religią, a konstytucja – podkładką pod kufel. Nawrocki wetuje wszystko, co pachnie nowoczesnością, jak ortodoks, który gardzi IPA, bo „za gorzkie”. On nie chce klarowności, on lubi mętne. Państwo w jego wydaniu przypomina beczkę po dawnym piwie – błyszczącą z zewnątrz, ale w środku pełną kwaśnych resztek. A obok niego Czarzasty, Sikorski, Tusk – jak klienci, którzy w tej samej tawernie próbują zachować trzeźwość po sześciu godzinach obcowania z politycznym browarem szaleństwa.
Kaczyński siedzi w kącie jak stały bywalec, co dawno przestał pić, ale wszystkim mówi, jak mają trzymać kufel. Jego PiS to piwo z dolnej fermentacji – ciężkie, mętne, o zapachu przeterminowanego patosu. A Konfederacja? To już nie piwo, to denaturat w szklance. Braun i jego kompani warzą własną mieszankę paranoi, rasizmu i pychy – niby piana, a śmierdzi benzyną. W tym samym browarze ideologicznym buszuje też Mentzen – samozwańczy guru ekonomii, który postanowił uwarzyć własne piwo, zapewne z tej samej wody, w której myje ręce po swoich poglądach. Piwo Mentzena to esencja jego polityki: gorzkie, ciężkostrawne i absolutnie nie do przełknięcia. Smakuje tak źle, że nawet Bosak po jednym łyku wygląda, jakby chciał je zdelegalizować. Widać to po jego i jego kompanów zachowaniu – to nie trunek, to płynna frustracja. Takim jak oni trzeba by raczej zakazać trucia ludzi – i piwem, i słowem. A skoro już przy truciznach jesteśmy, to na scenie pojawił się duet, który mógłby otworzyć własny browar obłudy – Kaczyński i Braun. Ten pierwszy, według Cezarego Tomczyka, nie zawaha się nawet trzydzieści sekund, by dla władzy wejść w koalicję z drugim. Bo Kaczyński dla władzy zrobi wszystko – nawet wypije do dna piwo, które sam nawarzył. Współpraca z Braunem, jawnie flirtującym z faszyzmem i szaleństwem, byłaby jak dolanie spirytusu do beczki porteru – efekt gwarantowany: kraj płonie, a przywódcy udają, że to świeczki patriotyzmu. Tomczyk ma rację – historia zna już te układy: Samoobrona, Liga Polskich Rodzin – każde z tych politycznych piw kończyło się kacem narodowym.
Tymczasem wśród wrzasków PiS Sejm uchwalił ustawę o SAFE – programie, który ma wzmocnić obronność i gospodarkę. Polska może dostać z Brukseli ponad 43 miliardy euro, ale czy prezydent Nawrocki podpisze? W końcu dla niego każda ustawa pachnie zdradą, a każdy podpis to utrata godności. Prawdopodobnie znów sięgnie po swoje ulubione narzędzie – weto – jak pijak po otwieracz, nie z potrzeby, lecz z nawyku. I znów kraj będzie patrzył, jak z beczki bezpieczeństwa ulewa się rozsądek, a z kranu polityki cieknie tylko pianka oburzenia.
Na drugim końcu baru siedzi Trump – światowy król bełkotu i piany – który właśnie marzy o Pokojowej Nagrodzie Nobla. I tylko Europa puka się w czoło: Litwa, Szwecja, Estonia, Norwegia, Luksemburg, a nawet my – mówimy „nie”, z tą samą powagą, z jaką barman odmawia sprzedaży komuś, kto już ledwo stoi. Tylko Węgry i Łotwa kiwają głowami, bo myślą, że Nobla można dostać za samo gadanie o pokoju. Trump nalewa światu kolejne obietnice, a my wiemy, że z tego trunku rano tylko kac.
A przecież piwo miało ludzi łączyć, nie dzielić. W Świdnicy, w średniowieczu, przy kuflu negocjowano spory, handlowano, śmiano się z rajców. Dziś w Polsce przy mikrofonach zamiast kufli siedzą politycy, którzy myślą, że rządzenie to zawody w ilości piany. Tusk zachowuje się jak stary barman – spokojny, opanowany, wiedzący, że za dużo piany i klient wróci z pretensjami. Sikorski z dystansem nalewa Europie cierpliwości. Żurek pilnuje, żeby prawo nie zwietrzało. A Czarzasty – z ironicznym błyskiem – czasem rzuci żart, który trafia prosto w polityczne czoło.
I tu jestem ja – siedzę w nocy, przeglądam prasę, i myślę, że kufel świdnickiego byłby dziś najlepszym narzędziem analizy politycznej. Bo po dwóch łykach świat wydaje się mniej absurdalny. Można by nawet wysłuchać Nawrockiego, zanim się uświadomi, że mówi nie do ludzi, tylko do własnego echa. A może właśnie o to chodzi? Może Polska potrzebuje mniej weta, a więcej rozmowy przy stole? Bo przy piwie, nawet gorzkim, łatwiej dojść do zgody niż przy przemówieniu prezydenta.
Więc tak, pewnie nie pojadę do Świdnicy i Wrocławia. Ale pomarzyć można: o kuflu świdnickiego, o rozmowie, o świecie, w którym władza nie pieni się jak źle rozlane piwo. Bo gdyby politycy pili mniej władzy, a więcej piwa, może wreszcie coś by im się w głowach przefiltrowało. A nam, obywatelom, wystarczyłby zwykły kufel – pełen smaku, nie obietnic. Bo z polityki dziś już nic nie da się napić, ale ze świdnickiego – jeszcze tak.
Więc wznieśmy kufel, jeśli nie za polityków, to chociaż za zdrowy rozsądek – ten ostatni trunek, którego w Polsce wciąż brakuje w kranach. Niech nam się pieni mądrze, niech klaruje z czasem, i niech nie zwietrzeje jak obietnice wyborcze. Za zdrowy rozsądek, który – jak dobre świdnickie – trudny do zdobycia, ale warty każdej kropli.

Dodaj komentarz