PIĄTEK, W KTÓRYM POLSKA POSTANOWIŁA ZROBIĆ HAŁAS

Warszawa

Kanada budzi się powoli.

W oknie jeszcze zimowe światło. Nie to ostre, warszawskie, które odbija się od asfaltu i denerwuje oczy, lecz spokojne, północnoamerykańskie – jakby ktoś rozlał mleko na niebie.

Na biurku kubek kawy. Obok komputer. Telewizor mruga wiadomościami z kraju. Papieros dopala się leniwie, jakby też próbował zrozumieć, co właściwie wydarzyło się w Polsce w ciągu ostatnich kilkunastu godzin.

A wydarzyło się dużo. Bardzo dużo.

W Polsce piątek. Zwykły dzień tygodnia, który w innych krajach oznacza powolne zsuwanie się świata w weekend. W Polsce oznacza raczej polityczny rollercoaster, w którym wagoniki jadą bez hamulców, a obsługa twierdzi, że wszystko jest pod kontrolą.

Zaczęło się wczoraj wieczorem. Prezydent Karol Nawrocki pojawił się w telewizji i ogłosił z powagą człowieka, który właśnie odkrył spisek templariuszy, że ustawę o SAFE zawetuje. Nie podpisze. Nie zgodzi się. Nie pozwoli.

Polityka ma to do siebie, że jedno zdanie wypowiedziane w odpowiednim momencie potrafi uruchomić całą lawinę zdarzeń. I dokładnie tak było tym razem. Rano Warszawa obudziła się jak miasto po nocnej burzy.

Premier Donald Tusk zwołał nadzwyczajne posiedzenie rządu. Godzina dziewiąta. Ministrowie zjeżdżają do kancelarii premiera jak do sztabu kryzysowego. Kamery ustawiają się w rzędzie niczym sępy czekające na mięso politycznej sensacji.

Tusk mówi spokojnie. Trochę jak nauczyciel, który już dawno przestał się dziwić, że uczniowie potrafią pomylić tabliczkę mnożenia z manifestem politycznym.

— Weto nas nie zatrzyma — mówi. — Będzie plan B.

Plan B w Polsce to instytucja niemal konstytucyjna. Oznacza mniej więcej tyle, że jeśli ktoś przewróci stolik, to natychmiast znajdzie się ktoś inny, kto przyniesie nowy. Program SAFE miał być jednym z największych projektów zbrojeniowych ostatnich lat. Pieniądze z Unii Europejskiej. Modernizacja armii. Inwestycje w przemysł obronny. Fabryki. Sprzęt. Infrastrukturę. Nie jakieś metaforyczne pieniądze z przemówień. Prawdziwe miliardy, które miały trafić do zakładów rozsianych po całej Polsce.

Tymczasem w Sejmie zaczyna się spektakl. Na mównicę wychodzą kolejni politycy i każdy z nich wygląda jak aktor w trochę innym przedstawieniu. Kosiniak‑Kamysz mówi spokojnie o wojsku, o generałach, o planach modernizacji armii.

A wtedy pojawia się on. Zbigniew Bogucki. Postać osobliwa nawet jak na polską politykę, która przecież osobliwości produkuje hurtowo, jak fabryka śrubek pod Radomiem.

Bogucki stoi na mównicy z miną człowieka przekonanego, że właśnie uratuje ojczyznę przed katastrofą, choć w rzeczywistości przypomina raczej urzędnika, który pomylił instrukcję obsługi państwa z broszurą propagandową z Nowogrodzkiej.

I zaczyna mówić. Nie mówi — przemawia. Nie przemawia — grzmi.

Z każdą minutą coraz bardziej przypomina kaznodzieję, który odkrył, że mikrofon w Sejmie działa bez limitu i postanowił sprawdzić, jak długo można straszyć naród słowem „suwerenność”.

Formalnie pracuje w kancelarii prezydenta. Ale jego polityczne serce bije wyraźnie przy Nowogrodzkiej, w cieniu Jarosława Kaczyńskiego, gdzie lojalność mierzy się nie kompetencją, lecz gorliwością.

Bogucki jest więc jednocześnie rzecznikiem prezydenta, megafonem PiS i samozwańczym prokuratorem całej III Rzeczypospolitej.

Grozi rządowi. Straszy konstytucją. Machając nią na mównicy wygląda trochę jak człowiek, który dostał w ręce gaśnicę i próbuje nią zgasić… światło w pokoju.

Twierdzi, że uchwała rządu to niemal zamach na państwo. Że suwerenność jest zagrożona. Że Bruksela czyha.

Że Polska stoi nad przepaścią.

Słucha się tego z rosnącym zdumieniem, bo w tej tyradzie jest coś z kretacza, coś z politycznego kuglarza i coś z ucznia, który nauczył się kilku sloganów i powtarza je z gorliwością neofity.

A przecież scena jest banalnie prosta. Rząd próbuje uruchomić program zbrojeniowy. Prezydent go wetuje.

A minister z jego kancelarii przychodzi i zaczyna wszystkim tłumaczyć, czym jest patriotyzm.

To trochę tak, jakby złodziej wpadł na zebranie wspólnoty mieszkaniowej i wygłosił wykład o bezpieczeństwie drzwi.

W pewnym momencie dochodzi do sceny niemal teatralnej.

Bogucki, rozgrzany własną retoryką, pochyla się nad mównicą i zaczyna wyliczać zarzuty wobec rządu — jeden za drugim, jak księgowy apokalipsy.

W ławach poselskich ktoś parska śmiechem. Ktoś inny przewraca oczami. Marszałek próbuje przywrócić porządek.

A Bogucki mówi dalej, z powagą człowieka przekonanego, że historia właśnie zapisuje jego przemówienie złotymi literami. Problem polega tylko na tym, że z boku wygląda to raczej jak monolog bohatera z politycznej farsy.

Czarzasty próbuje utrzymać porządek obrad, co przypomina trochę próbę dyrygowania orkiestrą, w której połowa muzyków gra poloneza, a druga połowa marsza pogrzebowego.

A potem na mównicę wchodzi Radosław Sikorski. Kiedy Sikorski jest spokojny, przypomina dyplomatę z podręczników historii. Kiedy się denerwuje, zaczyna mówić językiem, który przypomina raczej publicystykę Kisielewskiego po trzech espresso.

— Antek, świrze — rzuca w stronę Macierewicza.

Sejm na chwilę przestaje być parlamentem. Zaczyna przypominać scenę kabaretu politycznego.

Posłowie PiS uderzają w pulpity. Jedni krzyczą o zdradzie. Drudzy o suwerenności. Czarnek skanduje o komunie, jakby nagle przeniósł się w czasie do roku 1983 i zgubił kalendarz.

A gdzieś w tym wszystkim pojawia się jeszcze Jarosław Kaczyński. Prezes mówi spokojnie, że SAFE to wielki przekręt. Kaczyński od lat ma niezwykłą zdolność. Potrafi w każdej decyzji państwa odnaleźć spisek. Czasem niemiecki. Czasem brukselski. Czasem kosmiczny. Tym razem spisek jest niemiecki.

Polityka w Polsce ma bowiem jedną stałą zasadę dramaturgiczną. Jeśli nie wiadomo, kto jest winny — winni są Niemcy.

Rząd w tym czasie robi swoje. Przyjmuje uchwałę. Plan B rusza. Program „Polska Zbrojna” ma zostać uruchomiony mimo weta. Minister obrony i minister finansów dostają upoważnienia do podpisania umowy. Pieniądze mają popłynąć do funduszu wsparcia sił zbrojnych.

Czyli państwo – wbrew całemu temu sejmowemu hałasowi – próbuje po prostu działać. I wtedy człowiek siedzący kilka tysięcy kilometrów dalej, z kubkiem kawy w ręku, zaczyna układać ten dzień w głowie.

Polska się kłóci. Polska się przekrzykuje. Polska się obraża. Ale jednocześnie Polska działa. Rząd podejmuje decyzje. Sejm głosuje ustawy. Armia planuje modernizację. Demokracja z zewnątrz wygląda czasem jak bałagan.

Jak targowisko, na którym każdy krzyczy coś innego. Ale bałagan to również znak życia. Bo państwa naprawdę chore nie kłócą się w parlamentach. One milczą.

I dlatego, patrząc na ten piątek z kanadyjskiego poranka, można dojść do wniosku, który jest jednocześnie trochę smutny i trochę pocieszający.

A w tym całym zamieszaniu zostaje jeszcze jedno wrażenie.

Jeśli ktoś kiedyś będzie pisał historię tej epoki, Bogucki pojawi się w niej nie jako mąż stanu, lecz jako przypis — drobny, hałaśliwy przypis do politycznego kabaretu.

Polska polityka bywa groteskowa. Bywa hałaśliwa. Bywa chwilami przerażająca. Ale dopóki można ją oglądać na żywo, komentować, wyśmiewać i opisywać w felietonach — dopóty demokracja w Polsce jeszcze oddycha.

Choć przyznam szczerze. Czasem naprawdę trudno odróżnić Sejm od kabaretu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights