PIĄTEK, CZYLI DZIEŃ, W KTÓRYM NAWET PRZYSZŁOŚĆ POWINNA ZWOLNIĆ

Warszawa

Piątek to dzień szczególny.

A choć człowiek chciałby zacząć go od kawy, spokojnego oddechu i afirmacji w stylu: „dziś nie ma polityki”, to niestety — polityka ma nas, a wiadomości pukają do drzwi jak akwizytor od garnków, którego nikt nie zapraszał.

Dlatego zanim opowiem o przyszłości, AI i reszcie moich piątkowych zachwytów, muszę oddać należny hołd rzeczywistości, która — jak zwykle — nie zamierza czekać do poniedziałku.

TRZY SPRAWY, KTÓRYMI BĘDZIEMY DZIŚ ŻYLI

Po pierwsze: Pakistan i Afganistan.
W nocy pakistańskie wojsko postanowiło przypomnieć światu, że Bliski Wschód nie ma w kalendarzu dni wolnych od konfliktów. Ataki lotnicze na Kabul i dwie afgańskie prowincje mają być odpowiedzią na ofensywę talibów. Pakistan ogłosił „otwartą wojnę”, jakby dotychczas była to gra w bierki. Granica płonie, a świat znów sprawdza, gdzie właściwie leży „punkt zapalny” — spoiler: wszędzie.

Po drugie: Stany Zjednoczone, Izrael i Iran.
Szef CENTCOM-u, admirał Bradley Cooper, miał przedstawić prezydentowi Trumpowi opcje ataku na Iran. Tak, dobrze czytasz — opcje. Bo nic tak nie mówi „piątek”, jak rozważanie potencjalnej wojny na pełnej geopolitycznej parze. Podobno część Republikanów uważa, że Izrael powinien odegrać w tym przewodnią rolę. Czyli klasyk: Ameryka planuje, inni wykonują, a świat wstrzymuje oddech.

Po trzecie: kolejna odsłona dyplomatycznego sudoku — Ukraina, USA i Rosja.
Trójstronne spotkanie pokojowe ma się odbyć na początku marca w Abu Zabi. Jeśli ktoś się zgubił w kalendarzu, to przypomnę: jesteśmy w 2026 roku i nadal liczymy na zdrowy rozsądek stron. Gdyby dyplomację można było prowadzić za pomocą AI, konflikt pewnie już dawno rozwiązałby się sam. Niestety — decydują ludzie.

I NA DESER — BIZNES, KTÓRY WYGLĄDA JAK SERIAL

Netflix ogłosił oficjalne wycofanie się z walki o przejęcie Warner Bros. Discovery. W zamian — bagatela — 2,8 miliarda dolarów odszkodowania. Tak, Netflix zapłacił, żeby coś nie kupić.
Są ludzie, którzy płacą za siłownię i na nią nie chodzą — Netflix poszedł o krok dalej.

Tym samym drogę przejęcia WBD otwiera sobie Paramount Skydance, a za wszystkim stoi David Ellison, syn miliardera Larry’ego Ellisona, oddanego sojusznika Trumpa. I już zaczynają się pytania, czy to przejęcie przypadkiem nie skończy się nową wersją CNN, w której wiadomości będą miały filtr „pro-admin”, a TVN zamieni się w lokalną stację o profilu „miękko przychylnym”.

Gdy miliarderzy przejmują media, demokracja robi głęboki wdech. A potem drugi.

A JEŚLI KTOŚ CHCIAŁ UĆIEC W KULTURĘ…

…to może jeszcze do północy zagłosować w plebiscycie O!Lśnienia – Nagrody Kulturalne Onetu i m.st. Warszawy. Dziesiąta edycja. Siedem kategorii. Mnóstwo artystów, którzy robią, co mogą, by kultura miała się lepiej niż geopolityka.

Wszystko to dzieje się dziś. I wszystko to — chcąc czy nie — rozgrywa się w naszych głowach, zanim wypijemy pierwszą kawę.

A teraz możemy wrócić do świata przyszłości, zanim teraźniejszość znów zacznie się domagać uwagi. Świat zachowuje się tak, jakby ktoś odkręcił pokrętło grawitacji i nagle wszystko stało się lżejsze: problemy polityków, ciężary przedsiębiorców, a nawet poniedziałkowe maile. W piątek można sobie odpuścić. W piątek można udawać, że przyszłość poczeka.

Niestety, przyszłość nie zna kalendarza.

A już szczególnie sztuczna inteligencja.

I dlatego – choć od polityki dziś uciekam jak student przed kolokwium – zabiorę Was w podróż tam, gdzie przyszłość jest już teraźniejszością. Tam, gdzie matematyka pachnie jak świeżo mielona kawa, a algorytmy błąkają się po korytarzach tak naturalnie, jak u nas błąkają się politycy po telewizjach śniadaniowych.

Tam – czyli na Uniwersytecie w Toronto.


Tam, gdzie AI chodzi po kampusie w swetrze i okularach

Kampus Uniwersytetu w Toronto ma w sobie coś z kulinarnej metafory: przypomina wielką kuchnię świata, w której ktoś wrzucił do garnka po równo naukowców, marzycieli, matematyków, fizyków, siedem rodzajów kawy i jeden rodzaj geniuszu – tego trudnego, wymagającego, co to człowiek nigdy nie wie, czy patrzy na przyszłego laureata Nobla, czy na kogoś, kto po prostu zasnął w bibliotece.

To tutaj powstały idee, dzięki którym AI dziś pisze, liczy, komponuje, maluje i wdaje się w dyskusje z ludźmi o wszystko, od sensu życia po sens pieczenia chleba na zakwasie.

Naukowcy przechadzają się po korytarzach, machając do siebie w przelocie – jeden zanurzony w równaniach, drugi w danych, trzeci w nadziei, że ktoś wreszcie zrobi kawę. A między nimi, niby duchy przyszłości: studenci pracujący nad modelami neuronowymi, które mogłyby obliczyć tor lotu komara w huraganie.

I ja tam czasem zaglądam. Niby zawodowo, niby z ciekawości, a trochę jak turysta zaglądający do warsztatu zegarmistrza – wszystko tak skomplikowane, precyzyjne, a jednak fascynująco ludzkie.


Wczorajsze rozmowy – czyli jak przypadkiem dowiedziałem się, że świat już się wydarzył

Zacząłem dzień niewinnie: krótką rozmową o modelowaniu procesów biznesowych. Skończyłem – z listą wniosków, które mogłyby służyć jako scenariusz filmu science fiction, gdyby reżyser odważył się pokazać prawdę.

Dowiedziałem się na przykład, że:

  • AI potrafi przeprowadzić rozmowę kwalifikacyjną szybciej, niż kandydat zdąży powiedzieć „dzień dobry”.
  • Algorytmy potrafią zwalniać ludzi delikatniej niż ludzie – głównie dlatego, że nie mają emocji.
  • A rynek pracy zmienia się w tempie, które przypomina wyścig między gepardem a ślimakiem. Ślimak to my.

Ale najbardziej uderzyła mnie myśl, że AI może stać się naszym doradcą, przełożonym, a nawet negocjatorem. Wyobraźcie sobie agenta AI, który w Waszym imieniu negocjuje cenę samochodu.

Człowiek powie:

„No dobrze, niech będzie te trzy tysiące taniej, bo już późno, a ja chcę iść na obiad”.

AI powie:

„Wrócimy do rozmowy, gdy cena będzie zgodna z optymalnym modelem kosztowym. Obiad? Nie znam tego wyrazu.”

To nie negocjator. To terminator empatii.


Rynek pracy – czyli wesołe miasteczko, tylko ktoś odkręcił śruby

Jeszcze kilka lat temu programiści byli nowymi czarodziejami. Machali klawiaturą, a cyfrowy świat tańczył, jak im zagrali. Dziś AI pisze kod tak szybko, że nie zdąży zrobić literówki.

Specjaliści od faktur? Zaraz faktury same będą chciały być księgowane.

Telemarketerzy? Już dawno zostali zastąpieni przez przepięknie modulowane głosy, które potrafią okazać więcej fałszywej troski niż wszystkie babcie świata razem wzięte.

A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że ludzie boją się AI nie dlatego, że ją znają, ale dlatego, że nie wiedzą, jak ją rozumieć.

To trochę jak z oceanem. Wiemy, że jest wielki, głęboki i ma w środku rekiny. AI też ma swoje rekiny – tylko pływają one po sieci neuronowej.


Czego boimy się najbardziej?

Nie robotów. Nie maszyn, które budzą się w nocy i mówią basowym głosem: „Przyszedłem po twoją pracę”.

Nie.

Najbardziej boimy się,

że ktoś nas wyprzedzi.

Że nie nadążymy.

Że przyszłość przyjdzie, a my będziemy akurat patrzeć w telefon.

Ale jeśli mam być szczery – to lęk tak stary jak człowiek. Każda zmiana budziła panikę: druk, prąd, silnik parowy, internet… a jednak jakoś to wszystko przetrwaliśmy. Ba, nawet nam się spodobało.


A na koniec – puenta. Piątkowa, lekka, nadająca się do podania z prosecco

AI jest szybka, zdolna, nie śpi, nie pyta o urlop i nie potrzebuje kawy. Może nas wyręczyć, może nas wyprzedzić, może nas zaskoczyć.

Ale jest jedna rzecz, której AI nie potrafi. I długo nie będzie potrafiła.

Nie potrafi powiedzieć: „Dobra, koniec na dziś. Jest piątek.”

Tylko człowiek ma w sobie ten głęboko filozoficzny impuls, by w piątek o 15:01 stwierdzić, że świat się nie zawali, jeśli wszystko poczeka do poniedziałku.

A zanim jednak skończę, muszę dorzucić coś osobistego — i przy okazji dolać do tego felietonu odrobinę humoru, bo piątek bez humoru jest jak proces biznesowy bez właściciela: niby działa, ale nikt nie wie jak. Bo przecież całe to moje zaglądanie na wydział AI w Toronto nie jest niewinną wycieczką krajoznawczą. To zawodowa konieczność.

Jako nauczyciel biznesu, analityk procesów i człowiek, który jeszcze pamięta czasy, gdy „innowacja” oznaczała nowy model flip‑charta, oto odkryłem pewną brutalną prawdę: moja dotychczasowa wiedza już nie wystarcza. Biznes zmienia się tak szybko, że klasyczne modele, które kiedyś były złotem, dziś są co najwyżej mosiądzem. Pięknie błyszczą, ale ich wartość — taka sobie.

I teraz najważniejsze: AI zmieniła nauczanie biznesu bardziej niż wszystkie reformy ministerialne ostatnich trzydziestu lat razem wzięte.

Jeszcze niedawno zaczynałem wykład od pytania: „Czym jest strategia?”. Dziś zaczynam od pytania: „Czy ktoś z was nie przyniósł przypadkiem modelu językowego, który zrobi prezentację za was?”.

Studenci są zachwyceni. Ja mniej.

Bo edukacja biznesowa kiedyś była jak trening sportowy: pot się lał, szare komórki pracowały, a człowiek uczył się na błędach. Teraz AI podsuwa studentom odpowiedzi tak szybko, że nawet nie zdążą się pomylić.

To jak kurs prawa jazdy, na którym samochód sam skręca, sam hamuje i jeszcze sam zauważa rowerzystę. Człowiek wychodzi zadowolony — tylko że jeździć to on dalej nie umie.

AI zmieniła naszą rolę: kiedyś profesor był mentorem, przewodnikiem, mędrcem. Teraz staje się komentatorem sportowym, który na żywo relacjonuje wyścig między studentem a jego własną aplikacją.

— Proszę państwa, student zaczyna pisać esej… O! AI przejmuje prowadzenie! AI przyspiesza! Student próbuje dodać przykład! AI już wstawia przypisy! Co za mecz!

I wiecie co? Mimo wszystko to fascynujące.

AI uczy biznes tak, jak GPS uczy geografii: niby pomaga, ale jeśli odbiorca nie uważa, to potem stoi na środku pola i zastanawia się, gdzie zniknęła droga.

Dlatego teraz uczę inaczej. Mniej mówię co robić, a bardziej dlaczego, po co, jak myśleć i jak nie dać się zrobić w bambuko algorytmom, które zbyt chętnie podpowiadają gotowe rozwiązania.

Uczę studentów:

  • jak zadawać pytania lepsze niż te, które wpisują do czatu,
  • jak sprawdzać odpowiedzi, zanim przekażą je dalej,
  • jak rozumieć procesy, a nie tylko ich wynik,
  • i przede wszystkim — jak zachować zdrowy rozsądek, który bywa towarem bardziej deficytowym niż mikrochipy.

Bo AI może zrobić dużo, ale nie zrobi jednej rzeczy: nie zastąpi myślenia. A przynajmniej jeszcze nie w tym semestrze.

Wracając… i człowiek, który musi tłumaczyć innym, jak działa świat organizacji — odkryłem pewną brutalną prawdę: moja dotychczasowa wiedza już nie wystarcza. Biznes zmienia się tak szybko, że klasyczne modele, które kiedyś były złotem, dziś są co najwyżej mosiądzem. Pięknie błyszczą, ale ich wartość — taka sobie.

AI wdarła się w zarządzanie z taką siłą, jakby ktoś otworzył boczną bramę i wpuścił huragan. Modele procesowe, które kiedyś rysowałem na tablicy, dziś potrafią rysować się same. Algorytmy potrafią symulować reakcje klientów, planować przepływy finansowe, optymalizować procedury — szybciej, precyzyjniej i bez bólu głowy. I tak, muszę przyznać to otwarcie: jeśli chcę uczyć innych, muszę sam uczyć się szybciej niż kiedykolwiek.

Dlatego chodzę po tych torontońskich korytarzach jak uczeń Hogwartu, który próbuje nadążyć za profesorami od sztucznej inteligencji — a to wcale nie tacy zwykli profesorowie. Warto tu dodać kilka słów o torontońskim sercu AI, bo skoro tak często tam bywam, dobrze wyjaśnić, co to za kuźnia przyszłości.

Na Uniwersytecie w Toronto AI nie mieszka w jednym pokoiku z tablicą i profesorem w tweedowej marynarce. To cały ekosystem — orkiestra wydziałów, laboratoriów i instytutów, które razem brzmią jak symfonia kodu, neuronów i przyszłych Nobli. Mamy więc:

  • AI Group na Wydziale Informatyki – mózgownicę, w której deep learning i machine learning smażą się jak naleśniki na rozgrzanej patelni.
  • Schwartz Reisman Innovation Campus – futurystyczny kampus, gdzie AI poznaje człowieka, a człowiek udaje, że jeszcze nad tym panuje.
  • Creative Destruction Lab w Rotmanie – miejsce, gdzie startupy próbują udowodnić, że „niemożliwe” to tylko błąd kompilacji.

A najzabawniejsze jest to, że to wszystko jest dosłownie kilka minut spacerem od Rotmana. Wychodzisz z biznesowego świata wykresów, tabel i case studies, idziesz w stronę AI‑świata, a tam już fruwają równania, roboty i doktoranci, którzy śpią rzadziej niż koty.

I w tym wszystkim ja — człowiek od procesów, zarządzania i akademickiego savoir‑vivre — muszę przyznać, że moja wiedza już nie wystarcza. AI pędzi tak szybko, że jeśli chcę dalej uczyć innych, muszę sam uczyć się od najlepszych. Dlatego przesiaduję na zajęciach i seminariach jak nastolatek na pierwszym roku, notuję wszystko, udaję, że rozumiem, a potem naprawdę rozumiem.

Współpraca między Rotmanem a AI to małżeństwo z rozsądku: oni mają mózgi, my mamy narrację. Oni tworzą modele predykcyjne, my próbujemy wyjaśnić CEO‑som, że to nie jest magia, tylko matematyka. I tak jakoś to działa — niczym model hybrydowy, którego nikt do końca nie rozumie, ale wszyscy korzystają. który przez pomyłkę trafił na zajęcia z zaawansowanej teleportacji, choć chciał tylko zdać podstawy machania różdżką.

I tu pozwólcie na krótką anegdotę z życia wykładowcy.

Kiedyś, podczas zajęć o mapowaniu procesów, jeden student — błyskotliwy, ale leniwy w stylu „mógłbym, ale po co?” — zapytał mnie:

„Panie Profesorze, czy te wszystkie procesy da się kiedyś zrobić tak, żeby działały same?”

Zanim odpowiedziałem, reszta grupy już zaczęła się śmiać, a ja — w przypływie pedagogicznej szczerości — stwierdziłem:

„Oczywiście, że tak! W zasadzie pracuję nad tym, żeby procesy działały same, a student uczył się sam, a ja tylko sprawdzę obecność i pójdę na kawę.”

Śmiech śmiechem, ale dziś w laboratoriach AI dokładnie nad tym pracują: procesy mają działać same, organizacje mają być mądre same, a człowiek — najlepiej żeby tylko wcisnął guzik ’run’ i nie przeszkadzał.

Wtedy sala parsknęła. Dziś — nie jestem już pewien, czy to był żart. który przez przypadek trafił na zajęcia dla profesorów. Słucham, notuję, pytam, czasem nawet udaję, że rozumiem, zanim naprawdę zrozumiem. Bo jeśli AI jest przyszłością biznesu — a jest — to ja muszę być w tej przyszłości obecny, zanim ona zapuka do mojej sali wykładowej.

I fascynuje mnie, jak to wszystko się łączy: moje analizowanie procesów, ich modelowanie, ich nieustanne próby ujarzmienia — trochę jak tresowanie kota, który niby słucha, ale i tak chodzi własnymi ścieżkami — a z drugiej strony prace badaczy nad sieciami neuronowymi.

Zresztą same procesy biznesowe to przecież nic innego jak metafory życia:

  • jedne są uporządkowane jak kanadyjska kolejka do kawy,
  • inne chaotyczne jak polski poniedziałek w urzędzie,
  • jeszcze inne — udają, że działają, bo nikt nie ma odwagi zapytać dlaczego.

A AI potrafi spojrzeć na to wszystko z góry: zobaczyć zależności, których człowiek nie zauważy nawet po trzech kawach i dwóch diagramach BPMN. moje analizowanie procesów, ich modelowanie, optymalizacja, a z drugiej strony prace badaczy nad sieciami neuronowymi, które potrafią przewidywać zachowania rynków, symulować strategie i oceniać ryzyka w czasie, w którym ja dopiero włączam laptop.

Kiedy więc opowiadam studentom o organizacjach przyszłości — tak naprawdę opowiadam o tym, czego nauczyłem się od ludzi z Toronto. A oni tworzą narzędzia, które za chwilę będą standardem w każdej firmie od Warszawy po Wellington. I nie mam zamiaru zostać w tyle. Trzeba być tam, gdzie pisze się przyszłość, nawet jeśli czasem pisze się ją równaniami, których z początku człowiek nie rozumie.

A więc – korzystajmy. Oddychajmy. Patrzmy z zaciekawieniem na zmieniający się świat, ale róbmy to z kieliszkiem w dłoni i lekkim uśmiechem.

Bo przyszłość może i jest mądrzejsza od nas.

Ale nigdy nie będzie wiedziała, co to weekend.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights