
Czwartek przed południem ma w sobie coś z powolnego budzenia się świata. Kawa stygnie na stole, za oknem kapie deszcz, a człowiek siedzi z gazetami i zaczyna podejrzewać, że coś tu się jednak rozjechało między rozsądkiem a rzeczywistością. Niedawno byłem u okulisty. Lekarz spojrzał w moje oczy jak mechanik w silnik starego fiata i powiedział spokojnie: trzeba mocniejsze szkła. Cóż, człowiek się starzeje. Siedemdziesiąt dwa lata to już wiek, w którym wzrok powinien raczej słabnąć niż się wyostrzać. A jednak mam dziwne wrażenie, że widzę dziś świat ostrzej niż kiedyś. Nie mądrzej – broń Boże – tylko ostrzej. Kontury rzeczywistości są wyraźniejsze, jakby ktoś podkręcił kontrast w telewizorze historii.
Człowiek czyta wiadomości ze świata i zaczyna się zastanawiać, czy to rzeczywiście oczy mu się poprawiły, czy po prostu świat postanowił zwariować.
Weźmy na przykład tę najnowszą wojnę na Bliskim Wschodzie. Teheran – miasto ogromne, głośne, pełne ludzi, którzy jak wszyscy inni na świecie chcą po prostu żyć, pracować, spotykać się w kawiarniach, robić pikniki w parkach i narzekać na ceny benzyny. Miasto z bazarem, który pachnie przyprawami i kurzem historii, z pałacem Golestan, z ulicami tak zatłoczonymi, że warszawskie korki wyglądają przy nich jak niedzielny spacer rowerowy. I właśnie nad tym miastem zaczynają krążyć rakiety. Spadają na hale sportowe, na magazyny paliwa, na ulice, które jeszcze wczoraj były zwyczajnymi ulicami życia.
Wojna, jak zwykle, zaczęła się od wielkich słów. Bezpieczeństwo, stabilność, broń atomowa, zagrożenie dla świata. Wielkie słowa mają to do siebie, że bardzo dobrze wyglądają na konferencjach prasowych, ale znacznie gorzej na ruinach szkół.
W takich chwilach człowiek mimowolnie poprawia okulary i zastanawia się, czy to naprawdę się dzieje, czy tylko świat wygląda tak dziwnie przez nowe soczewki.
Na czele tego całego spektaklu stoi Donald Trump, człowiek przekonany, że dyplomacja międzynarodowa przypomina sprzedaż apartamentów z widokiem na rzekę Hudson. Trump zawsze wierzył, że jeśli odpowiednio głośno uderzy się pięścią w stół, świat zacznie negocjować jak najemca w sporze o czynsz.

Do pomocy dobrał sobie dwóch dyplomatów, którzy w normalnym świecie byliby raczej bohaterami rubryki gospodarczej niż podręczników historii. Jared Kushner – zięć. Steve Witkoff – przyjaciel od interesów. Dwóch panów z Nowego Jorku, którzy uznali, że konflikty między państwami można rozwiązywać tak samo jak spór o wysokość czynszu w luksusowym biurowcu.
I oto w Genewie odegrała się scena, która wygląda jak kabaret napisany przez kogoś o bardzo specyficznym poczuciu humoru. Rano spotkanie z Irańczykami. Po południu rozmowa z Ukraińcami. Wieczorem negocjacje z Rosjanami. A potem kolacja z Europejczykami. Wszystko w jeden dzień, jakby pokój na świecie był projektem do zamknięcia przed końcem kwartału.
Człowiek patrzy na to i przypomina sobie starą zasadę dyplomacji: jeśli ktoś twierdzi, że może rozwiązać trzy wojny w jeden dzień, to najpewniej nie rozumie ani jednej. Albo – co gorsza – rozumie je tak, jak deweloper rozumie działkę budowlaną: tu coś wyburzyć, tam coś postawić, a na końcu sprzedać z widokiem na przyszłość.
Cała ta genewska scena przypominała raczej spotkanie zarządu spółki „Pokój Globalny Sp. z o.o.” niż dyplomację. Rano Irańczycy, po południu Ukraińcy, wieczorem Rosjanie. Brakowało tylko flipcharta i zdania: „Panowie, zamykamy trzy konflikty do piątku, bo w poniedziałek mamy już nowy projekt”.
Tymczasem nad Iranem latają rakiety, a w Waszyngtonie sekretarz wojny wygłasza przemówienia o krucjacie. Tak, krucjacie. Słowie, które powinno spokojnie leżeć w muzeum obok zbroi, kusz i map, na których Jerozolima wygląda jak działka inwestycyjna. Ale nie – wraca w XXI wieku w ustach człowieka, który jeszcze niedawno pracował w telewizji i najwyraźniej uznał, że historia to coś w rodzaju serialu kostiumowego z większym budżetem na eksplozje.

Wojny mają jednak jedną złośliwą właściwość. Bardzo szybko przestają być wielką strategią, a zaczynają być rachunkiem. Najpierw rachunkiem za zniszczone miasta, potem rachunkiem za odbudowę, a na końcu rachunkiem przy dystrybutorze na stacji benzynowej.
Iran zamyka cieśninę Ormuz. Cena ropy skacze jak kot na gorącym dachu. Nagle okazuje się, że wojna na drugim końcu świata ma bezpośredni związek z tym, ile kosztuje litr diesla pod Radomiem albo pod Toronto.
A potem przychodzą liczby, które brzmią jak rachunek wystawiony przez historię. Cztery i pół tysiąca nalotów w dziesięć dni. Baryłka ropy podskakuje do 119 dolarów jak spanikowany królik. Siedmiu amerykańskich żołnierzy wraca do domu w trumnach. A gdzieś w Bahrajnie irańskie rakiety trafiają w instalację odsalania wody – w regionie, gdzie dwie trzecie ludzi pije wodę właśnie z takich zakładów. Jedna rakieta więcej i całe miasta mogą zostać bez wody. Biblijna katastrofa, tylko bez proroków i z bardzo nowoczesnymi rakietami.
I znowu człowiek poprawia okulary, przeciera szkła i myśli: nie, to nie wada wzroku. To naprawdę wygląda aż tak absurdalnie.
W Waszyngtonie Donald Trump ogłasza tymczasem, że wojna jest „praktycznie zakończona”. To zdanie ma w sobie coś z optymizmu człowieka, który podpalił dom sąsiada i po pięciu minutach mówi strażakom, że właściwie ogień już prawie zgasł.
Premier Izraela odpowiada chłodno: „Jeszcze nie skończyliśmy”.
Wojna więc trwa. Rakiety latają. Ceny ropy rosną. A na Kremlu ktoś z pewnością otwiera kolejną butelkę szampana, bo droższa ropa to najlepsza wiadomość dla rosyjskiej kasy wojennej. Historia ma zresztą poczucie humoru wyjątkowo czarne – im głośniej w Waszyngtonie mówi się o osłabianiu Rosji, tym bardziej wojna na Bliskim Wschodzie pomaga jej zarabiać.
I wtedy Donald Trump mówi, że właściwie to może już wystarczy. Jeszcze trochę tego i tamtego, parę rakiet, parę nalotów i można zamknąć sprawę.
Historia zna takie momenty. Najpierw wielkie wejście na scenę, potem demonstracja siły, a na końcu krok w tył z miną człowieka, który twierdzi, że wszystko było częścią planu.
Siedzę więc w ten czwartkowy poranek, patrzę przez nowe okulary i myślę sobie, że może to nie jest kwestia wzroku. Może po prostu z wiekiem człowiek zaczyna widzieć rzeczy, które wcześniej ginęły w szumie codzienności. Na przykład to, że wielkie wojny często zaczynają się od bardzo małych ambicji. Albo że politycy, którzy najgłośniej mówią o porządku świata, zostawiają po sobie największy bałagan – taki, którego nie posprząta już żadna konferencja prasowa.
Czasami mam wrażenie, że patrzymy na świat jak na źle napisany spektakl. Aktorzy chodzą po scenie w generalskich mundurach, mówią o historii, cywilizacji i bezpieczeństwie, a w rzeczywistości przypominają raczej kłótnię zarządu spółdzielni mieszkaniowej o miejsce parkingowe.
A może po prostu świat naprawdę zwariował.
Bo jeśli globalne konflikty mają dziś rozwiązywać deweloperzy między lunchem a kolacją, a sekretarz wojny marzy o krucjatach, to człowiek zaczyna podejrzewać, że okulista miał rację.
Potrzebne są mocniejsze szkła.
Nie po to, żeby widzieć dalej.
Po to, żeby wreszcie zobaczyć rzecz najprostszą: że największym zagrożeniem dla świata nie jest bomba atomowa.
Tylko głupota ludzi, którzy wierzą, że potrafią nią zarządzać.

Dodaj komentarz