
Wieczór w East York zaczyna się niewinnie. Człowiek wraca z pracy, zamyka drzwi i myśli, że teraz nastąpi spokojna część dnia. Błąd. Kardynalny błąd.
Bo w domu czeka rodzina w komplecie: żona, dziewczynki, zwierzęta i ja. Czyli w praktyce niewielkie, dynamiczne zgromadzenie narodów, które właśnie zaczyna wieczorny szczyt klimatyczny poświęcony temu, kto dziś najbardziej zasłużył na poduszkę w twarz.
Najpierw są opowieści.
Każdy ma coś ważnego do przekazania. Jedna z dziewczynek opowiada o szkolnej dramie, druga o matematyce, która najwyraźniej jest wynalazkiem wrogich cywilizacji. Ktoś pokazuje coś na telefonie, ktoś się śmieje, ktoś udaje kota, kot udaje, że jest lwem, a pies – jeśli akurat jest obecny – udaje, że to wszystko jest jego pomysł.
Po czym nagle sytuacja eskaluje.
Poduszki zaczynają latać w powietrzu. Przytulanki również. Jedna z dziewczynek przeprowadza manewr flankujący z kanapy. Druga odpowiada ogniem z fotela.
To już nie jest zabawa.
To jest pełnoskalowa wojna miękkich obiektów.
I wtedy pojawia się Larysa.
Wkracza do salonu jak walkiria domowa. Wzrok surowy, krok zdecydowany, głos niosący się przez korytarze jak syrena alarmowa.
— Koniec.
I rzeczywiście koniec.
Oddziały zostają rozbrojone. Przytulanki trafiają do kosza z zabawkami. Dziewczynki zostają skierowane do łazienki, a potem do łóżek.
Ja zostaję skierowany na taras, gdzie zgodnie z domowym regulaminem wolno mi palić i udawać, że jestem człowiekiem refleksji.
Żona zostaje na górze z komputerem.
A skoro tak, to i ja postanawiam zrobić to, co robią wszyscy dojrzali mężczyźni po pięćdziesiątce.
Usiąść przy komputerze. Włączyć telewizor. Zajrzeć do internetu.
Problem polega na tym, że nie mam okularów.
Zaczynają się poszukiwania.
Na dole ich nie ma. W kuchni też nie. Na stole – pustka. Na półce – nic. Wchodzę więc na górę, bo logika podpowiada, że muszą być gdzieś tam.
Nie ma ich.
Sprawdzam łazienkę. Zaglądam pod kanapę. Oglądam poduszki w salonie, w nadziei, że podczas tej wojny powietrznej okulary spadły gdzieś między nimi.
Nic.
Pytam żonę.
— Nie widziałaś moich okularów?
— Nie.
I wtedy jako człowiek racjonalny wyciągam jedyny możliwy wniosek.
Zaczął się Alzheimer.
W moim wieku nie byłoby to wcale sensacją.
Zdarzało mi się już na przykład wyrzucać zawartość popielniczki… do lodówki. Raz przeszedłem do drugiego pokoju i kompletnie zapomniałem, po co tam poszedłem. Innym razem stałem pod windą dobre pół minuty, czekając aż przyjedzie, zanim odkryłem, że nie nacisnąłem guzika.
Nie będę nawet wspominał o tych porankach, kiedy robię sobie kawę, wkładam kapsułkę do ekspresu, naciskam przycisk… i nic się nie dzieje, bo zapomniałem nalać wody.
Takie drobiazgi.
I tak pół żartem zaczęliśmy z żoną rozmowę o starości. O pamięci. O chorobach. O tym, jak człowiek powoli odkrywa, że jego mózg zaczyna działać jak stary komputer – wszystko niby jest, tylko czasem trzeba poczekać trzy minuty, aż system się zorientuje, czego właściwie chcemy.
Na szczęście żona pracuje w jednej z największych na świecie firm branży medycznej.
Gigant.
Leki. Sprzęt. Kosmetyki. Badania. Technologie, o których zwykły człowiek dowiaduje się dopiero wtedy, kiedy lekarz mówi: „Mamy nową metodę”.
Więc zamiast współczująco pokiwać głową nad moją rzekomą demencją, zaczęła opowiadać.
I nagle okazało się, że świat nauki wcale nie stoi w miejscu.
Na przykład naukowcy z Washington University odkryli niedawno coś, co brzmi niemal jak science fiction: jedno badanie krwi może wykryć chorobę Alzheimera wiele lat przed pojawieniem się objawów.
Chodzi o białko o nazwie p-tau217. Brzmi jak nazwa robota z Gwiezdnych Wojen, ale w rzeczywistości jest markerem, który pokazuje, czy w mózgu zaczynają odkładać się amyloid i tau – te słynne białka odpowiedzialne za chorobę.
Co więcej, naukowcy twierdzą, że na podstawie poziomu tego markera można oszacować, kiedy pojawią się pierwsze objawy. Z dokładnością nawet do kilku lat.
Czyli mówiąc brutalnie: można dostać informację w stylu
„Proszę pana, według naszych obliczeń pamięć zacznie się psuć mniej więcej około roku 2042”.
To oczywiście brzmi trochę jak prognoza pogody dla mózgu.
Ale jednocześnie daje nadzieję. Bo jeśli wiadomo wcześniej, kto jest zagrożony, można szybciej zacząć leczenie, badania kliniczne, terapię.
Krótko mówiąc – medycyna próbuje dogonić starość.
A skoro o starości mowa, rozmowa naturalnie zeszła na zęby.
Bo pamięć pamięcią, ale człowiek w pewnym wieku zaczyna rozumieć, że organizm składa się z wielu części zamiennych.
Naukowcy z King’s College w Londynie pracują na przykład nad czymś jeszcze bardziej futurystycznym.
Zębami z probówki.
Tak, dokładnie.
Zamiast implantów, mostów i śrub wkręcanych w kość, pomysł jest taki, żeby z komórek pacjenta wyhodować zalążek nowego zęba i pozwolić mu… normalnie wyrosnąć w dziąśle.
Pomaga w tym specjalny biomateriał – hydrożel – który pozwala komórkom komunikować się ze sobą i rozpocząć proces formowania zęba.
Czyli zamiast plomb i implantów można będzie kiedyś powiedzieć dentyście:
— Poproszę jeden nowy ząb. Najlepiej z gwarancją.
Na co żona spojrzała na mnie i powiedziała z rozbrajającą szczerością:
— Wiesz, w sumie dobrze, że jeszcze masz swoje zęby.
Po chwili dodała:
— Gorzej byłoby, gdybyś zgubił sztuczną szczękę i nie mógł jej znaleźć.
Muszę przyznać, że w tej jednej uwadze było więcej filozofii życia niż w wielu poważnych artykułach o starzeniu.
Bo starość ma jedną wielką zaletę.
Człowiek zaczyna rozumieć, że organizm jest projektem w wersji beta, który przez całe życie dostaje aktualizacje.
Czasem poprawiają funkcje.
Czasem wprowadzają nowe błędy.
A okulary?
Okulary się w końcu znalazły.
W samochodzie.
Zdjąłem je wcześniej, bo zaparowały, kiedy wsiadałem.
Ucieszyłem się jak dziecko.
Bo to znaczy, że na razie do lekarza z Alzheimerem nie muszę iść.
Przynajmniej do następnego razu, kiedy wstawię popielniczkę do lodówki.

Dodaj komentarz