LODOWY ŚWIAT, GORĄCE GŁOWY, I ZIMNE NERWY

Warszawa

W Davos było zimno, ale w głowach polityków – wrzątek. I to nie ten potrzebny, na herbatę z cytryną, tylko ten, który parzy mózg i topi resztki rozsądku. Donald Trump, człowiek, który myli Grenlandię z Islandią, a dyplomację z mordobiciem, ogłosił powstanie Rady Pokoju, do której zaprosił Putina, Xi Jinpinga i Łukaszenkę z Orbanem. Kiedy człowiek w jednym zdaniu łączy „pokój” i „Putin”, to wiadomo, że coś poszło nie tak. To jakby zaprosić wilka do Rady Ochrony Kóz.

Ale to nie wszystko. Bo prezydent USA, który myśli, że świat jest jego grą w Monopoly, postanowił, że Grenlandia mu się należy. Bo leży. Bo jest lodem. Bo strategicznie. Bo czemu nie. To logiczne – jak ci się znudzi Floryda, kup sobie arktyczną lodówkę. I jeszcze miej pretensje, że Duńczycy są „niewdzięczni”.

W tle tej farsy Rosja zaciera ręce. Zachód się kłóci, NATO się rozłazi, a Ukraina marznie. Dosłownie – miliony ludzi bez prądu, w ciemnościach, w śniegu, pod bombami. A my w tym czasie dyskutujemy, czy Trump powinien był użyć słowa „ice” czy „nice”.

A teraz nowy rozdział tej farsy: Biały Dom popiera Trumpa. Tak, przecierajcie oczy. W oficjalnym oświadczeniu rzeczniczka administracji USA oznajmiła, że „Trump ma rację”, a wkład Ameryki „przyćmiewa wkład innych krajów”. No pewnie. Jak się patrzy przez reflektory własnego ego, to każdy cień wydaje się mały.

Trump dodał, że sojusznicy w Afganistanie „pozostawali nieco z tyłu, z dala od linii frontu”. Jakby nie byłoby faktów, że po 11 września to właśnie NATO uruchomiło artykuł 5. i tysiąc żołnierzy z Europy – w tym 44 Polaków – oddało życie w tej wojnie. Ale dla Trumpa to nic. Bo przecież „nigdy ich nie potrzebowaliśmy”. Tak, Ameryka samotna jak westernowy rewolwerowiec – tylko zamiast konia, cug z fake newsów.

A jeszcze bardziej żenujące od słów Trumpa jest to, jak bardzo prezydent Karol Nawrocki zapatrzony jest w tę pomarańczową ikonę chaosu. To już nie jest polityka – to cosplay na marnego ambasadora MAGA w wersji zaściankowej. Kiedy Trump deptał pamięć sojuszników i szydził z misji w Afganistanie, Nawrocki – jak na ucznia z ostatniej ławki – siedział cicho, kiwając głową, a potem przysłał rzecznika, żeby połajał Sikorskiego za odwagę powiedzenia prawdy. To jest jakiś dramat.

Nawrocki nie jest prezydentem. On jest przeszkadzaczem. Narodowym klocem wrzuconym w tryby rządu, który zamiast walnąć go w polityczny pysk – znosi to wszystko z pokorą, jakby był jakimś cierpiętnikiem z instrukcją obsługi państwa. A przecież to nie jest jego pierwszy raz. Pamiętamy jego wieczne obrażanie się na kulturę, fochy na Marsz Równości, histerie o „repolonizację historii” i protekcjonalne monologi o bohaterstwie, które kończyły się na gloryfikacji anonimowego pomnika. Nawrocki to człowiek, który myśli, że bycie prezydentem polega na wetowaniu, trollowaniu rządu i pisaniu oświadczeń w tonie „kto nie z nami, ten przeciw nam”.

Człowiek jest zażenowany. Zdumiony. Wciąż się zastanawia, jak ta kanalia została prezydentem. Czy do urn wrzucano głosy, czy może tylko zwitki papieru z napisem „byle nie Trzaskowski i Tusk”? Czy ktoś to jeszcze pamięta? Bo wygląda na to, że mamy w Pałacu człowieka, którego jedyną misją jest podgryzanie demokracji z boku – nie frontalnie, jak Kaczyński, nie prymitywnie, jak Bosak, ale z uśmiechem obrażonego dyrektora gabinetu narodowego samozadowolenia.

Świat się wali, ale przynajmniej mamy sztuczną inteligencję, która pisze felietony za dziennikarzy. Nie jak ja – wasz wierny Igaden, który zderza się z rzeczywistością równie twardo, co polska służba zdrowia z pacjentem. To nie jest kraj dla starych ludzi. To nie jest planeta dla rozumnych.

Bo kiedy WOŚP walczy o nowoczesny sprzęt medyczny, internet pełen jest jadu – hejt wylewa się jak smog nad Krakowem. Ludzie, którzy nie mają odwagi przeprowadzić wywiadu z własnym sumieniem, komentują zbiórkę Owsiaka jakby był Kim Dzong Unem w różowych okularach. A przecież to jedna z ostatnich rzeczy, które nas jeszcze jakoś spajają – ta infantylna, kolorowa, rozemocjonowana solidarność. Balonik nadziei w świecie, który przypomina zakład psychiatryczny z deficytem pielęgniarek i nadmiarem szefów.

W sejmie trwa cyrk. Kaczyński przysiada na mównicy jak dziadek do orzechów, Zbigniew Ziobro leczy się w cieniu własnych decyzji, a Konfederacja drze się wniebogłosy, bo krzykiem próbują zagłuszyć brak kompetencji. Nawrocki udaje, że zna się na kulturze, a Cenckiewicz nadal pisze historię jakby była fanfikiem o swoim alter ego.

Na rynku emerytalnym? Coraz bardziej przypomina to ruletkę w kasynie zarządzanym przez byłych ministrów finansów. Ceny rosną, zasiłki maleją, a jedyne, co jest pewne, to to, że senior w Polsce żyje z kalendarzem lekarskim, a nie towarzyskim.

W międzyczasie sztuczna inteligencja robi się coraz mądrzejsza, ale to tak jakby na Titanicu poprawili menu, nie naprawiając dziury w burcie. Z jednej strony: AI pisze wiersze, tworzy obrazy, robi diagnozy medyczne. Z drugiej – człowiek nie umie zapamiętać PIN-u do karty i jednocześnie zrozumieć inflację. Tacy jesteśmy – mamy dostęp do całej wiedzy świata i nadal klikamy „nie” na pliki cookies jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

W sporcie? Australian Open trwa w najlepsze. I znowu zderzamy się z rzeczywistością: Iga Świątek walczy z presją, kibice z rozczarowaniem, a komentatorzy z językiem polskim. Sport to jedyna dziedzina, gdzie ktoś biega przez dwie godziny za piłką, a my na kanapie mamy wrażenie, że przeżywamy z nim egzystencjalny dramat. I to jest piękne. Chwilowa ucieczka od inflacji, wojny, polityki i komentarzy typu: „co za dno, Iga powinna była wygrać 6:0, 6:0, 5 minut i po meczu”.

A kultura? Kultura żyje, ale po cichu. W teatrach widownia się rozgląda – nie za sceną, ale za ogrzewaniem. W kinach króluje eskapizm, bo ludzie nie chcą widzieć na ekranie tego, co mają za oknem: chłodu, smutku, drwin i paragonów grozy. Tylko muzyka trzyma się nieźle – może dlatego, że w słuchawkach każdy może uciec w świat, gdzie nikt nie pyta, dlaczego znowu głosowałeś na PSL.

A samotność? Samotność jest wszędzie. W sieci, gdzie masz tysiące znajomych, ale nikt ci nie odpisuje. W miastach, gdzie ludzie mijają się jak komunikaty na Messengerze – odczytane, ale zignorowane. W domach, gdzie coraz więcej ludzi żyje samotnie, ale z routerem Wi-Fi i dostępem do seriali o innych, bardziej atrakcyjnych samotnikach.

Zimno, drogo, strasznie. Ale jest też jakaś pociecha. Placido Domingo ma 85 lat i nadal śpiewa. I to nie w Sejmie. To jest dopiero nadzieja: można być starym, można mieć problemy, ale nadal być użytecznym i nie kompromitować się co pięć minut.

A pogoda? Pogoda jak psychika narodu – szara, nieprzewidywalna, z frontem atmosferycznym złożonym z nieleczonych traum i mroźnych wspomnień. I tylko w Cieszynie, na moście nad Olzą, można jeszcze poczuć, że granica nie musi dzielić. Tylko że dzisiaj, żeby się tam dostać, nie trzeba mieć paszportu, ale odporność psychiczną na polską politykę.

Weekend zapowiada się ciekawie. Będzie WOŚP, będzie zima, będą kłótnie o to, czy Owsiak nosi czerwoną czapkę z intencją ideologiczną. Trump ogłosi pokój na Grenlandii, Putin zaatakuje kolejny transformator, a w Polsce Hołownia zaproponuje coś, na co nikt nie odpowie.

Czy to wszystko ma sens? Nie. Czy mimo wszystko warto wstać z łóżka? Tak. Bo chociaż świat jest absurdalny, to śniadanie nadal może być ciepłe, a ironia – jedynym sposobem, żeby to przetrwać.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights