KIEDY CZŁOWIEK SIEDZI W NOCY W KANADZIE I ZACZYNA MYŚLEĆ O WARSZAWIE

Warszawa

I nagle w wielkim domu w East Yorku zostaje tylko jedna rzecz: człowiek przy stole, lampka i telewizor, który opowiada światu kolejną katastrofę.

Jest późny wieczór.

Dom powoli zasypia, jak wielki, zmęczony zwierz. Najpierw cichnie kuchnia, potem milką schody, potem gdzieś w oddali zamykają się drzwi do pokojów dzieci. Zostaje tylko cichy szmer telewizora i światło lampy nad stołem.

Siedzę przy tym stole jak marynarz w porcie przed długim rejsem. Bo za kilka dni trzeba wsiąść do samolotu i polecieć do Warszawy. I już na samą myśl robi mi się trochę niedobrze.

Nie z powodu Warszawy. Warszawę kocham. Warszawa jest jak stara znajoma z młodości – trochę szalona, trochę hałaśliwa, ale zawsze ciekawa. Człowiek jedzie tam jak na spotkanie z kimś, kto pamięta go jeszcze z czasów, kiedy miał więcej włosów i mniej rozsądku. No i to stałe miejsce mojego pobytu

Problem polega na tym, że zanim człowiek usiądzie z tą starą znajomą przy kawie, musi przeżyć dziewięć godzin w metalowej puszce lecącej nad Atlantykiem. Dziewięć godzin. To jest wystarczająco dużo czasu, żeby człowiek przemyślał całe swoje życie, trzy razy pokłócił się z losem i jeszcze zdążył zjeść podejrzanie ciepłą rybę podaną na talerzu.

Siedzę więc i myślę o tym wszystkim, co tutaj zostawiam. Zostawiam żonę. Młodą, piękną i cierpliwą – co przy moim charakterze jest osiągnięciem godnym osobnej nagrody Nobla.

Zostawiam dwie małe córki, które rano budzą świat z energią elektrowni atomowej. One nie wstają z łóżka. One startują jak rakiety.

Rano w tym domu wygląda to tak, jakby ktoś odpalił małe lotnisko.

Jedna szuka skarpetki, druga książki, pies szczeka, kot obrażony siedzi na parapecie, a ja stoję z kubkiem kawy i próbuję zrozumieć, dlaczego wszyscy biegają w różnych kierunkach.

I wtedy pojawia się Larysa.

Larysa prowadzi nasz dom z dyscypliną radzieckiej dywizji pancernej. Krzyczy na mnie regularnie, że niczego nie widzę, niczego nie odkładam na miejsce i w ogóle jestem przypadkiem klinicznym.

Rano potrafi stanąć w drzwiach kuchni, spojrzeć na chaos, na dzieci, na psa, na mnie i powiedzieć tonem generała przed bitwą:

– Krzysztof, ty nic nie rozumiesz z logistyki życia.

Po czym w ciągu trzech minut ogarnia wszystko.

Co ciekawe, robi to wszystko z wielką troską. Bo jednocześnie karmi mnie tak, jakby przygotowywała niedźwiedzia do zimowania. To jest bardzo szczególny rodzaj miłości. Często mnie ignoruje albo nie zauważa, uważając za obcy element w domu. Gość co wpada i wypada. Kometa, która narobi zamieszania i odleci.

Zostawiam psa, który uważa mnie za centrum wszechświata. I kota, który uważa mnie za personel pomocniczy.

A za oknem zaczyna się wiosna. Podobno kanadyjska wiosna jest piękna. Ludzie tak mówią. Ja jej dotąd nie widziałem zbyt dokładnie, bo to moje pierwsze lata bywania w Kanadzie.

Tymczasem w Warszawie też mam swoje życie. Mam tam córki – już dorosłe. Mądre, samodzielne i coraz bardziej podobne do swojej matki, co jest dla świata dobrą wiadomością. Mam też zaprzyjaźnioną byłą żonę.

I jej PanKota. Freuda. Pan Kot jest czarną bestią o charakterze finansisty z Wall Street. Ma cukrzycę, więc trzeba mu dwa razy dziennie podawać insulinę i pięć razy dziennie go karmić.

Pięć razy.Ten kot je częściej niż przeciętny europejski parlament obraduje.

Kiedy ostatnio się nim opiekowałem, nastąpiła scena, która powinna być nagrana przez National Geographic.

Siedzę z insuliną w ręku. Pan Kot siedzi naprzeciwko. Patrzymy na siebie jak dwaj zawodowi pokerzyści.

On wie, że coś kombinuję. Ja wiem, że on wie.

Podchodzę krok. Kot cofa się o dwa. Podchodzę jeszcze raz. Kot robi manewr taktyczny pod kanapę.

Po dziesięciu minutach wyglądam jak weterynarz po wojnie, a kot jak zwycięzca bitwy pod Grunwaldem.

W końcu udaje się. Zastrzyk podany. Kot patrzy na mnie z godnością rzymskiego senatora i idzie do miski.

Bo oczywiście po tak dramatycznych wydarzeniach trzeba natychmiast coś zjeść.

A teraz była żona znów wyjeżdża 22 marca i od kilku dni pyta niewinnie:

– Cymbale, przygarniesz PanKota?

To pytanie retoryczne.

Odpowiedź zawsze brzmi: tak.

Więc siedzę w tej nocnej ciszy, przeglądam prasę, telewizor mruczy w tle, a ja popadam w stan, który starszym ludziom zdarza się coraz częściej. Człowiek zaczyna się nad sobą trochę litować. To bardzo wyrafinowana forma masochizmu.

Najpierw człowiek myśli o wszystkim, co trudne. Potem dodaje do tego politykę. A polityka – jak wiadomo – jest najlepszym sposobem, żeby kompletnie popsuć sobie wieczór.

Czytam na przykład, że Donald Trump wciąż bardzo chciałby dostać Pokojową Nagrodę Nobla.

To jest piękna ambicja. Zwłaszcza u człowieka, który w międzyczasie prowadzi pół świata na skróty przez różne wojny.

Trump twierdzi, że zakończył osiem konfliktów. Jednocześnie bombarduje Iran, wysyła komandosów po prezydenta Wenezueli, prowadzi globalną wojnę z kartelami narkotykowymi i od czasu do czasu ostrzega różne państwa, że jeśli zrobią coś głupiego, to przestaną istnieć.

To trochę tak, jakby strażak podpalał domy, żeby mieć więcej okazji do gaszenia. Albo jakby chirurg najpierw łamał ludziom nogi, żeby potem z dumą ogłaszać sukces ortopedii.

Ale trzeba przyznać – robi to z rozmachem.

Świat w ogóle zrobił się ostatnio dziwnie nerwowy.

Europa zastanawia się, czy prawo międzynarodowe jeszcze istnieje, czy już jest tylko elegancką pamiątką po XX wieku. Jedni mówią, że trzeba bronić zasad. Drudzy mówią, że trzeba mieć rakiety.

A zwykły człowiek siedzi przy stole w East Yorku i próbuje zrozumieć, dlaczego baryłka ropy w Zatoce Perskiej decyduje o cenie jego kawy.

W Polsce tymczasem też trwa wielki teatr. Jarosław Kaczyński ogłosił Przemysława Czarnka kandydatem na premiera. To trochę tak, jakby w środku spokojnej kolacji ktoś nagle włączył heavy metal na pełny regulator.

Czarnek ma temperament polityczny przypominający sztorm na Bałtyku. Jedni go uwielbiają. Inni wolą wtedy wyjść z pokoju.

Ale prawdziwa ironia polega na tym, że ostatecznie premiera może wskazać prezydent. Polska polityka przypomina więc trochę partię szachów, w której każdy ruch wykonuje ktoś inny.

Patrzę na to wszystko i myślę, że świat starzeje się razem ze mną. Też jest trochę zmęczony. Też chciałby spokoju. A jednak co chwilę wpada w nowe konflikty, nowe ambicje i nowe wielkie plany.

Człowiek z wiekiem zaczyna rozumieć jedną rzecz. Historia świata przypomina rodzinny obiad.

Wszyscy mówią o pokoju. A po piętnastu minutach ktoś i tak zaczyna się kłócić.

Siedzę więc jeszcze chwilę przy tym stole. Dom oddycha spokojnie. Telewizor gada o wojnach, wyborach i cenach ropy.

Kot śpi gdzieś na kanapie. Pies pilnuje drzwi. A na dworze zaczyna pachnieć wiosna.

I nagle człowiek rozumie coś jeszcze. Że świat może się kłócić. Prezydenci mogą prowadzić wojny. Politycy mogą zmieniać premiera pięć razy w tygodniu.

Ale rano i tak trzeba wstać. Zrobić kawę. Nakarmić kota. I polecieć przez Atlantyk.

Bo życie – w przeciwieństwie do polityki – zawsze ma ciąg dalszy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights