


Zacznijmy od rzeczy fundamentalnych: Donald Trump znowu przemówił. I znowu udowodnił, że w jego świecie rzeczywistość jest opcjonalna, a lojalność sojusznicza to przeszkoda w realizacji wielkiego amerykańskiego ego. W wywiadzie dla Fox News powiedział, że „nigdy nie potrzebowaliśmy sojuszników z NATO”, bo — uwaga — „oni byli z tyłu”. Nie na froncie, nie w pierwszej linii. Ot, spacerowali po Kabulu z kawą na wynos. I choć ginęli żołnierze z Kanady, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Włoch, a także Polski — gdzie życie straciło 43 naszych żołnierzy — to Trump widzi to inaczej: to była impreza, a on musiał robić wszystko sam. Klasyczne „zrób to sam”, tylko zamiast półki — wojna.
I kiedy już zdołał obrazić wszystkich europejskich sojuszników, zasugerował, że NATO powinno zostać „wystawione na próbę” poprzez… obronę amerykańskiej granicy z Meksykiem. Tak, tej samej, gdzie chce zbudować mur wyższy niż jego ego i szerszy niż dystans między faktami a jego wypowiedziami. Artykuł 5 NATO jako narzędzie do walki z imigrantami. To nie żart. To realna wypowiedź byłego, obecnego (i potencjalnie przyszłego) prezydenta USA.
A teraz wyobraźmy sobie, że premier Kanady, Mark Carney, postanawia na coś takiego odpowiedzieć z klasą. I robi to. W Davos. Cytując Václava Havla, mówi o tym, jak „średnie mocarstwa” muszą wstać z kolan, zdjąć wywieszki propagandy i przestać udawać. Zamiast klękać przed większymi, powinniśmy zacząć się jednoczyć. To wystąpienie trafia do ludzi, media nazywają je „najważniejszym od 1947 roku”, a Carney zyskuje sympatię tych, którzy mają już dość światowego stand-upu w wykonaniu Trumpa.
I co robi Trump? Wycofuje zaproszenie dla Carneya do swojej „Rady Pokoju”. Bo jak śmiał Kanadyjczyk mieć własne zdanie? Bo jak śmiał wspomnieć o suwerenności i wartościach liberalnych, kiedy Wielki Donald rozdaje karty? To tak, jakby obrazić dziecko zabierając mu wiaderko i łopatkę — reakcja będzie równie histeryczna.
„Dziękuję za uwagę!” — pisze Trump, kończąc wpis jak urażony celebryta, którego nie zaproszono na bal charytatywny. Rada Pokoju, przypomnijmy, to jego nowy projekt dyplomatyczny, coś między kabaretem a międzynarodową grupą wsparcia dla ego zranionych liderów. Wstęp? Miliard dolarów. Gratis: obecność Putina. Bo przecież nic tak nie wspiera pokoju jak udział człowieka, który bombarduje sąsiadów, truje opozycję i marzy o granicach ZSRR 2.0.
I tak oto Kanada wypada z klubu Trumpa. Ale wychodzi z twarzą. Nie jak petent, nie jak klient, tylko jak państwo, które w 2001 roku naprawdę przyszło z pomocą. Którego żołnierze walczyli ramię w ramię z Amerykanami, a nie „z tyłu”. Które – w przeciwieństwie do Trumpa – wie, że sojusze to nie program lojalnościowy, który się dezaktywuje, gdy brakuje punktów.
Tymczasem Polska, obserwując ten teatrzyk, może sobie pogratulować. Bo nawet prezydent Nawrocki – człowiek o charyzmie planszy do PowerPointa – nie podpisał dokumentów w Davos. Nie dołączyliśmy do tej parodii ONZ. I choć w Pałacu Prezydenckim rozległy się potem piski urażonych urzędników („zostaliśmy sami z notatką!”), to decyzja była słuszna.
A skoro już o Polsce mowa…
W partii Polska 2050 dzieją się rzeczy tak absurdalne, że przy Trumpie wyglądają jak sztuka Becketta napisana przez ChatGPT po trzech dniach bez prądu. Tajny czat, na którym ministrowie rządu Tuska, Cienkowska i Porowska, dyskutują o „przewrocie”, „koronacji króla Szymona” i „je**aniu mediów”? To nie jest scenariusz serialu politycznego, to autentyk z naszej sceny politycznej. Co gorsza — pod szyldem „demokracji”.
Z drugiej strony — dobrze, że sprawa wyszła na jaw. Bo pokazuje, że nawet w złotych pantofelkach Szymona Hołowni może się rozlać polityczna zupa, jeśli za długo stoi. Próba storpedowania wyborów wewnętrznych, plan napisany jak instrukcja obsługi puczu i udział dwóch urzędujących ministerek? To nie tylko pokaz hipokryzji, to też ostrzeżenie: demokracja jest jak kaktus — kwitnie długo, ale raz dotknięta przez nieudolnych ogrodników może uschnąć w dwa dni.
I choć Hołownia próbował się dystansować, „nie interesuje mnie sytuacja: Hołownia kurczowo trzyma się stołka” – to jednak na końcu wszyscy wiedzą, że plan, czat i atmosfera jak z „House of Cards” to nie było dzieło przypadku. Tylko chęć trzymania się władzy za wszelką cenę.
Ale nie bójmy się – partia z 8 milionami na koncie jakoś przeżyje. Nawet jeśli lidera trzeba będzie wymienić na inflacyjnie tańszy model.
Więcej wkrótce. A teraz zaparzcie sobie coś mocniejszego niż melisa – będzie potrzebne.

Dodaj komentarz