JEDNO UDERZENIE SERCA I TRZAŚNIĘCIE DRZWIAMI

Warszawa

Prezydent Karol Nawrocki otworzył Radę Bezpieczeństwa Narodowego jak reżyser spektaklu w teatrze objazdowym. Wszedł, wygłosił monolog, popatrzył groźnie na widownię, wskazał palcem winnego – i… zamknął drzwi. Dosłownie i metaforycznie. Koniec jawnej części. Publiczność może wyjść do szatni. Cyrk się zaczyna, ale bez nas.

I teraz pół internetu będzie wzdychać: „Ale mu powiedział!”, „Wreszcie ktoś ma odwagę!”, „Prezydent jak trzeba!”. Bo w Polsce wystarczy powiedzieć „suwerenność”, „zaufanie obywateli” i „jedno uderzenie serca”, a już połowa komentariatu dostaje patriotycznej tachykardii.

„Marszałek Sejmu jest o jedno uderzenie serca od prezydentury” – oznajmił uroczyście prezydent. Brzmiało to tak, jakby zaraz miał wyciągnąć stetoskop i zacząć mierzyć puls konstytucji. Albo przynajmniej dramatycznie spojrzeć w niebo i zapytać: „A co, jeśli Pan Bóg…?”. Zresztą zapytał. „Gdyby pan Bóg zdecydował się odwołać z tego świata prezydenta…” – ciągnął Nawrocki, budując atmosferę jak w telenoweli o sukcesji w średniowiecznym księstwie.

Nie wiem, czy w Pałacu rozdawano chusteczki, ale patos lał się strumieniami.

Potem było jeszcze lepiej. „Część z państwa nie chciałaby spędzać czasu ze mną, a ja niekoniecznie chciałbym spędzać czas z państwem” – rzucił prezydent, spoglądając na Czarzastego. To już nie była Rada Bezpieczeństwa Narodowego. To była szkolna wywiadówka połączona z terapią grupową. „Nie lubimy się”. Dziękujemy za tę głęboką analizę strategiczną.

A przecież miało być poważnie. „Bezpieczeństwo nie znosi uproszczeń, dróg na skróty i prowizorek” – powiedział Nawrocki. I natychmiast zamienił RBN w polityczne „sprawdzam”. „Dzisiejsze posiedzenie jest państwowym, wspólnotowym sprawdzam dla nas wszystkich”. Brzmiało to jak zapowiedź teleturnieju: „Jeden z was kłamie. Kto pierwszy mrugnie – odpada”.

Najlepsze jednak było to, że prezydent wygłosił swoją tyradę i… zamknął część jawną. Nie dopuścił do riposty. Nie usłyszeliśmy, co ma do powiedzenia premier, minister obrony, szef MSZ, liderzy klubów. Zostaliśmy z przekazem jednego człowieka. Jak w dawnych czasach: najpierw przemówienie z balkonu, potem rozkaz „rozchodzimy się”.

Czarzasty przed wejściem rzucił: „Mam nadzieję, że nie jadę na ustawkę”. Cóż, wygląda na to, że ustawka była – tylko bez rękawic i bez publiczności. Zagrano pierwszą rundę, ogłoszono zwycięzcę, a potem wygaszono światła.

Prezydent mówił o „jaskrawej dezinformacji” w sprawie Rady Pokoju. O tym, że nikt nie musi wpłacać miliarda dolarów, chyba że chce. O kadencyjności, o zaproszeniach, o braku stanowiska rządu. W tonie surowego profesora, który przyłapał studentów na nieprzygotowaniu. Szkoda tylko, że profesor nie pozwolił nikomu odpowiedzieć.

Bo może ktoś chciałby zapytać, czy w tej Radzie Pokoju obok demokratycznie wybranych przywódców mają zasiadać także Putin i Łukaszenka? Może ktoś chciałby usłyszeć, czy Polska ma legitymizować alternatywę wobec ONZ, z prawem weta w rękach jednego człowieka? Może ktoś chciałby dopytać o konstytucyjne wątpliwości?

Nie, nie dziś. Dziś był dzień monologu.

Potem przyszła kolej na SAFE. „Docierają do mnie niepokojące informacje”, „Polacy nie otrzymali pełnej informacji”, „139 projektów do realizacji”. Ton alarmowy. Jakby ktoś ukrywał plan budowy tajnej bazy na Księżycu. Tymczasem mówimy o programie, który zaakceptowała Komisja Europejska, o 43,7 miliarda euro na obronność. O pożyczce, której parametry są przedmiotem negocjacji. O realnym wsparciu dla przemysłu.

Ale w Pałacu brzmi to jak thriller polityczny: „ktoś coś ukrywa”. Kto? Co? Nie wiadomo. Ważne, że atmosfera jest.

I wreszcie gwóźdź programu: „wyjaśnienie wszelkich okoliczności wschodnich kontaktów towarzysko-biznesowych marszałka Sejmu”. Brzmi jak tytuł serialu kryminalnego emitowanego o 23:30. „Wschodnie kontakty”. „Towarzysko-biznesowe”. W tle pewnie cicho gra bałałajka.

Prezydent zbudował całą narrację wokół tego, że marszałek jest „funkcją ustrojową, wpisaną w ciągłość państwa”. I że skoro jest „o jedno uderzenie serca od prezydentury”, to jego znajomości mają wymiar egzystencjalny. To już nie jest polityka. To medycyna ratunkowa.

A przecież od wyjaśniania takich spraw są służby, prokuratura, ewentualnie komisje. RBN to nie jest trybunał ani ambona moralna. To organ doradczy w sprawach bezpieczeństwa. Doradczy – czyli oparty na rozmowie. Na wymianie informacji. Na sporze, który ma być merytoryczny, a nie performatywny.

Tymczasem dostaliśmy pokaz siły. Prezydent mówi. Reszta słucha. A potem – drzwi zamknięte.

I już widzę te komentarze: „Brawo, wreszcie ktoś nie daje się zagadać!”, „Prezydent postawił do pionu!”. Oto w Polsce definicja silnego przywódcy: mówi długo, mówi twardo, nie daje innym dojść do głosu i wychodzi jako zwycięzca.

Problem w tym, że państwo to nie ring MMA. A RBN to nie konferencja prasowa.

Dziś mogliśmy usłyszeć pełną debatę o SAFE, o Radzie Pokoju, o realnych zagrożeniach ze Wschodu. Mogliśmy zobaczyć spór, który – choć ostry – jest transparentny. Zamiast tego dostaliśmy trailer filmu, którego reszta rozegra się za zamkniętymi drzwiami. A potem wieczorem przecieki. Kto się zdenerwował. Kto podniósł głos. Kto „zrobił wrażenie”.

Wielu ludzi uzna, że to dowód siły. Ja widzę raczej dowód lęku przed rozmową.

Bo naprawdę silny prezydent nie musi wygłaszać kazania i zamykać drzwi. Może wysłuchać. Może odpowiedzieć. Może pozwolić innym się spierać. I wyjść z tego nie jako aktor jednego monologu, ale jako gospodarz debaty.

Tymczasem zostaliśmy z jednym przekazem. Z jednym tonem. Z jednym „sprawdzam”.

A państwo to nie partia szachów rozgrywana przez jednego gracza. To wielogłos. Nawet jeśli czasem brzmi jak kakofonia.

Dziś zamiast wielogłosu dostaliśmy solo na trąbce. Głośne, patetyczne i zakończone trzaśnięciem drzwiami.

I to ma być ta siła.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights