
Nie żyje Bożena Dykiel. 77 lat. Aktorka, żywioł, legenda. Widzowie zapamiętają ją z kina i telewizji, z ról kobiet, które miały w sobie tyle energii, że można by nią oświetlić pół kraju. Ale ja pamiętam coś zupełnie innego – moment, kiedy Bożena wjechała na scenę Teatru Narodowego w Warszawie na motocyklu Honda. Rok 1974. Premiera Balladyny w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. I ten obraz, proszę państwa, do dziś nie zwietrzał jak stary afisz.
Byłem wtedy studentem ASP, pracowałem przy scenografii. Zobaczyć Bożenę Dykiel na żywo, w tej roli, to było jak dostać teatralnym piorunem między oczy. Jej Goplana – nie eteryczna rusałka z mchu i paproci, tylko dziewczyna z przyszłości, z krwi, skóry i benzyny – pędziła po scenie na motorze, jakby chciała wyprzedzić całą romantyczną epokę. Publiczność podzieliła się jak morze: połowa klaskała, połowa szeptała bluźnierstwa. A ja wiedziałem jedno – tak wygląda przyszłość teatru.
Hanuszkiewicz zagrał z klasyką va banque. Słowackiego odarł z muzealnego kurzu, a Dykiel nadała mu puls i ciało. Wtedy teatr zaczął pachnieć spalinami, a nie naftaliną. Balladyna zginęła w jeziorze, ale Goplana Bożeny – ta z krzykiem, śmiechem i blaskiem – wypłynęła z tej wody na motocyklu. I tak ją zapamiętam: jak rusza z rampy sceny, pewna siebie, piękna i absolutnie nie do zatrzymania.
Później nasze drogi się rozeszły. Ona została w teatrze i filmie, ja wędrowałem między Krakowem a światem, między projektami a polityką, jak to w życiu bywa. Nie zawsze się zgadzaliśmy – poglądy mieliśmy różne, temperamenty też. Ale nigdy nie przestałem jej cenić. Bo to była aktorka z gatunku tych, co nie grają – oni istnieją na scenie. Miała w sobie żywioł, który trudno było okiełznać. Nawet reżyserzy mówili o niej: Dykiel nie gra, Dykiel dzieje się.
Śmierć Bożeny Dykiel to nie tylko strata artystki, to jakby w teatrze zgasło światło, a za kulisami ktoś szeptał: „Koniec spektaklu”. Ale jej energia, jej śmiech i ten zadziorny błysk w oku zostaną. Goplana z motoru już nie wróci na scenę, ale jej silnik wciąż gdzieś tam mruczy – w naszej pamięci, w tym dziwnym polskim teatrze, gdzie tragedia i komedia zawsze siedzą przy jednym stoliku.
Bożeno – niech Ci tam, gdzie jesteś, będzie dobra scena, publiczność żywa i światła ustawione idealnie. I może jakaś Honda czeka w kulisie, żebyś znów mogła wjechać z impetem i przypomnieć, że sztuka to nie pomnik, tylko pęd, pasja i trochę szaleństwa.
A nam pozostaje wznieść symboliczny toast – może nie kuflem świdnickiego, ale czymkolwiek, co jeszcze ma smak. Za Bożenę Dykiel – kobietę, która jeździła po scenie życia z pełnym gazem i nigdy nie bała się zakrętów

Dodaj komentarz