GAŚNICA, KORONA I GAZ:  TEATR NARODOWY IM. BRAUNA

Warszawa

Gdyby życie polityczne było granym na żywo kabaretem, czwartkowy spektakl w Pałacu Prezydenckim miałby reżyserkę w kiepskim stylu, jak najgorszy odcinek „Mam Talent”, ten z czasów, gdy jurorzy udawali, że słyszą dźwięki, a uczestnicy udawali, że mają talent. Karol Nawrocki, wciąż pachnący IPN-em i przeszłością, o której nikt nie chce czytać, postanowił zaprosić partie na rozmowy. Zabrakło KO i Lewicy, które uznały, że to teatr. Miały rację. Ale nawet w tym przedstawieniu znalazła się trupa, która przyszła w komplecie: Konfederacja Korony Polskiej.

Nie, Grzegorz Braun nie pojawił się osobiście. Być może miał do zgaszenia coś bardziej palącego, może kogoś trzeba było ekskomunikować, a może nie znaleziono dla niego wystarczająco średniowiecznego fotela. Ale była jego delegacja, a to znaczy, że duch gaśnicy unosił się nad pałacem. Najwięcej emocji, jak zwykle, wzbudzili ci, którzy nie przynieśli ze sobą nic poza uśmiechami, narracją antyukraińską i kilkoma teoriami spiskowymi wygrzebanymi z dna internetowego szamba.

Tak, chodzi o Konfederację Korony Polskiej. Tę, której obecność na scenie politycznej przypomina przeterminowany jogurt: jest, bo nikt go nie wyrzucił, ale wszyscy wiedzieli, że nie powinien już stać na widoku.

BRAUN: KAPŁAN, PALIWO, POKAZÓWKA

Grzegorz Braun, ów samozwańczy prorok głupoty, jak zwykle pojawia się w aurze dymu i pomieszania stylów: z jednej strony radykalny katolik, z drugiej komiczny pogromca flag. Człowiek, który potrafi w jednym zdaniu zakwestionować istnienie komór gazowych w Auschwitz, istnienie pandemii oraz istnienie granicy pomiędzy polityką a kabaretem, znów zebrał oklaski od swojej sekty. Sekty, trzeba dodać, która nie chce Polski w Unii, ale chętnie bierze unijne dotacje na rolnictwo i edukację domową.

Braun buduje teraz tzw. „front gaśnicowy” — nazwa, która pasuje bardziej do brygady OSP w Pcimiu Dolnym niż do projektu politycznego. Otacza się ludźmi, których nazwiska brzmią jak z generatora NPC-owych łowców spisków: Fritz, Skalik, Mrzygłód, Pitoń. Ich wspólnym mianownikiem jest przekonanie, że zachód to sodomia, wschód to rozum, a Braun to Jezus z Rzeszowa.

Nie mogło oczywiście zabraknąć nestora całej tej groteski – Janusza Korwin-Mikkego. Uważany przez resztki swoich wyznawców za filozofa prawicy, w rzeczywistości pełni funkcję mumiowego guru, który od czasu do czasu wypluwa sentencję o kobietach, niepełnosprawnych lub prędkości światła na przejściu dla pieszych. Braun traktuje go z czułością, jak szalony biskup traktuje święte relikwie – z respektem, ale bez przesadnej delikatności.

Za Braunem stoją ludzie, których nazwiska powinny być zapisane gotykiem i wykrzykiwane z ambony:

  • Roman Fritz — rzecznik partii, który woli nie odbierać telefonów, ale za to potrafi ukraść flagę Unii. Neguje komory gazowe w Auschwitz. To w zasadzie streszczenie jego programu.
  • Włodzimierz Skalik — szara eminencja, skarbnik, kontroler kas i dusz. Wcześniej kręcił się wokół PiS-u i LPR-u. Teraz zarządza braunistyczną radą nadzorczą.
  • Marta Mrzygłód — sekretarz generalna partii. Cicha, ale groźna. Pracowita jak benedyktynka z deadline’em.
  • Piotr Heszen — ideolog, który pisze o historii w sposób, który wzbudza niepokój u historyków i neurologów. Fanatyczny obrońca „superprezesa” Brauna. Nienawidzi Ukraińców i Niemców, co wystarcza, by być gwiazdą Korony.

NIE MAMY PAŃSTWA, MAMY KORONĘ

W czasie gdy PSL negocjuje z prezydentem, żeby znieść dwukadencyjność, a Polska 2050 bredzi o zakazie alkoholu, jakby wszyscy byli zakonnicami z San Escobar, Braun z Płaczkiem, swoim bardziej rozemocjonowanym kolegą z ławy, promują wyjście z NATO, Unii Europejskiej i świata Zachodu. Na pytanie, co w zamian, odpowiadają: „wolność”. Czyli chaos, bieda, karabiny w szufladzie i prawo do noszenia alufolii jako nakrycia głowy.

Braun zbudował swoją „talię polityczną” niczym kartotekę podejrzanych. Ma tam „ochroniarza Putina”, osoby oskarżone o szpiegostwo, patostreamerów gloryfikujących ZOMO, oraz ideologów, którzy chętnie cofnęliby Polskę do epoki przed elektrycznością i wyborczymi prawami kobiet. Każdy z nich ma jakąś funkcję w tym oblężonym teatrzyku grozy: jedni krzyczą o spiskach, inni drukują broszury, a wszyscy razem zgrzytają zębami na dźwięk słowa „Tusk”.

TRUMP, PUTIN I NAWROCKI WCHODZĄ DO PAŁACU

A propos Tusk: to właśnie jego brak przy drzwiach pałacowych sprawił, że spotkanie przypominało zebranie współlokatorów w baraku po burzy. Nawrocki, ten „akademik” z IPN-u, który zamienił ściany pamięci w mem o martyrologii, udaje teraz mediatora. Problem w tym, że jeśli ktoś się z kimś nie zgadza, to nie dlatego, że nie rozmawiają. Po prostu jedna strona to obóz demokratyczny, a druga to polityczna wersja „Janosika” po lobotomii.

Nawrocki najwyraźniej znów był wśród swoich. Wśród kiboli, których tak ceni, bo oni też wykrzykują proste hasła i nie lubią czytać. A tych u Brauna pełno. Stadionowa metafizyka – Polska z kadzidłem w jednej ręce i racą w drugiej. Patriotyzm wymieszany z testosteronem i testosteronem, z odrobiną nienawiści do wszystkiego, co nie mieści się w biało-czerwonym komiksie.

Konfederaci Brauna wyszli ze spotkania zadowoleni. Braun też jest zadowolony. Oczywiście, że tak. W ich oczach wszystko, co nie kończy się zakazem in vitro i skazaniem sędziego Tulei na Sybir, to sukces.

I NA KONIEC: GORĄCZKA SOBOTNIEJ GŁUPOTY

W sobotę Braun organizuje kongres. Będzie z pewnością jak zawsze: dużo łaciny, mało sensu, jeszcze mniej maseczek i pełno ludzi, którzy widzą Antychrysta w kolejce do lekarza rodzinnego. Będą hasła o Bogu, Honorze i Krwi, a wszystko to w oprawie przypominającej nabożeństwo odprawiane przez foliarzy. Znów pojawią się mężczyźni w zbyt ciasnych garniturach i kobiety, które potrafią rzucać cytatami z Pisma Świętego tak celnie, jakby miały to wpisane w CV w rubryce „umiejętności bojowe”.

Na scenie wystąpią liderzy lokalnych grup rekonstrukcyjnych narodowej tożsamości, odświeżający dawne mity i wygłaszający przemówienia w stylu „Panowie! Ojczyzna w niebezpieczeństwie, a ja mam PowerPointa!”.

W kuluarach zaś będzie można porozmawiać o tym, jak wyjść z Unii Europejskiej, nie wychodząc z dotacji, jak zbudować Trzecią Rzeczpospolitą tylko dla wybranych i jak udowodnić, że Ziemia nie jest kulą, tylko globalnym spiskiem kartografów.

I pomyśleć, że ci ludzie nie są już na marginesie. Oni się panoszą po sejmowych korytarzach, robią sobie selfie z prezydentem i projektują Polskę, w której wszyscy będziemy musieli najpierw uklęknąć, potem oddychać wodą święconą, a na koniec w ramach pokuty… głosować na nich.

Ale przecież jest piątek. I skoro żyjemy w kraju, w którym goście z gaśnicą mają realny wpływ na politykę, to znaczy, że humor jest ostatnią deską ratunku.

Więc śmiejmy się, zanim wszystko spłonie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights