GALERIA WSTYDU NARODOWEGO: TRUMP JAKO KRYTYK PRASY, CENZOR I CZŁOWIEK, KTÓRY NIE ROZUMIE KONSTYTUCJI

Warszawa

Donald Trump znowu zrobił to, co potrafi najlepiej: postawił się w roli obrażonego cesarza, który nie może znieść, że ktoś śmie zauważyć, że nie nosi spodni. Tym razem jego ekipa wpadła na pomysł rodem z podręcznika autorytarnej władzy: stworzyć „Galerię Hańby”, czyli sekcję na stronie Białego Domu piętnującą nieposłuszne media. Czasem mam wrażenie, że Trump nie tyle chce być prezydentem, co carem z TikToka. Albo jeszcze gorzej – influencerem w Korei Północnej.

Nowa zakładka na stronie administracji USA przypomina bardziej osobisty dzienniczek nienawiści niż dział rzetelnej polityki. „Wprowadzające w błąd. Stronnicze. Ujawnione” – krzyczą hasła niczym slogany z propagandowego festynu na Białorusi. Można tam znaleźć nazwiska dziennikarzy, redakcje, tytuły artykułów, a wszystko posegregowane jak kartofle na targu: według etykietek „kłamstwo”, „lewicowe szaleństwo”, „nadużycie”. Jeszcze tylko brakuje zakładki „Zgłoś sąsiada” i formularza donosów dla dzieci z klas trzecich.

To nie jest tylko obrzydliwe. To jest podręcznikowy przykład tego samego myślenia, które rządzi Putinem, Orbanem, Łukaszenką, Erdoganem i naszymi domorosłymi talentami intelektu: Kaczyńskim, Nawrockim i pozostałymi specjalistami od redystrybucji głupoty. Dla nich wolność słowa to błąd systemu, a dziennikarz to wróg publiczny, chyba że czyta z kartki dostarczonej przez departament propagandy.

Trump nie tylko próbuje zakrzyczeć wolne media. On je świadomie dehumanizuje. Wpisy wzywające do „zamknięcia” polityków Demokratów czy nawet do „powieszenia” nie są już w jego świecie przejawem groźby karalnej, tylko… swobodną wymianą poglądów. Najpierw więc dziennikarka zostaje nazwana „świnką”, potem CNN trafia na czarną listę, a na koniec połowa amerykańskiego dziennikarstwa zostaje wciągnięta na tablicę wstydu – dokładnie tak, jakby Trump prowadził własny odcinek programu „Mój dom, moje zasady”, tylko zamiast wykładziny z Ikei kładzie pogardę i pogróżki.

Panie Trump, to nie szkoła średnia w Kentucky, gdzie można wywieszać listy niegrzecznych uczniów. To Biały Dom. Dom, który ma stać na straży wolności, nie zamieniać się w gabinet figur nienawiści. To nie Korepetycje z cenzury ani klub miłośników Putina – chociaż po stylu, retoryce i stosunku do dziennikarzy trudno się nie pomylić.

Wolność prasy, przypomnę, to nie fanaberia. To nie deser w menu demokracji, który można pominąć, jeśli się jest na diecie. To danie główne. Bez niej państwo staje się kartonowym imperium pełnym zgnilizny, a jego lider – samozwańczym prorokiem w krainie luster.

Konstytucja USA – ten skromny dokument, który Trump traktuje jak broszurę z Burger Kinga – zaczyna się od wolności słowa. Nie od wolności obrażania. Nie od wolności selekcjonowania faktów. Tylko od prawa do mówienia prawdy i zadawania trudnych pytań. A jeśli odpowiedzią na te pytania są listy hańby i wyszukiwarki dziennikarskich „win”, to znaczy, że mamy do czynienia z republikańską wersją księgi zaklęć. Na razie cyfrową, ale kto wie, czy nie planują już stosów i szubienic.

Demokracja to nie dekoracja. To nie wybieg dla zranionych ego i rozdętych ambicji. Trump myśli, że wolność jest wtedy, kiedy on mówi, a wszyscy klaszczą. Ale prawda jest taka: demokracja jest wtedy, kiedy możesz mówić – i musisz znieść, że ktoś cię zapyta „czy przypadkiem nie pieprzysz głupot?”.

A dziś pieprzysz, Donaldzie. I to z taką siłą, że aż echo się odbija od Jefferson Memorial.

USA to nie galeria hańby. USA to galeria głosów. Nawet tych, które nie pasują do twojej piankowej wersji rzeczywistości. I póki istnieje choć jeden dziennikarz, który się ciebie nie boi – twoja mała monarchia z TikToka pozostanie tylko groteskowym cosplayem prezydentury.

Trump nie zatrzymuje się na walce z mediami. To tylko początek koncertu grozy. Obcina fundusze uniwersytetom, bo – o zgrozo – nie uczą o jego boskości. Wysyła wojsko na ulice, jakby Waszyngton był Falludżą, a studenci z Seattle – terrorystami z Al-Kaidy. Straszy, że odetnie finansowanie miastom, które wybrały „niewłaściwego” burmistrza, bo najwyraźniej demokracja jest dobra tylko wtedy, kiedy wygrywa jego kukiełka. Tak właśnie rodził się faszyzm. Wśród dymu z propagandowych ognisk i dźwięku butów maszerujących po prawach obywatelskich.

Warto też pamiętać, że ten sam Trump, który teraz roni łzy nad rzekomą stronniczością mediów, przez lata dbał, by świat stanął w płomieniach. Od sabotowania walki ze zmianą klimatu, przez fikołki z Putinem, aż po rozbijanie sojuszy, które trzymały Zachód w jednym kawałku. To człowiek, który mógłby podpalić las, a potem sprzedać bilety na oglądanie pożaru – i jeszcze kazać wszystkim klaskać, bo „przynajmniej jest ciepło”.

Więc może zamiast prowadzić katalog zemsty, zaktualizuj katalog lektur. Na pierwszy ogień: Konstytucja Stanów Zjednoczonych. Druk wielkoformatowy, czcionka pogrubiona. I najlepiej czytać na głos. W obecności prasy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights