




Gdy Donald Trump zaczyna majstrować przy wyborach, robi to z finezją słonia w składzie porcelany, który uważa się za baletnicę. Już nie tylko chce wygrywać wybory – on chce je sobie zaprojektować, najlepiej w wersji „Trump wygrywa, albo wybory są sfałszowane”. A my, Polacy, dobrze znamy ten zapach. Wdychaliśmy go przez osiem lat źle wietrzonego PiS-u, gdzie demokrację traktowano jak papier toaletowy w PRL-u – potrzebna, ale tylko jednej stronie.
Trump przed listopadowymi wyborami połówkowymi kombinuje jak prezes przed komisją śledczą: zmienia granice okręgów, torpeduje głosowanie korespondencyjne, chce usunąć maszyny do liczenia głosów, a najlepiej jeszcze rozdawać karty do głosowania z dopiskiem: „Zagłosuj dobrze albo do Guantanamo”. Mamy tu klasyczny autorytarny kabaret z elementami tragifarsy, a w tle – zadowolony Karol Nawrocki, klaszczący z entuzjazmem godnym gimnazjalisty, który właśnie odkrył YouTube’a z lat 90.
Trump, jak Kaczyński po ośmiu espresso, boi się utraty władzy, bo wie, że po niej czeka go mniej luksusów, a więcej paragrafów. Demokraci go nie lubią, sądy ostrzą zęby, a prokuratorzy zacierają ręce. Więc Trump postanowił nie oddawać władzy. Nawet nie za cenę Grenlandii, którą już prawie wpisał do księgi wieczystej. Teraz chce kontrolować nie tylko wybory, ale i to, kto ma prawo głosu. Najlepiej: biały, starszy, oglądający Fox News i święcie przekonany, że Obama był socjalistą.
W tym samym czasie mamy weto Karola Nawrockiego – kolejny akt operetki. Zawetował ustawę wdrażającą unijny akt o usługach cyfrowych (DSA), bo, jak twierdzi, „pachniała orwellowską cenzurą”. Tymczasem każdy, kto przeczytał projekt ustawy i ma choć jeden wolny zwój mózgowy niezajęty przez TikToka, wie, że chodziło o zwalczanie pedofilii, terroryzmu i nielegalnego handlu przez social media.
Ale nie – pan Nawrocki postanowił się przypodobać wolnościowcom od teorii spiskowych i wstawić za „wolnością bycia idiotą w internecie”. W efekcie radość zapanowała wśród młodych Konfederatów, kryptofanów z forów inwestycyjnych i trolli z Ordo Iuris.
A teraz, Drodzy Czytelnicy, czas na odcinek specjalny z cyklu „Pałac jak serial HBO, ale bez budżetu”. W kancelarii prezydenta Nawrockiego wrze jak w czajniku z czarną herbatą. Otoczenie głowy państwa podzieliło się na frakcje, które można by nazwać: „Przydacz i przydaczki”, „Cenckiewicz & Co.” oraz „Bogucki w tle, z niepewnym uśmiechem”. Pojedynek Przydacz kontra Cenckiewicz to jak spotkanie Donalda z Kaczorem Daffym – tylko mniej zabawne i z większą ilością donosów. Jeden uważa się za geostrategę, drugi za mesjasza bezpieczeństwa narodowego, a obaj najchętniej wysłaliby się nawzajem do pracy w charakterze portiera w MSZ. Podsłuchy, krety, donosiki – klimat jak z „House of Cards”, tylko aktorstwo słabsze i nikt nie ma klasy Kevina Spacey’ego.
W tym samym czasie Trump snuje wizję Rady Pokoju na Bliskim Wschodzie, której sam przewodniczy. W składzie – Jared Kushner, Tony Blair, Viktor Orbán i kilku arabskich szejków z Wi-Fi w sercu. Pomysł tak groteskowy, że wygląda jak sequel „House of Cards”, pisany przez scenarzystę po trzech Red Bullach i jednej sesji z Alexem Jonesem.
A propos Orbána – nasz stary znajomy. Człowiek, który na uścisk Trumpa reaguje geopolitycznym uniesieniem. Jeszcze niedawno mówił, że Putin to nieszkodliwy konserwatysta, teraz zasiada w Radzie Pokoju, gdzie głównym kryterium wejścia jest lojalność i przelew na właściwe konto.
Wracając do naszego podwórka: Kaczyński odkopał pomysł Portu Haller, bo jak wiadomo, nic tak nie wzmacnia bezpieczeństwa narodowego jak port w środku lasu, pięć kilometrów od sensu. Projekt oparty na fantazji, że Rosjanie ostrzelają Trójmiasto haubicami o zasięgu jak dobry rzut beretem przez ocean. Tymczasem to Polska może wyczyścić Królewiec w 72 godziny – ale nie, lepiej budować nowy port, „bo haubice”. Zamiast inwestować w realne wzmocnienie sił zbrojnych czy poprawę współpracy z NATO, PiS proponuje symboliczny betonowy pomnik narodowej paranoi.
Całość oplata patriotyczny bełkot, fetyszyzacja suwerenności i wazelinowa retoryka serwilistów. Trump zmienia reguły gry w USA, Nawrocki klaszcze, bo jak Ameryka kichnie, to jemu dzwoni w uszach.
Problem w tym, że to już nie jest śmieszne. Bo jeśli demokracja to teatr, to tacy aktorzy jak Trump i Nawrocki zamieniają go w cyrk. Tyle że zamiast klaunów mamy autokratów, a zamiast popcornu – łzy tych, którzy jeszcze wierzyli w sens instytucji.
A więc, panie Nawrocki, może wystarczy? Może czas przestać być rzecznikiem Trumpa w Europie Środkowo-Wschodniej? Bo ta historia już się kiedyś źle skończyła. I wiemy, kto zwykle zostaje na lodzie, gdy wielcy gracze zmieniają reguły gry.
A Polska nie zasługuje na to, by być statystą w cudzym przedstawieniu.
Nawet jeśli tym cudzym scenarzystą jest Donald Trump, a reżyserem Karol Nawrocki – z pilotem do telewizora zamiast kompasu.

Dodaj komentarz