
Pamiętam jeszcze czasy PRL, kiedy powtarzało się półgłosem pewną starą prawdę: system jest wieczny – dopóki nagle nie przestaje być. Wtedy wydawało się to filozofią pijanych studentów po trzecim piwie i kotlecie z sosem pieczarkowym.
Dziś, po latach emigracji, wykładów na uczelniach i tysiącach rozmów o polityce, widzę że to zdanie było mądrzejsze niż niejeden podręcznik politologii.
Z demokracją w Europie jest dziś trochę jak ze starszym panem w sanatorium. Na oko jeszcze chodzi, nawet potrafi zatańczyć na wieczorku zapoznawczym, ale lekarz już widzi, że serce bije nierówno, kolano skrzypi jak drzwi w stodole, a w głowie zaczyna się lekki przeciąg. Pacjent oczywiście twierdzi, że wszystko jest w porządku.
– Panie doktorze, ja się czuję świetnie.
Tyle że doktorzy – czyli politolodzy z Yale i kilku europejskich uczelni – zajrzeli temu pacjentowi w badania. I wyszło im coś bardzo ciekawego. Zrobili prosty eksperyment. Sprawdzili, czy wyborcy w Europie ukarzą polityka, który zaczyna psuć demokrację. Wiecie – trochę majstruje przy sądach, trochę przy mediach, trochę przy konstytucji. Takie drobne remonty ustrojowe, jak wymiana instalacji w bloku.
I co się okazało? Największą tolerancję dla takich majsterkowiczów mają dwie grupy.
Po pierwsze – wyborcy skrajnej prawicy.
Po drugie – ludzie, którym wszystko jedno i którzy na wybory chodzą tak rzadko, jak Polak do dentysty w latach osiemdziesiątych.
Czyli mniej więcej wtedy, kiedy już naprawdę musi. Brzmi znajomo? Oczywiście, że brzmi.
Bo to jest ta sama mieszanka, która od lat krąży po europejskiej polityce jak duch po starym pałacu: rozczarowany wyborca i polityk, który obiecuje wszystko, łącznie z pogodą na majówkę.
W Polsce te role są już dawno obsadzone.
Bo polska polityka przypomina dziś trochę teatr objazdowy z lat osiemdziesiątych. Scenografia ta sama, aktorzy ci sami, tylko dekoracje patriotyczne coraz większe.
Na scenę wychodzą panowie z PiS, Konfederacji i różnych prawicowych przybudówek. Poprawiają marynarki, wygładzają patriotyczne miny i zaczynają opowieść o wielkiej narodowej krzywdzie.
Jedni krzyczą, że Polska upada od liberalizmu.
Drudzy, że od Brukseli.
Trzeci – że od rowerów miejskich, wegan i elektrycznych hulajnóg.
A publiczność siedzi i słucha jak w kabarecie, tylko że rachunek za ten kabaret płaci później całe państwo.
Najpierw ktoś mówi, że sędziowie są podejrzani. Potem że media kłamią. Potem że organizacje społeczne to zagraniczni agenci. A na końcu ktoś zaczyna tłumaczyć, że demokracja jest bardzo pięknym ustrojem – pod warunkiem, że wygrywają właściwi ludzie.
To jest moment, w którym demokracja zaczyna kaszleć. Najpierw lekko. Potem coraz mocniej. A w końcu zaczyna się dusić jak stary diesel w styczniowy poranek.
Najzabawniejsze – choć to humor raczej czarny – jest jednak coś innego. Większość wyborców wcale nie głosuje na takich polityków dlatego, że marzy o autorytaryzmie. Oni głosują pomimo tego. Bo ważniejsze są inne sprawy. Imigranci. LGBT. Tradycyjna rodzina. Unia Europejska.
Politycy skrajnej prawicy doskonale to wiedzą. Dlatego prowadzą kampanię jak sprzedawcy garnków na jarmarku w Pcimiu Dolnym.
– Kup pan emocję! – krzyczą.
– Demokrację dorzucimy gratis!
Tylko że demokracja nie jest gratisowym breloczkiem. Demokracja jest raczej jak hamulec ręczny w samochodzie. Dopóki jedziesz po płaskim, prawie go nie zauważasz. Ale kiedy zaczyna się zjazd z góry – nagle okazuje się, że to jednak był bardzo przydatny wynalazek.
Mamy dziś kilka takich zjazdów.
Na Węgrzech Viktor Orbán od lat udowadnia, że demokrację można rozkręcić jak rower na części i złożyć z powrotem w formie węgierskiej wersji monarchii elekcyjnej.
W Turcji Recep Tayyip Erdoğan zrobił z państwa coś w rodzaju rodzinnej spółki z prezesem dożywotnim.
W Stanach Zjednoczonych Donald Trump próbuje przekonać wyborców, że wybory są uczciwe tylko wtedy, kiedy wygrywa Donald Trump.
Logika prosta jak instrukcja obsługi młotka.
A w Polsce?
W Polsce przez osiem lat PiS prowadził coś w rodzaju eksperymentu laboratoryjnego.
To był bardzo ciekawy eksperyment. Trochę jak w starych radzieckich instytutach badawczych: zobaczymy, ile jeszcze można dokręcić śrubkę zanim maszyna zacznie dymić.
Najpierw sądy. Potem Trybunał Konstytucyjny. Potem media publiczne, które zaczęły przypominać bardziej telewizję parafialną niż instytucję państwową. A potem spółki Skarbu Państwa, które nagle odkryły, że zarządzanie gospodarką narodową polega głównie na zatrudnianiu kuzynów, szwagrów i znajomych znajomych.
W pewnym momencie wyglądało to już trochę jak wielkie polskie wesele: muzyka gra, wujek przemawia, a rachunek rośnie.
Co ciekawe – gospodarka wcale wtedy nie wyglądała źle. Polska rosła. Firmy inwestowały. Bezrobocie spadało.
I to jest bardzo ważna lekcja z badań politologów. Demokracje rzadko upadają dlatego, że ludzie są biedni.
Znacznie częściej dlatego, że politycy są zachłanni. Demokracja nie psuje się od dołu. Psuje się od góry.
Ktoś wygrywa wybory. Potem zaczyna powoli odkręcać śrubki w systemie. Jedną. Drugą. Trzecią.
A potem mówi, że w sumie to śrubki są przereklamowane.
Tu pojawia się jeszcze jeden ciekawy wniosek z badań. Kapitalizm – o zgrozo – wcale nie jest największym wrogiem demokracji. Często bywa jej strażnikiem.
Dlaczego? Bo jeśli gospodarka jest całkowicie w rękach państwa, polityk może zrobić prawie wszystko.
Może wysłać kontrolę podatkową do krytycznej gazety. Może odciąć finansowanie organizacji społecznej.
Może nagle odkryć, że firma wspierająca opozycję ma bardzo poważne problemy z przepisami sanitarnymi.
W Rosji Putin zrobił to z chirurgiczną precyzją. Najbogatszy człowiek w kraju, Chodorkowski, spróbował finansować opozycję. Skończył w więzieniu.
Na Węgrzech Orbán stworzył całą klasę oligarchów, którzy nagle odkryli, że zawsze byli jego najbliższymi przyjaciółmi.
Polska też flirtowała z tym modelem.
Spółki Skarbu Państwa zaczęły rosnąć jak drożdżowe ciasto u babci na Wielkanoc. Reklamy płynęły szerokim strumieniem do właściwych mediów. A niektóre firmy szybko zrozumiały, że krytykowanie władzy jest jak chodzenie boso po kaktusach.
Da się, ale po co. I tu dochodzimy do sedna całej historii. Największym zagrożeniem dla demokracji nie jest wcale bieda. Ani imigranci. Ani globalizacja.
Największym zagrożeniem jest obojętność.
Bo kiedy obywatele przestają się interesować państwem, polityka zaczyna przypominać targowisko próżności.
Na jednym straganie stoi PiS i sprzedaje patriotyzm w hurtowych opakowaniach.
Na drugim Konfederacja sprzedaje bunt w wersji turbo – najlepiej przeciwko wszystkiemu naraz: Unii, podatkom, nauce, a czasem nawet grawitacji.
A gdzieś pośrodku stoi wyborca i próbuje zrozumieć, czy to jeszcze polityka, czy już kabaret polityczny transmitowany na żywo.
Badania pokazują, że ludzie, którzy nie chodzą na wybory, często mają podobny stosunek do demokracji jak najbardziej radykalni wyborcy. Czyli mniej więcej taki:
– A róbcie sobie z tym państwem, co chcecie.
I wtedy pojawia się polityk.
Najczęściej z bardzo poważną miną i jeszcze poważniejszą retoryką.
– Spokojnie – mówi. – Ja to bagno osuszę.
A potem buduje na nim własny pałac. Dlatego demokracja przypomina trochę ogród. Jeśli się o nią nie dba, zaczynają rosnąć chwasty.
Najpierw małe. Potem coraz większe. A na końcu w środku wyrasta wielki chwast z napisem:
„Silny lider”.
I wtedy wszyscy zaczynają pytać:
– Jak to się stało?
Odpowiedź jest zwykle banalna. Bo ktoś kiedyś uznał, że demokracja jest oczywista. A demokracja nigdy nie jest oczywista. Jest raczej jak stara latarnia morska.
Świeci tak długo, jak długo ktoś pamięta, żeby ją zapalać.
A kiedy latarnik zaśnie – statki zaczynają rozbijać się o skały.
Historia Europy zna już kilka takich nocnych wacht, kiedy latarnicy zasnęli.
I zawsze zaczynało się niewinnie: od kilku głośnych polityków, od paru sprytnych haseł i od tłumu ludzi, którzy wzruszali ramionami mówiąc:
– Eee, przecież nic wielkiego się nie stanie.
Właśnie wtedy zwykle zaczynało się coś naprawdę wielkiego.

Dodaj komentarz