
Właściwie nie wiem, czy Przemysław Czarnek bardziej mnie bawi, czy jednak trochę niepokoi.
To jest taki rodzaj niepokoju, który człowiek pamięta jeszcze z czasów PRL. Wchodzisz do baru mlecznego, zamawiasz pierogi, a przy sąsiednim stoliku siedzi ktoś, kto bardzo głośno tłumaczy wszystkim, jak powinien być urządzony świat. Najpierw ludzie się śmieją. Potem przestają się śmiać. A na końcu każdy zaczyna patrzeć w talerz.
Dziś rano zrobiłem szybki przegląd prasy światowej. Taki odruch emigranta, który jeszcze nie do końca zdecydował, czy wracać do kraju, czy tylko go odwiedzać jak nieco ekscentrycznego krewnego.
Kawa była gorzka. Internet jak zwykle pełen katastrof.
Ropa drożeje. Na Bliskim Wschodzie znowu ktoś do kogoś strzela. Baryłka przeskakuje kolejne psychologiczne granice jak narwany płotkarz. Na stacjach benzynowych kierowcy zaczynają patrzeć na dystrybutory tak, jak w latach osiemdziesiątych patrzyło się na półki w sklepie mięsnym – z mieszanką nadziei i nieufności.
A potem pojawia się Polska.
I pojawia się Czarnek.
A wraz z nim cała ta niekończąca się parada zdań, które w normalnym świecie kończyłyby karierę polityczną szybciej niż nieopłacony rachunek za prąd.
Bo pan Czarnek ma szczególny dar. Mówi dużo. Mówi pewnie. I niemal za każdym razem mówi coś, po czym człowiek ma ochotę sprawdzić, czy to aby nie fragment skeczu z kabaretu.
Na przykład tłumaczy światu, że wie, jak dbać o kobiety. Innym razem opowiada o „półchłopach i półbabach”, jeszcze innym dzieli Polaków na tych prawdziwych i tych mniej prawdziwych.
Czasem mówi o energetyce i z powagą profesora ogłasza, że polska przyszłość to węgiel, a całe to OZE to jakieś „OZE‑sroze”.
Co jest o tyle zabawne, że – jak zauważyli jego sąsiedzi w Lublinie – dach jego domu wygląda jak niewielka elektrownia słoneczna. Panele fotowoltaiczne błyszczą tam podobno z każdej strony.
Jeden z mieszkańców osiedla miał powiedzieć dziennikarzowi z prostotą godną filozofa z przystanku autobusowego: jeśli ktoś tak krytykuje odnawialne źródła energii, to powinien te panele zdjąć. Albo przynajmniej przestać udawać, że logika nie istnieje.
Ale logika rzadko bywa w polskiej polityce gościem mile widzianym.
Na przystanku autobusowym w Lublinie starszy pan zapytany o Czarnka tylko machnął ręką.
„Daj pan spokój” – powiedział.
I w tych trzech słowach zawarł prawdopodobnie najbardziej precyzyjną analizę polityczną całej sprawy.
Bo sąsiedzi polityka są podzieleni. Jedni mówią, że to doskonały kandydat na premiera. Inni patrzą w bok i zmieniają temat. Jeszcze inni reagują tak, jak reaguje większość rozsądnych ludzi, gdy słyszy polityczne kazania – wzruszeniem ramion.
Tymczasem na scenie pojawia się kolejny akt tej komedii.
Konfederacja – która przecież sama potrafi produkować polityczne osobliwości – patrzy na Czarnka z mieszaniną drwiny i irytacji.
Jej liderzy przypominają mu „Lex Czarnek”, historię z willami rozdawanymi znajomym organizacjom, aferę Collegium Humanum i pół tuzina innych epizodów z czasów, gdy był ministrem edukacji.
Krótko mówiąc: próbują mu wytłumaczyć, że trudno udawać buntownika przeciw establishmentowi, jeśli było się jednym z jego najbardziej gorliwych funkcjonariuszy.
To trochę tak, jakby kapitan statku ogłaszał bunt przeciwko marynarce wojennej, stojąc na mostku własnego okrętu.
I oczywiście wszystko to dzieje się w momencie, gdy Czarnek rusza w trasę po kraju niczym objazdowy kaznodzieja politycznej prawicy.
Jednego dnia opowiada o rodzinie. Drugiego o węglu. Trzeciego o cenach paliwa, które – jego zdaniem – państwo powinno po prostu obniżyć, bo tak.
Ekonomiści patrzą na to z miną ludzi, którzy właśnie zobaczyli, jak ktoś próbuje naprawić zegarek młotkiem.
Człowiek, którego Jarosław Kaczyński postanowił właśnie namaścić na kandydata na premiera.
Muszę przyznać, że redaktorzy w Berlinie mieli chyba bardzo interesujący poranek. W niemieckich gazetach zaczęły pojawiać się teksty o Polsce. Ton raczej zdumiony niż zachwycony. Jedna z gazet napisała wprost, że PiS stawia na „prawicowego radykała”. Inni przypominają jego wypowiedzi o kobietach, o LGBT, o całym tym katalogu obsesji, które wyglądają jak polityczna archeologia z lat dziewięćdziesiątych.
Wyobrażam sobie redaktora siedzącego w redakcji gdzieś nad Szprewą.
Czyta cytaty. Marszczy czoło. I pyta kolegę z biurka obok:
– To naprawdę jest kandydat na premiera w kraju Unii Europejskiej?
A kolega wzrusza ramionami. Bo cóż ma powiedzieć. Pan Czarnek bowiem ogłosił światu, że wie, jak dbać o kobiety.
To zdanie ma w sobie coś niezwykle staroświeckiego. Pachnie nieco naftaliną, trochę zakrystią, a trochę gabinetem dyrektora z czasów, gdy dyrektorzy wiedzieli wszystko najlepiej.
Polska jednak zdążyła się przez te lata trochę zmienić.
Polskie kobiety są dziś najlepiej wykształconą częścią społeczeństwa. Większość studentów na uczelniach to kobiety. Większość absolwentów – też kobiety. Prowadzą firmy, zarządzają zespołami, pracują w szpitalach, kancelariach, laboratoriach.
A potem w telewizji pojawia się pan Czarnek. I tłumaczy im, że wie lepiej.
To trochę tak, jakby ktoś wszedł do centrum sterowania nowoczesnym samolotem i powiedział pilotom, że on tu zaraz wszystko poprawi, bo kiedyś jeździł bardzo dobrym traktorem. Jarosław Kaczyński najwyraźniej uznał, że to genialny pomysł.
Logika jest prosta jak instrukcja obsługi młotka. Jeśli wyborcy PiS uciekają do Konfederacji, trzeba zrobić politykę jeszcze bardziej konfederacyjną niż Konfederacja. Jeśli ktoś krzyczy – trzeba krzyczeć głośniej. Jeśli ktoś przesadza – trzeba przesadzić jeszcze bardziej.
To trochę jak wyścig dwóch orkiestr dętych, które próbują zagłuszyć się nawzajem.
Konfederacja patrzy na to wszystko z lekkim zdumieniem. Bo nagle ktoś próbuje ich przelicytować w konkursie na najbardziej radykalne zdanie tygodnia.
Tymczasem gdzieś w tle toczy się prawdziwy świat.
Premier Donald Tusk próbuje uspokajać ludzi, że paliwa w Polsce nie zabraknie. Na rynkach energetycznych trwa nerwowy taniec. Wojna na Bliskim Wschodzie rozpycha się łokciami w globalnej gospodarce. Każdy nowy komunikat z tamtego regionu podnosi cenę benzyny o kilka kolejnych groszy.
A w Pałacu Prezydenckim Karol Nawrocki podpisuje kolejne ustawy z powagą urzędnika stanu cywilnego.
Dziesięć ustaw jednym podpisem. Ruch szybki, zdecydowany, niemal sportowy. Człowiek ma wrażenie, że gdyby legislacja była konkurencją olimpijską, mielibyśmy właśnie nową dyscyplinę.
Tymczasem ja siedzę tu, patrzę na ekran komputera i zastanawiam się nad sprawą zupełnie praktyczną.
Za chwilę pójdę na uczelnię. A na uczelni są ludzie. Kanadyjczycy. Spokojni, rozsądni, uprzejmi. Ludzie, którzy naprawdę wierzą, że polityka powinna mieć sens. I któryś z nich może mnie zapytać przy kawie:
– Powiedz, co się dzieje w Polsce?
I wtedy mam problem.
Bo jak w kilku zdaniach wyjaśnić kraj, który potrafi być jednocześnie nowoczesny i kompletnie absurdalny.
Kraj świetnych uczelni, genialnych informatyków, fantastycznych studentów. I jednocześnie kraj polityków, którzy potrafią przemawiać tak, jakby zatrzymali się mentalnie gdzieś między katechezą z lat dziewięćdziesiątych a akademią ku czci.
Dlatego na wszelki wypadek zastosuję starą emigracyjną taktykę. Zniknę w swoim akwarium.
Ale zanim tam dotrę, muszę przejść przez lobby wydziału. A lobby na uczelniach to jest coś w rodzaju politycznego pola minowego. Kawa, kanapy, uśmiechy i zawsze ktoś zadaje pytania.
I oczywiście trafiam na profesora Davida z ekonomii. Człowiek uprzejmy, rozsądny i – co gorsza – dobrze poinformowany.
– Słuchaj – mówi, mieszając mleko w kawie – czytałem dziś rano o Polsce. Ten wasz kandydat na premiera… Czarnek. To ten od wypowiedzi o kobietach i LGBT?
Wzdycham.
Bo wiem, że nie wymyślił tego przy kawie. Kanadyjskie portale naprawdę o tym pisały. Gdy obejmował resort edukacji, protestowały tysiące akademików, a część mediów nazywała go wręcz fundamentalistą zagrażającym uniwersytetom i wolności badań. (vancouver.citynews.ca)
– Tak – odpowiadam ostrożnie – to ten.
David kiwa głową z miną człowieka, który właśnie ogląda ciekawy przypadek z podręcznika zarządzania kryzysowego.
– A to ten sam polityk, który domagał się od Kanady ekstradycji dziewięćdziesięcioośmioletniego weterana z afery w waszym parlamencie?
No tak. Tego też tu pamiętają. W Kanadzie historia z owacją dla żołnierza z dywizji SS była taką kompromitacją, że spadł z funkcji przewodniczący parlamentu. A w tej całej historii pojawił się także polski minister edukacji – właśnie Czarnek – który natychmiast ogłosił, że chce jego ekstradycji do Polski. (notesfrompoland.com)
Patrzę na Davida. On patrzy na mnie. I nagle obaj rozumiemy, że ta rozmowa nie ma dobrego zakończenia.
– Wiesz – mówię w końcu – uczę zarządzania.
– Wiem – odpowiada.
– A zarządzanie polega między innymi na tym, żeby nie robić rzeczy kompletnie absurdalnych.
David uśmiecha się.
– Czyli polityka to osobna dyscyplina naukowa?
– Raczej osobna galaktyka – odpowiadam.
I wtedy naprawdę uciekam do swojego akwarium.
To taki przeszklony gabinet na wydziale. Siedzisz tam jak egzotyczna ryba. Wszyscy cię widzą, ale nikt nie przeszkadza. Posiedzę chwilę w ciszy. Dopiję kawę.
A potem pójdę do auli i będę mówił studentom o biznesie, zarządzaniu i o tym, jak budować organizacje, które mają sens.
Bo, o dziwo, zarządzanie firmą bywa czasem znacznie bardziej racjonalne niż zarządzanie polską polityką.

Dodaj komentarz