
Był taki czas, i wcale nie tak dawno temu, kiedy wyznawcy bitcoina patrzyli na świat z miną ludzi, którzy właśnie odkryli tajemnicę wszechświata, a reszta ludzkości nadal usiłuje otworzyć drzwi od sklepu, ciągnąc je, zamiast pchać. W ich opowieściach banki miały wkrótce podzielić los budek telefonicznych, bankierzy mieli przejść do historii obok producentów kaset magnetofonowych, a państwa miały bezradnie przyglądać się narodzinom nowej ery wolności, w której człowiek sam będzie swoim bankiem, swoim urzędem skarbowym i prawdopodobnie również własnym ministrem finansów.
Brzmiało to wszystko imponująco. Gdyby dodać do tego kilka laserów, muzykę z filmów science fiction i mężczyznę w czarnym golfie pokazującego slajdy, można by sprzedać tę wizję jako zwiastun nowej cywilizacji. W roku 2008, gdy świat finansów przypominał płonący cyrk prowadzony przez księgowych po ciężkim weekendzie, wielu ludzi miało dość banków, ekonomistów i polityków. Trudno się zresztą dziwić. Bankierzy przez lata zapewniali, że wszystko jest pod kontrolą, po czym okazało się, że ich kontrola przypominała pilota samolotu, który z dumą melduje pasażerom, że właśnie zgubił skrzydła.
W takiej atmosferze bitcoin pojawił się niczym cyfrowy mesjasz. Nie miał centrali. Nie miał prezesa. Nie miał ministerstwa. Nie miał rzecznika prasowego. A to już samo w sobie wydawało się podejrzanie rozsądne. Jego zwolennicy opowiadali o świecie bez pośredników, bez urzędników i bez banków. Człowiek miał odzyskać władzę nad własnymi pieniędzmi, a państwo miało zostać sprowadzone do roli niepotrzebnego mebla stojącego w kącie historii, obok magnetowidu i encyklopedii na płytach CD.
Wszystkie wielkie rewolucje mają jedną wspólną cechę. Prędzej czy później spotykają ludzi. A człowiek jest stworzeniem niezwykle twórczym, szczególnie wtedy, gdy pojawia się okazja do oszukania bliźniego.
Najpiękniej było to widać na słynnym Silk Road, internetowym bazarze działającym dzięki kryptowalutom. Miał być triumfem wolności. Cyfrowym Dzikim Zachodem. Miejscem, gdzie państwo nie zagląda, urzędnik nie przeszkadza, a każdy jest panem własnego losu. Skończyło się dokładnie tak, jak kończą się wszystkie historie o absolutnej wolności. Najpierw pojawili się oszuści. Potem złodzieje. Następnie ludzie próbujący pozbyć się oszustów. Wreszcie pojawiła się przemoc, groźby i cały zestaw atrakcji, od których miała uwolnić ludzkość kryptowalutowa rewolucja.
Okazało się bowiem, że nawet najbardziej anarchistyczny raj potrzebuje kogoś, kto rozstrzygnie spór, gdy jeden obywatel wolności sprzeda drugiemu obywatelowi wolności towar, który istnieje wyłącznie w jego wyobraźni. Człowiek może przez lata krzyczeć, że nie potrzebuje państwa, ale gdy ktoś ukradnie mu pieniądze, nagle odkrywa w sobie głęboką miłość do instytucji publicznych. To jeden z najbardziej wzruszających procesów zachodzących w naturze.
Zabawne jest to, co stało się później. Bitcoin miał przecież zniszczyć system finansowy. Miał być jego grabarzem. Miał wykopać mu dół, wygłosić mowę pożegnalną i zgasić światło. Tymczasem wydarzyło się coś znacznie bardziej upokarzającego.
System go połknął.
Nie walczył z nim. Nie zakazał go. Nie wysłał przeciw niemu kawalerii. Zrobił coś o wiele sprytniejszego. Otworzył drzwi i zaprosił go do środka. Fundusze inwestycyjne zaczęły handlować bitcoinem. Wielkie banki zaczęły oferować produkty związane z bitcoinem. Maklerzy zaczęli analizować bitcoina. Telewizje biznesowe zaczęły codziennie omawiać kurs bitcoina między cenami złota a prognozą pogody.
Rewolucjonista został zatrudniony w korporacji. To trochę tak, jakby Che Guevara po trzydziestu latach walki z kapitalizmem został ambasadorem sieci luksusowych galerii handlowych i rozdawał kupony rabatowe przy wejściu.
Kapitalizm ma niezwykły talent do rozbrajania buntowników. Nie musi ich pokonywać. Wystarczy, że da im gabinet, służbową kartę i możliwość zarobienia dużych pieniędzy. Wielu rewolucjonistów po kilku latach wtedy odkrywa, że jednak kocha system. Zwłaszcza jego przelewy.
Dzisiaj bitcoin jest już nie tyle rewolucją, ile aktywem. Siedzi spokojnie obok złota, akcji technologicznych i innych instrumentów finansowych. Jego dawni wyznawcy opowiadali o końcu banków, a obecnie z wypiekami na twarzy śledzą decyzje funduszy inwestycyjnych. Jeszcze niedawno chcieli wysadzić gmach finansów w powietrze. Dziś najbardziej martwią się, czy wielkie instytucje kupią wystarczająco dużo ich ukochanej kryptowaluty.
Ale byłoby zbyt łatwo wyśmiać tylko ich.
Bo pod tą historią kryje się coś znacznie poważniejszego. Miliony ludzi nie uwierzyły w bitcoina dlatego, że nagle zakochały się w skomplikowanych algorytmach. Uwierzyły dlatego, że przestały ufać światu. Nie ufały bankom po kryzysie finansowym. Nie ufały politykom. Nie ufały ekspertom. Nie ufały instytucjom. Bitcoin był nie tyle odpowiedzią, ile objawem tej nieufności.
I tutaj zaczyna się prawdziwa opowieść. Nie o technologii, lecz o ludziach. O świecie, w którym coraz więcej osób wierzy bardziej w tajemniczy ciąg cyfr zapisany na serwerach niż w instytucje budowane przez pokolenia. O świecie, w którym łatwiej zaufać anonimowemu programiście z internetu niż własnemu państwu.
To nie jest historia sukcesu ani porażki kryptowalut. To historia naszych czasów. Czasów, w których każdy chce być wolny od wszystkich, ale jednocześnie oczekuje, że ktoś będzie pilnował porządku. Czasów, w których człowiek marzy o świecie bez urzędników, a potem dzwoni na infolinię, bo zapomniał hasła do portfela cyfrowego.
Dlatego najbardziej rozbawia mnie nie bitcoin, lecz jego wyznawcy. Ludzie, którzy chcieli zbudować nowy świat bez banków, po czym po kilkunastu latach z dumą obserwują, jak największe banki świata inwestują w ich ukochane aktywo. To trochę tak, jakby wegetarianin przez dwadzieścia lat walczył z przemysłem mięsnym, a potem świętował otwarcie własnej fabryki kiełbasy.
Historia bitcoina jest więc mniej historią technologii, a bardziej historią ludzkiej natury. A natura ludzka pozostaje zadziwiająco niezmienna. Zmieniają się waluty, zmieniają się systemy, zmieniają się aplikacje i hasła reklamowe. Człowiek jednak nadal pozostaje tym samym stworzeniem, które najpierw buduje utopię, później zakłada w niej urząd, następnie wybiera kierownika urzędu, a na końcu narzeka, że biurokracja znowu wszystko zepsuła.
I chyba właśnie dlatego historia pieniądza jest tak fascynująca. To nie są dzieje monet, banknotów czy kryptowalut. To są dzieje naszych złudzeń. A złudzenia, w przeciwieństwie do walut, nigdy nie tracą wartości.

Dodaj komentarz