
Polska jest krajem niezwykłym. W żadnym innym miejscu na świecie człowiek nie potrafi przez trzy godziny narzekać na swojego burmistrza, a następnie przez następne trzy godziny tłumaczyć, że właściwie nie ma go kim zastąpić.
To jest dopiero sztuka.
Naród siedzi więc na ławce przed blokiem, patrzy na nowo wybudowane rondo, które kosztowało tyle co mały okręt wojenny, i wzdycha ciężko jak bohater rosyjskiej powieści. Niby wszystko źle. Niby fatalnie. Niby katastrofa. Ale kiedy przychodzi pytanie, kto miałby rządzić zamiast obecnego włodarza, zapada cisza tak głęboka, że słychać jak w urzędzie miejskim stygnie ekspres do kawy.
Sondaż pokazuje bowiem rzecz fascynującą. Prawie połowa Polaków jest niezadowolona ze swoich lokalnych władz. Jednocześnie ogromna część tych samych ludzi nie ma najmniejszego pojęcia, kto mógłby ich zastąpić.
To trochę tak, jakby pasażerowie samolotu jednogłośnie uznali pilota za nieudacznika, po czym zaproponowali, żeby za sterami usiadł przypadkowy człowiek z kiosku albo szwagier, który kiedyś latał dronem nad działką.
Polska samorządowa zaczyna przypominać wielki serial kostiumowy. Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast przez lata byli przedstawiani niczym lokalni półbogowie. Budowali chodniki, przecinali wstęgi, sadzili drzewka, pozowali przy fontannach, otwierali skateparki i odbierali klucze do miasta od samych siebie. W wielu miejscowościach panowało przekonanie, że gdyby nie burmistrz, to słońce nie wschodziłoby nad gminą przed godziną dziewiątą.
Potem jednak przyszła rzeczywistość, a rzeczywistość, jak wiadomo, jest najbardziej bezczelnym recenzentem świata.
Okazało się, że ścieżka rowerowa nie rozwiązuje problemu mieszkań komunalnych. Fontanna nie obniża rat kredytów. A mural przedstawiający szczęśliwego mieszkańca nie sprawia, że człowiek staje się szczęśliwy.
Lokalni włodarze przez lata żyli w epoce wielkiego unijnego deszczu pieniędzy. Wystarczyło podstawić wiadro, zrobić konferencję prasową, przeciąć wstęgę i ogłosić sukces cywilizacyjny. Dziś deszcz przestał padać tak obficie, a mieszkańcy zaczęli zadawać nieprzyjemne pytania.
Na przykład takie, skąd wzięły się te wszystkie długi, albo dlaczego parking kosztuje tyle, jakby samochód wynajmował miejsce w apartamencie z widokiem na Adriatyk, albo dlaczego po remoncie ulicy trzeba remontować ją ponownie po dwóch latach.
Szczególnie ciekawy jest przypadek Krakowa. Kraków przypomina dziś starą arystokratyczną kamienicę. Z zewnątrz piękna. W środku pełna historii. A w piwnicy instalacje pamiętające czasy, kiedy cesarz Franciszek Józef zastanawiał się jeszcze, czy warto inwestować w elektryczność.
Po referendum całe miasto zamieniło się w polityczny amfiteatr. Jedni świętują. Drudzy rozpaczają. Trzeci już drukują plakaty. Czwartym marzą się kolejne referenda. Piąci nie wiedzą, o co chodzi, ale są przeciw.
Najbardziej rozbawia jednak perspektywa polityków PiS, którzy po latach opowiadania o stabilności państwa odkryli nagle referendum jako nową dyscyplinę narodową. Gdyby mogli, organizowaliby głosowania w sprawie wszystkiego.
Referendum o prezydencie miasta. Referendum o dyrektorze szkoły. Referendum o kolorze przystanków. Referendum o tym, czy gołębie powinny posiadać licencję na korzystanie z rynku.
Trzeba przyznać, że jest w tym pewna konsekwencja. Skoro nie można wygrać wyborów, warto próbować wygrać wszystko pomiędzy wyborami.
Problem polega na tym, że samorząd to nie jest teleturniej. Odwołanie prezydenta miasta nie sprawia automatycznie, że znika zadłużenie. Nie powoduje też cudownego rozmnożenia pieniędzy. Budżet nie zamienia się w skarbiec Smauga tylko dlatego, że zmienił się lokator gabinetu. Właśnie to jest najzabawniejsze w całej historii.
W polityce wszyscy zachowują się tak, jakby problemem był zawsze człowiek siedzący za biurkiem. Nigdy liczby. Nigdy rachunki. Nigdy matematyka, a matematyka jest najbardziej bezlitosnym wyborcą świata. Nie ogląda debat. Nie czyta mediów społecznościowych. Nie chodzi na wiece. Po prostu przychodzi pod koniec roku i mówi:
„Brakuje wam miliarda. Powodzenia.”
Polacy zaś coraz bardziej przypominają klientów restauracji, którzy odsyłają do kuchni kolejne dania, ale nie potrafią zdecydować, co chcieliby zamówić.
Za słone, za drogie, za zimne, za ciepłe, a może jednak zostawmy. Właśnie dlatego ten sondaż jest tak interesujący. Nie pokazuje kryzysu samorządów. Pokazuje kryzys oczekiwań.
Przez trzy dekady przyzwyczailiśmy się wierzyć, że każdy problem ma swojego burmistrza, który powinien go rozwiązać. Dziś okazuje się, że świat zrobił się bardziej skomplikowany. Miasta są zadłużone. Ludzie mają coraz większe wymagania. Pieniędzy jest za mało. Cierpliwości jeszcze mniej, a nad tym wszystkim unoszą się lokalni włodarze, przypominający zmęczonych monarchów małych królestw, którzy jeszcze niedawno odbierali hołdy podczas otwierania skateparku, a dziś słyszą z każdej strony okrzyki: „Referendum!”
Tak kończą wszyscy królowie asfaltu. Najpierw przecinają wstęgi. Potem przecinają budżety, a na końcu wyborcy przecinają cierpliwość.

Dodaj komentarz