PAŃSTWO DLA SPRYTNYCH. CZYLI JAK WOŹNY UTRZYMUJE MILIONERA

Warszawa

Polacy od pokoleń lubią opowiadać sobie pewną historię. Jest to historia wzruszająca, patriotyczna i niezwykle krzepiąca. Według niej Polska jest krajem ludzi ciężkiej pracy. Krajem pielęgniarek wracających z nocnych dyżurów, nauczycieli sprawdzających klasówki przy kuchennym stole, kierowców ciężarówek przemierzających Europę i drobnych przedsiębiorców, którzy wstają o świcie, żeby otworzyć swoje sklepy. To wszystko oczywiście prawda. Problem polega tylko na tym, że kiedy przychodzi moment płacenia rachunku za funkcjonowanie państwa, okazuje się nagle, iż największym beneficjentem tej opowieści nie jest człowiek ciężko pracujący, lecz człowiek dobrze poinformowany.

Afera wokół warszawskiego lekarza, który w ciągu roku miał zarobić około 1,6 mln złotych, wywołała oburzenie nie dlatego, że Polacy zazdroszczą komuś pieniędzy. Wbrew temu, co sądzi część ekonomicznych kaznodziejów wolnego rynku, większość ludzi nie ma problemu z tym, że ktoś jest bogaty. Problem zaczyna się wtedy, kiedy kasjerka, pielęgniarka i nauczycielka odkrywają, że od swoich dochodów oddają państwu proporcjonalnie więcej niż człowiek inkasujący kwoty przypominające budżet małego miasteczka.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwie polska opowieść. Nie o lekarzu. Nie o polityce. Nawet nie o podatkach. To opowieść o kraju, który przez lata stworzył system tak pełen wyjątków, furtek, ulg, preferencji i specjalnych przejść ewakuacyjnych, że coraz trudniej ustalić, kto właściwie utrzymuje państwo.

Oficjalnie wszyscy. W praktyce głównie ci, którzy nie mają księgowego.

Polski system podatkowy przypomina ekskluzywny hotel, w którym rachunki rozkłada się według osobliwej zasady. Gość wynajmujący apartament prezydencki dostaje kieliszek szampana, uśmiech recepcjonisty i specjalną ofertę lojalnościową. Tymczasem człowiek śpiący w pokoju bez okna dowiaduje się przy wymeldowaniu, że musi jeszcze dopłacić za korzystanie z windy, ciepłej wody i oddychanie w częściach wspólnych.

Według danych przytoczonych w analizie klin podatkowy dla pracownika otrzymującego minimalne wynagrodzenie sięga około 38 proc. kosztów jego zatrudnienia. Dla pielęgniarki zarabiającej około ośmiu tysięcy złotych netto przekracza 40 proc. Dla dobrze wynagradzanego lekarza na etacie potrafi zbliżać się do 50 proc. Tymczasem osoba osiągająca wielomilionowe przychody na działalności gospodarczej, korzystająca z ryczałtu lub innych preferencyjnych form rozliczeń, może oddawać państwu kilkanaście procent swoich dochodów.

To trochę tak, jakby właściciel ferrari płacił za autostradę mniej niż kierowca starego opla, ponieważ ktoś uznał, że posiadanie ferrari jest przejawem przedsiębiorczości.

Najbardziej urocze jest przy tym to, że cały ten system wciąż przedstawiany jest jako wsparcie dla przedsiębiorców. Człowiek mógłby odnieść wrażenie, że mówimy o ludziach budujących fabryki, zatrudniających setki pracowników, inwestujących miliony i ryzykujących własnym majątkiem. Tymczasem coraz częściej chodzi po prostu o osoby wykonujące dokładnie tę samą pracę co etatowcy, siedzące przy tych samych biurkach, pracujące dla tych samych instytucji, lecz rozliczające się na podstawie innego formularza.

Państwo patrzy wtedy na nich z czułością zoologa, który właśnie odkrył zagrożony gatunek. Nie wolno przestraszyć. Nie wolno opodatkować. Nie wolno nawet głośniej oddychać w pobliżu.

W efekcie Polska stała się krajem, w którym bardzo często bardziej opłaca się zarządzać własnym statusem podatkowym niż własnym biznesem. Rośnie liczba jednoosobowych działalności gospodarczych, ale nie rośnie liczba przedsiębiorców zatrudniających ludzi. Coraz więcej osób prowadzi działalność wyłącznie dlatego, że różnica między opodatkowaniem pracy a opodatkowaniem działalności przypomina różnicę między mandatem za parkowanie a ceną luksusowego samochodu.

Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, kiedy spojrzymy na majątek. W Polsce można posiadać apartament wart kilka milionów złotych z widokiem na panoramę miasta i płacić podatek liczony niemal identycznie jak właściciel przeciętnego mieszkania o tej samej powierzchni. Międzynarodowy Fundusz Walutowy zwraca na to uwagę od lat. OECD zwraca uwagę od lat. Ekonomiści zwracają uwagę od lat. Politycy natomiast reagują z konsekwencją godną średniowiecznych astrologów obserwujących kometę. Wszyscy widzą problem, wszyscy go opisują, ale nikt nie zamierza niczego zmieniać, bo jeszcze ktoś mógłby się obrazić.

Dlatego właśnie Polska stała się jednym z nielicznych krajów, w których łatwiej opodatkować człowieka kupującego masło niż człowieka posiadającego kilka mieszkań. VAT płacą wszyscy. Bogaci i biedni. Różnica polega tylko na tym, że biedny wydaje na konsumpcję niemal wszystko, co zarabia, podczas gdy bogaty może sporą część dochodów zamienić w oszczędności, inwestycje albo kolejne nieruchomości.

I tutaj dochodzimy do największego paradoksu współczesnej Polski. Przez lata słyszeliśmy, że najbogatsi utrzymują państwo. Tymczasem coraz częściej wygląda na to, że państwo utrzymują ci, których nie stać na optymalizację, fundację rodzinną, doradcę podatkowego ani skomplikowaną strukturę rozliczeń.

Cała reszta korzysta z systemu przypominającego elegancki klub dla wybranych. Klub bardzo ekskluzywny, bardzo komfortowy i bardzo skutecznie chroniony przed nadmiernymi obciążeniami.

Najzabawniejsze jest jednak to, że rachunek za funkcjonowanie tego klubu od lat trafia do ludzi stojących przed wejściem.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights