CZARNEK I CUD ROZMNOŻENIA PIENIĘDZY

Warszawa

Czarnek aż prosi się o narrację literacką. Nie polityczną. Literacką. Bo zwykła analiza przestaje wystarczać, kiedy bohater jednego miesiąca przypomina Jeremiasza zwiastującego upadek cywilizacji, a następnego wciela się w rolę świętego Mikołaja rozdającego prezenty na koszt sąsiadów.

To będzie więc opowieść o człowieku, który najpierw ogłasza pożar, a potem rozdaje kupony na fajerwerki.

Do pewnego wieku człowiek wierzy, że politycy przynajmniej próbują zachować pozory logiki. Potem przychodzi doświadczenie. A doświadczenie jest nauczycielem brutalnym i pozbawionym złudzeń.

Uczy na przykład, że polityka przypomina czasem rodzinne wesele, podczas którego ten sam wujek przez godzinę opowiada o ruinie swoich finansów, o kredytach, komornikach, rachunkach i końcu świata, po czym po trzecim kieliszku wstaje od stołu i oznajmia rodzinie, że funduje wszystkim tygodniowy pobyt na Malediwach, nowego Mercedesa i może jeszcze mały jacht, jeśli pogoda dopisze.

I właśnie takiego weselnego cudu doświadczyliśmy za sprawą Przemysława Czarnka.

Jeszcze kilka tygodni temu kandydat PiS na premiera przypominał ekonomicznego proroka zagłady. Występował przed kamerami z miną człowieka, który właśnie odkrył pęknięcie w tamie i próbuje ostrzec mieszkańców doliny przed nadchodzącą falą.

Alarm budżetowy. Zapaść finansów publicznych. Rosnący dług. Gigantyczny deficyt. Widmo Grecji. Brak pieniędzy praktycznie na wszystko.

Słuchając tych wystąpień można było odnieść wrażenie, że Ministerstwo Finansów znajduje się już gdzieś pomiędzy Atenami roku 2010 a ostatnimi dniami Cesarstwa Zachodniorzymskiego. Brakowało właściwie tylko komunikatu o racjonowaniu papieru do drukarek i prośby o przynoszenie własnych świec do urzędów.

Czarnek chodził po mediach niczym ekonomiczny Jan Chrzciciel Apokalipsy. Wskazywał palcem na budżet i oznajmiał narodowi, że nadciąga katastrofa. Że pieniędzy nie ma. Że wszystko się wali. Że zaraz będziemy jeść korę z drzew i płacić obligacjami za ziemniaki.

A potem wydarzył się cud.

Nie taki zwykły cud polityczny, do których zdążyliśmy się przyzwyczaić. Nie. To był cud pełnowymiarowy, godny osobnego rozdziału w podręcznikach ekonomii fantastycznej.

Oto bowiem ten sam człowiek, który jeszcze przed chwilą ostrzegał przed budżetową katastrofą, nagle wyciągnął z rękawa kosztowny pakiet obietnic podatkowych.

Podniesiemy próg podatkowy. Zwolnimy emerytów z podatków. Rozdamy kolejne ulgi. Będzie hojnie. Będzie szybko. Będzie natychmiast.

Przez chwilę pomyślałem nawet, że coś przeoczyłem. Może pod Radomiem odkryto gigantyczne złoża ropy. Może pod Hrubieszowem znaleziono drugie Kuwejt. Może Narodowy Bank Polski rozpoczął hodowlę pieniędzy w warunkach laboratoryjnych i właśnie osiągnięto przełom.

Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Zmieniła się jedynie pora roku. Zaczęła się kampania wyborcza.

A kampania wyborcza jest szczególnym okresem w życiu polityków. To czas, kiedy prawa ekonomii przechodzą na urlop zdrowotny, matematyka zostaje zawieszona decyzją administracyjną, a kalkulator staje się narzędziem szerzenia defetyzmu.

Patrzę na to jako stary ekonomista i muszę przyznać, że kandydatura Czarnka jest pod pewnym względem fascynująca. Rzadko bowiem zdarza się obserwować człowieka, który w tak krótkim czasie potrafi być jednocześnie strażakiem i podpalaczem, księgowym i rozdawcą banknotów, prorokiem katastrofy i organizatorem festynu rozdawnictwa.

To wręcz niezwykły talent. Gdy jest w opozycji, Czarnek chodzi z kalkulatorem. Gdy zbliżają się wybory, kalkulator znika. Prawdopodobnie zostaje uznany za narzędzie obcego wpływu. Przecież trudno inaczej wyjaśnić sytuację, w której człowiek rano opowiada o gigantycznym deficycie, a po południu rozdaje kolejne miliardy.

Polityka zna wielu magików, ale Czarnek aspiruje do kategorii iluzjonisty ekstremalnego. David Copperfield sprawiał, że znikała Statua Wolności. Przemysław Czarnek próbuje sprawić, żeby zniknęła arytmetyka i trzeba uczciwie przyznać, że część publiczności klaszcze.

Tymczasem za kulisami rzeczywistość pozostaje nieubłagana. Ekonomiści ostrzegają przed spowolnieniem gospodarczym. Demografia wygląda coraz gorzej. Rośnie zadłużenie. Maleje liczba pracujących. Coraz większe będą koszty obronności, zdrowia i emerytur.

Rzeczywistość ma jedną wadę. Nie głosuje. Dlatego przegrywa z obietnicami. Przynajmniej do dnia wyborów. Potem głos zabiera ekonomia, a ekonomia, w przeciwieństwie do polityków, ma bardzo zły charakter. Nie wzrusza jej patriotyczne przemówienie. Nie reaguje na konferencje prasowe. Nie boi się sondaży.

Przychodzi po swoje i wtedy okazuje się, że cud rozmnożenia pieniędzy był tylko sztuczką objazdowego iluzjonisty. Iluzjonista znika. Kurtyna opada. Światła gasną.

Rachunek zostaje na stole, jak zawsze dla publiczności.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights