
Jest taki moment w życiu każdego Polaka, kiedy patrzy na swój pasek wynagrodzenia i zaczyna podejrzewać, że ktoś go okrada. Nie jest to jednak dramatyczna scena rodem z amerykańskiego filmu. Nikt nie przykłada mu pistoletu do głowy. Nikt nie wynosi telewizora przez okno. Wszystko odbywa się elegancko, zgodnie z prawem, przy użyciu pieczątek, formularzy i urzędowego uśmiechu.
To moment, gdy człowiek odkrywa, że awansował. Przez całe życie słyszał przecież od rodziców, nauczycieli, profesorów i trenerów rozwoju osobistego, że warto się uczyć, pracować, rozwijać, zdobywać kwalifikacje i brać odpowiedzialność. Aż pewnego dnia robi to wszystko, osiąga sukces, przekracza jakiś magiczny próg dochodowy i państwo mówi:
– Gratulujemy. Od dziś będziemy zabierać panu więcej.
To trochę tak, jakby maratończyk po przebiegnięciu czterdziestu kilometrów dowiedział się, że ostatnie dwa musi pokonać z lodówką na plecach.
Polski system podatkowy od dawna przypomina ogród zoologiczny projektowany przez grupę księgowych po spożyciu dużej ilości alkoholu. Na wejściu widzimy piękne tablice informacyjne o sprawiedliwości społecznej, solidarności i równych zasadach. Potem jednak okazuje się, że jedne zwierzęta siedzą w klatkach, inne biegają luzem, a jeszcze inne mają własne apartamenty z jacuzzi i ulgą podatkową.
Najciekawszym gatunkiem jest oczywiście samozatrudniony. To niezwykłe stworzenie biologiczne. W poniedziałek siedzi przy tym samym biurku co etatowiec. We wtorek wykonuje tę samą pracę. W środę odbiera telefony od tego samego szefa. W czwartek uczestniczy w tym samym zebraniu. W piątek obaj idą razem na piwo.
Różnica polega na tym, że jeden jest przedsiębiorcą, a drugi frajerem. Przepraszam. Pracownikiem etatowym. Pierwszy wrzuca w koszty komputer, telefon, samochód, internet, część mieszkania, czasem rower, czasem kampera, a przy odrobinie kreatywności zapewne również kota, który pomaga mu utrzymywać dobrostan psychiczny podczas pracy zdalnej. Drugi wrzuca w koszty głównie łzy.
Polska stworzyła system, w którym najbardziej opłacalnym biznesem nie jest prowadzenie firmy. Najbardziej opłacalnym biznesem jest udawanie, że prowadzi się firmę.
Powstała cała kasta ludzi funkcjonujących w niezwykłej przestrzeni między przedsiębiorczością a etatem. Są przedsiębiorcami tak długo, jak długo przychodzi czas rozliczenia podatków. W pozostałe dni tygodnia pracują dokładnie tak samo jak wszyscy inni. To trochę jak z kotem. Kiedy trzeba płacić podatki, jest tygrysem biznesu. Kiedy trzeba wziąć odpowiedzialność za ryzyko gospodarcze, staje się domowym mruczkiem.
Każda próba uporządkowania tego bałaganu wywołuje w Polsce reakcję podobną do próby odebrania dziecku lizaka. Natychmiast pojawiają się eksperci. Ekonomiści. Influencerzy. Trenerzy biznesu. Autorzy kursów o wolności finansowej i wszyscy zgodnie ogłaszają, że właśnie kończy się przedsiębiorczość. Państwo upadnie. Gospodarka umrze. Innowacje wyparują. Kapitał ucieknie, a ostatni programista zgasi światło na Okęciu.
Od piętnastu lat słyszymy te same przepowiednie. Tymczasem liczba jednoosobowych działalności rośnie szybciej niż liczba autentycznych przedsiębiorców zatrudniających ludzi. Coraz częściej przypomina to wielką narodową grę pod tytułem „Znajdź sposób, żeby nie płacić tyle co sąsiad”.
Państwo z kolei zachowuje się jak rodzic, który widzi, że jedno dziecko od lat podkrada ciastka z szafki, ale zamiast je upomnieć, zabiera podwieczorek drugiemu. Przecież budżet musi się zgadzać, a budżet przypomina dziś studnię bez dna.
Mamy największe od lat wydatki na obronność. Mamy rekordowe transfery społeczne. Mamy starzejące się społeczeństwo. Mamy ochronę zdrowia, która połyka miliardy szybciej niż smok wawelski owce.
Do tego mamy jeszcze polityków, którzy od rana do wieczora opowiadają obywatelom, że wszystko będzie tańsze, podatki będą niższe, usługi publiczne lepsze, emerytury wyższe, kolej szybsza, szpitale nowocześniejsze, armia silniejsza, a państwo bogatsze.
To trochę tak, jakby właściciel restauracji zapewniał klientów, że od jutra obiady będą darmowe, porcje dwa razy większe, kelnerzy milsi, a rachunki o połowę niższe. Ktoś jednak w końcu musi zapłacić za schabowego.
Ekonomia jest bowiem nudna i bezlitosna. Nie reaguje na hasła wyborcze. Nie wzrusza jej patriotyzm. Nie robi na niej wrażenia konferencja prasowa. Bilans musi się zgadzać nawet wtedy, gdy politykowi bardzo zależy, żeby się nie zgadzał.
Każdy polityk podczas kampanii wyborczej rozdaje obietnice jak święty Mikołaj po trzeciej kawie. Potem przychodzi moment płacenia rachunku i nagle wszyscy zaczynają bardzo intensywnie studiować portfele obywateli.
To dlatego dyskusja o drugim progu podatkowym przypomina dziś kłótnię pasażerów na Titanicu o cenę drinków w barze. Jedni krzyczą, że próg trzeba podnieść. Drudzy, że nie ma pieniędzy. Trzeci tłumaczą, że podatki są konieczne. Czwartym jest wszystko jedno, bo od dawna są na JDG.
Najzabawniejsze jest jednak to, że w Polsce każdy chce mieć podatki jak w Irlandii, usługi publiczne jak w Danii, bezpieczeństwo jak w Izraelu, infrastrukturę jak w Niemczech i składki zdrowotne jak w Somalii.
Gdy pojawia się temat szpitali, wszyscy pytają, dlaczego trzeba czekać. Gdy pojawia się temat szkół, pytają, dlaczego są niedofinansowane. Gdy pojawia się temat armii, pytają, dlaczego brakuje sprzętu. Gdy pojawia się temat podatków, nagle odkrywają w sobie ducha wolnorynkowej rewolucji.
Polak kocha państwo dokładnie tak samo jak kota. Chce, żeby było. Chce, żeby działało. Chce, żeby pilnowało domu. Ale koszt utrzymania najlepiej, żeby ponosił sąsiad.
Tymczasem prawdziwy problem leży gdzie indziej. Nie w wysokości podatków. Nie w drugim progu. Nie w kwocie wolnej. Problem polega na tym, że coraz mniej ludzi rozumie, dlaczego płaci dokładnie tyle, ile płaci.
Weźmy choćby młodego informatyka. Zarabia kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Jeszcze kilka lat temu był lokalnym milionerem osiedlowym. Dziś jest przedstawicielem klasy średniej. Państwo uważa go za człowieka zamożnego. Bank uważa go za człowieka średnio zamożnego. Deweloper uważa go za człowieka biednego. A on sam po racie kredytu, czynszu i zakupach coraz częściej zastanawia się, która z tych instytucji oszalała.
Podobnie lekarz, prawnik czy inżynier. Formalnie należą do grupy dobrze zarabiających. Faktycznie coraz częściej odkrywają, że są za bogaci we współczucie i za biedni na luksus.
To właśnie tam rodzi się frustracja. Nie z wysokości podatku, lecz z poczucia, że zasady gry stają się coraz mniej zrozumiałe.
Kiedy obywatel przestaje wierzyć, że system jest uczciwy, zaczyna szukać sposobu, żeby system przechytrzyć i wtedy wszyscy stają się ekspertami od optymalizacji. Naród matematyków zamienia się w naród księgowych. Naród przedsiębiorców w naród kombinatorów, a państwo coraz bardziej przypomina restaurację, w której połowa gości płaci rachunek, druga połowa korzysta z promocji, a kelner z kamienną twarzą tłumaczy, że wszystko odbywa się zgodnie z regulaminem.
Być może właśnie dlatego kolejne rządy od lat obchodzą temat reformy systemu podatkowego tak ostrożnie, jak saper obchodzi pole minowe. Wszyscy wiedzą, że coś jest nie tak. Wszyscy wiedzą, że system przypomina instalację hydrauliczną budowaną przez pięć ekip remontowych przez trzydzieści lat. Wszyscy wiedzą, że rury przeciekają.
Ale każdy polityk, który zbliży się do głównego zaworu, natychmiast słyszy wrzask kilku milionów wyborców przekonanych, że właśnie zamierza ukraść im wodę.
Dlatego od lat nie reformujemy systemu. My go łatamy. Potem łatamy łaty. Następnie tworzymy ulgę na skutki poprzedniej ulgi, wyjątek od wyjątku i interpretację interpretacji.
W rezultacie polski system podatkowy coraz bardziej przypomina średniowieczny zamek rozbudowywany przez kolejne pokolenia właścicieli. Każdy coś dobudował. Każdy coś przerobił. Każdy zostawił własny korytarz. Dziś nikt nie wie, gdzie jest wejście, ale wszyscy są przekonani, że mieszkają w nowoczesnym budynku.
Chyba właśnie dlatego podatki budzą w Polsce emocje większe niż piłka nożna, religia i polityka razem wzięte. Polak może wiele wybaczyć. Może wybaczyć dziurawą drogę. Może wybaczyć opóźniony pociąg. Może nawet wybaczyć polityka, ale gdy odkrywa, że jego sąsiad płaci połowę tego co on, choć zarabiają tyle samo, budzi się w nim coś znacznie potężniejszego od gniewu.
Budzi się księgowy.
A z księgowym, jak wiadomo, nie wygrał jeszcze żaden rząd.

Dodaj komentarz