KRAJ BEZ RĄK DO PRACY I Z NADMIAREM STRACHU

Warszawa

Był taki poranek, kiedy Polska wyglądała jak wielki warsztat, w którym wszystkie maszyny stoją włączone, światła się palą, kierownicy krzyczą, a jednocześnie nie ma komu podać klucza francuskiego. W powietrzu unosi się zapach pracy, której nie ma kto wykonać, i ten szczególny rodzaj napięcia, który pojawia się wtedy, gdy rzeczywistość mówi jedno, a polityka – uparcie coś zupełnie innego, jakby ktoś w centrali uparł się, że mapa jest ważniejsza niż teren.

Rzeczywistość jest prosta jak rachunek za prąd, który leży na stole i nie znika od patrzenia. Polska się starzeje, Polska się kurczy, Polska traci ludzi, którzy jeszcze wczoraj pracowali, a dziś albo przeszli na emeryturę, albo wyjechali, albo zwyczajnie zniknęli z rynku pracy jak klienci z restauracji, która przestała gotować. W liczbach wygląda to jeszcze gorzej, bo liczby nie mają litości dla złudzeń – dziesiątki tysięcy ludzi rocznie wypada z systemu, a luka rośnie jak dziura w drodze, którą wszyscy omijają, ale nikt nie naprawia, bo każdy boi się przyznać, że nie ma już asfaltu.

I wtedy pojawia się cudowna odpowiedź państwa, odpowiedź godna szkoły administracyjnego absurdu, odpowiedź, którą można by oprawić w ramkę i powiesić w gabinecie jako przestrogę: skoro brakuje ludzi do pracy, to utrudnijmy dostęp tym, którzy chcą pracować, a potem zdziwmy się, że nie ma komu zdziwienia obsłużyć.

W 2025 roku liczba zezwoleń na pracę dla cudzoziemców spada o ponad dwadzieścia procent, jakby ktoś uznał, że problem niedoboru najlepiej rozwiązać przez jego pogłębienie. Procedury się wydłużają, decyzje zapadają wolniej, urzędy działają z gracją walca drogowego na śliskim asfalcie, a człowiek, który chce przyjechać, pracować i płacić podatki, zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomylił adresu i nie trafił do kraju, który bardziej niż pracy potrzebuje papierów, pieczątek i nerwów ze stali.

I gdzieś w środku tej maszynerii siedzi urzędnik, człowiek w swetrze z guzikiem, który nie chce się dopiąć, pochylony nad wnioskiem jak nad wrogiem publicznym, z miną detektywa, który tropi przestępstwo stulecia. Wniosek o pozwolenie na pracę rozkłada na części pierwsze, mierzy, waży, odwraca do góry nogami, jakby między rubryką trzecią a czwartą mogła się czaić dywersja, a między podpisem a załącznikiem – zamach na porządek państwa. Każdą literę czyta z podejrzliwością, każdą pieczątkę ogląda pod światło, a gdy czegoś brakuje, jego twarz rozjaśnia się jak u człowieka, który właśnie znalazł sens życia, bo może odesłać, odroczyć, przedłużyć i poprosić o jeszcze jeden dokument, najlepiej taki, którego nikt nie widział.

W tym samym czasie Donald Tusk stoi nad tym wszystkim jak zarządca kamienicy, który dokładnie wie, gdzie cieknie dach, gdzie pękają rury i gdzie lokatorzy już pakują walizki, a mimo to odkłada decyzję, bo na klatce schodowej trwa awantura o kolor drzwi. Zna liczby, słyszy pracodawców, widzi raporty, które nie krzyczą, tylko spokojnie pokazują, że bez legalnej migracji ten warsztat zacznie gasnąć światło po świetle, stanowisko po stanowisku. A jednak zwleka, kalkuluje, ogląda się na sondaże i na strach, który w Polsce bywa ważniejszy niż rozsądek, jakby polityczna ostrożność była lepszym planem niż brak planu.

Przecież migracja w tym kraju od lat nie jest tematem do rozmowy, tylko narzędziem do okładania się po głowie. Jedni straszą, drudzy uspokajają, trzeci udają, że problem nie istnieje, a w tym czasie gospodarka patrzy na to wszystko z rosnącym niedowierzaniem, jak pacjent na lekarzy, którzy zamiast operować, kłócą się o kolor rękawiczek i długość igły.

Tymczasem fakty są brutalne i nie mają nic wspólnego z emocjami. Ponad połowa pracujących cudzoziemców ma mniej niż czterdzieści lat, podczas gdy polskie społeczeństwo starzeje się szybciej niż polityczne obietnice, które rozkwitają na wiosnę i więdną jesienią. Migranci nie tylko pracują, ale też wydają pieniądze, płacą podatki, napędzają konsumpcję, są częścią mechanizmu, który jeszcze jakoś się kręci, choć coraz częściej zgrzyta i traci obroty. To nie jest chwilowa moda, to nie jest kaprys historii, to jest fundament, którego nie da się zastąpić patriotycznym hasłem ani kolejnym spotem wyborczym z dobrze dobraną muzyką.

A mimo to państwo polskie zachowuje się jak człowiek, który siedzi przy pustym stole i jednocześnie wyrzuca jedzenie przez okno, tłumacząc, że nie podoba mu się opakowanie. Pracodawcy mówią jasno: potrzebujemy ludzi. System odpowiada: proszę poczekać pięć miesięcy. Cudzoziemiec pyta: czy mogę pracować? Urząd mówi: proszę wrócić za rok, najlepiej z nowym kompletem dokumentów i cierpliwością, której nikt nie ma.

To nie jest polityka migracyjna, to jest administracyjna autoparodia, która z uporem godnym lepszej sprawy produkuje bariery tam, gdzie powinny powstawać mosty.

I w tej całej historii najbardziej zdumiewające nie jest nawet to, że system nie działa, bo do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić jak do dziury w chodniku, którą omija się odruchowo. Najbardziej zdumiewające jest to, że system działa dokładnie odwrotnie, niż powinien, i robi to z taką konsekwencją, jakby ktoś uznał, że to jest właśnie jego funkcja, a nie błąd do naprawienia.

Polska potrzebuje ludzi, a jednocześnie robi wszystko, żeby ich zniechęcić. Polska potrzebuje pracy, a jednocześnie komplikuje dostęp do niej. Polska potrzebuje przyszłości, a jednocześnie zamyka drzwi tym, którzy mogliby ją współtworzyć, jakby bała się, że ktoś przyjdzie i pokaże, że można żyć inaczej niż w kolejce.

I w tym wszystkim jest jakaś perwersyjna logika, która każe myśleć, że może to nie jest błąd, tylko metoda, tylko że metoda prowadząca dokładnie w tym kierunku, którego nikt nie chce nazwać po imieniu, bo nazwanie oznaczałoby odpowiedzialność.

A odpowiedzialność w tej opowieści jest jak ten brakujący dokument w teczce urzędnika – wszyscy wiedzą, że powinien być, ale nikt go nie widział. Bo najłatwiej zbudować kraj bez imigrantów. Wystarczy najpierw zbudować kraj, z którego chce się wyjechać.


  1. Tadeusz Drozda

    Czy ten tekst dotrze jakoś do kancelarii premiera?

  2. Elżbieta Sabik

    Ile Pan ma racji.👌
    Czy politycy tego nie czytają❓️Nie widzą❓️
    O ironio ‼️
    Byłam w Sopocie w święta.
    W lokalach tłumy ludzi.
    Kelnerki – przemiłe młode Ukrainki.Bez narzekania‼️Pracowały,uśmiechały się, doradzały.Były…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights