
Jest taka chwila, wczesnym popołudniem, kiedy światło przestaje być jednoznaczne, a rzeczy tracą swoje ostre kontury i zaczynają przypominać raczej domysły niż fakty, i właśnie w takim półmroku — ani dnia, ani nocy — najlepiej widać polską politykę, która od lat udaje, że wszystko jest jasne, podczas gdy w rzeczywistości porusza się po omacku między nastrojami społecznymi, których nie rozumie, a interesami, których nie chce ruszyć, bo jeszcze się obrażą i przestaną finansować tę całą demokrację z kieszonkowego.
Bo oto, proszę państwa, lud — ten mityczny, wyśniony, przywoływany w każdej kampanii jak duch narodowy na seansie spirytystycznym — przestał być figurą retoryczną, a zaczął być zjawiskiem fizycznym, które czuje, liczy i coraz częściej zadaje pytania, na które politycy odpowiadają jak uczniowie złapani bez pracy domowej: głośno, pewnie i kompletnie obok tematu.
I nagle okazuje się, co potwierdzają chłodne, zachodnie badania, te wszystkie ankiety i regresje, które mają więcej wspólnego z matematyką niż z telewizją śniadaniową, że populizm nie jest jedną bestią, tylko dwoma stworzeniami, które przypadkiem noszą to samo imię, ale żywią się czymś zupełnie innym i prowadzą nas w przeciwnych kierunkach, choć obie obiecują drogę na skróty.
Pierwsze z tych stworzeń to populizm porażki politycznej, który w Polsce rozpanoszył się jak gość, który przyszedł na chwilę i został na dekadę, rozsiadając się wygodnie w instytucjach, mediach i głowach wyborców, i który z uporem godnym lepszej sprawy powtarza, że wszystko jest ustawione, wszyscy kłamią, a prawda mieszka wyłącznie w jego własnym obozie, gdzie świat jest prosty, winni są znani, a rozwiązania sprowadzają się do jednego wielkiego „trzeba zrobić porządek”.
To jest ten populizm, który przez lata pielęgnował obóz Jarosława Kaczyńskiego, zamieniając państwo w opowieść o oblężonej twierdzy, w której każdy, kto myśli inaczej, staje się podejrzany, a każda instytucja, która nie klaska, jest z definicji wroga, i który z lubością sięga po najprostsze narzędzia: strach, podejrzenie, podział, bo one działają szybko, skutecznie i nie wymagają ani wysiłku intelektualnego, ani szczególnej odpowiedzialności.
W tym świecie idealnie odnajdują się polityczni kuglarze nowej generacji, którzy zamiast argumentów mają memy, zamiast programów — emocje, a zamiast odpowiedzialności — przekonanie, że rzeczywistość to coś, co można przegłosować lub zagadać, jeśli tylko mówi się wystarczająco głośno i wystarczająco długo.
I tak rodzi się populizm, który nie tylko nie naprawia demokracji, ale systematycznie podgryza jej fundamenty, jakby był przekonany, że najlepszym sposobem na naprawę domu jest wyburzenie ścian nośnych i zostawienie dachu na słowo honoru.
Ale równolegle, gdzieś pod powierzchnią tej kakofonii, istnieje drugi nurt, znacznie mniej widowiskowy, mniej teatralny, a przez to dla polityków mniej atrakcyjny, choć dla demokracji — bez porównania zdrowszy.
To populizm niesprawiedliwości ekonomicznej, który nie krzyczy o zdradzie, tylko pyta, dlaczego gra jest ustawiona, dlaczego wielkie korporacje rosną jak na drożdżach, a zwykły człowiek musi się zastanawiać, czy bardziej opłaca mu się pracować, czy kombinować, i dlaczego w świecie, który obiecywał równe szanse, coraz wyraźniej widać, że niektórzy startują z rakietą, a inni z rowerem bez łańcucha.
Co ciekawe — i tu zaczyna się część, która powinna dać do myślenia wszystkim, którzy lubią proste podziały — ten drugi populizm nie potrzebuje wroga w postaci mniejszości, imigrantów czy „innych”, bo jego uwaga skierowana jest w górę, ku tym, którzy rzeczywiście mają władzę ekonomiczną, a nie w bok, gdzie łatwiej znaleźć kozła ofiarnego, ale trudniej znaleźć rozwiązanie.
I teraz dochodzimy do miejsca, w którym polska polityka wygląda jak człowiek stojący przed otwartymi drzwiami, za którymi widać sensowną drogę, ale który z jakiegoś powodu woli kręcić się w kółko na korytarzu, udając, że szuka klucza.
Bo o ile prawica — od PiS po konfederacyjne wariacje na temat wolności absolutnej i odpowiedzialności zerowej — z lubością nurza się w populizmie porażki politycznej, bo to jej naturalne środowisko, to obóz liberalny, który dziś rządzi, znalazł się w sytuacji znacznie bardziej skomplikowanej, wymagającej nie tylko rozsądku, ale i odwagi, a z tym, jak wiadomo, w polityce bywa różnie.
Żeby naprawdę odpowiedzieć na poczucie niesprawiedliwości ekonomicznej, nie wystarczy mówić o wzroście, inwestycjach i stabilności, trzeba jeszcze dotknąć interesów tych, którzy na obecnym układzie korzystają najbardziej, a to oznacza wejście w konflikt z wielkimi graczami, którzy nie lubią, kiedy ktoś zagląda im do kart, zwłaszcza gdy rozdają je sami sobie.
I tak dochodzimy do paradoksu, który jest jednocześnie komiczny i groźny, bo okazuje się, że politycy boją się bardziej utraty darczyńców niż utraty wyborców, jakby zakładali, że demokracja działa trochę jak teatr prywatny, w którym widownia może sobie pomruczeć, ale spektakl i tak zależy od tego, kto zapłacił za światło.
Tymczasem świat się zmienia, i to szybciej, niż politycy zdążą napisać kolejną strategię, bo oto nadchodzi era sztucznej inteligencji, wielkich inwestycji, gigantycznych pieniędzy i jeszcze większych oczekiwań, które — jeśli nie zostaną spełnione — mogą zamienić się w gniew o sile, jakiej jeszcze nie widzieliśmy.
A gniew, jak wiadomo, lubi proste odpowiedzi i jeśli ten gniew zostanie znowu zagospodarowany przez populizm porażki politycznej, to będziemy mieli powtórkę z rozrywki, tylko głośniejszą, ostrzejszą i mniej zabawną, bo demokracja, która raz została nadgryziona, drugi raz może już nie mieć siły się bronić.
Dlatego właśnie cała ta opowieść o dwóch populizmach nie jest akademicką zabawą w definicje, tylko ostrzeżeniem, które brzmi zaskakująco prosto: jeśli polityka nie zajmie się realną niesprawiedliwością, to ktoś inny zajmie się emocjami, które z niej wynikają.
A emocje, w przeciwieństwie do polityków, nie mają skrupułów.
I być może właśnie teraz, w tej niepewnej, wiosennej chwili, kiedy wszystko jeszcze może pójść w jedną albo w drugą stronę, warto zadać sobie pytanie nie o to, czy populizm jest dobry czy zły, ale o to, kto i w jakim celu go użyje.
Bo populizm, jak nóż, nie jest ani moralny, ani niemoralny.
Moralne — albo niemoralne — jest tylko to, co się nim zrobi.

Dodaj komentarz