
Są w życiu publicznym postaci, które wzbudzają nieufność. Są takie, które budzą śmiech. I jest Roman Giertych — który potrafi jedno i drugie naraz, jak kiepski iluzjonista, który najpierw wyciąga królika z kapelusza, a potem obraża się, że ktoś zapytał, skąd wziął kapelusz.
Bo Giertych od lat funkcjonuje nie jako polityk czy prawnik, tylko jako zjawisko. Coś pomiędzy kancelarią prawną a teatrem jednego aktora, gdzie każdy zarzut to „insynuacja”, każda wątpliwość to „atak”, a każdy dziennikarz to niemal osobisty wróg publiczny numer jeden. W jego świecie rzeczywistość nie jest czymś, co się bada — jest czymś, co się pozywa.
I właśnie dlatego warto na chwilę odłożyć emocje i zobaczyć, o co w tej sprawie chodzi naprawdę — bo diabeł, jak zwykle, siedzi w szczegółach, a nie w facebookowych tyradach.
Zacznijmy od tego, co konkretne. Mamy sprawę Polnordu — dużej spółki deweloperskiej, z której według prokuratury mogły zostać wyprowadzone dziesiątki milionów złotych poprzez operacje na wierzytelnościach. W tej operacji pojawiają się nazwiska Ryszarda Krauzego i Romana Giertycha oraz sieć spółek pośredniczących o minimalnym kapitale, powiązanych z ludźmi z jego otoczenia.
Mechanizm — w wersji śledczych — był prosty i aż banalny: sprzedaż i odkup fikcyjnych lub wątpliwych wierzytelności, przepompowanie pieniędzy przez podmioty pośredniczące i finalnie wyjęcie gotówki ze spółki. W grę wchodziły kwoty rzędu 70–90 milionów złotych. Wersja obrony jest równie klasyczna: to nie była żadna fikcja, tylko skomplikowany spór prawny o infrastrukturę w Wilanowie, a pieniądze miały swoje uzasadnienie biznesowe.
I tu zaczyna się polski teatr absurdu, bo sąd w pewnym momencie mówi: nie ma wystarczających dowodów, by uznać, że doszło do przestępstwa. Prokuratura mówi: układ jest oczywisty. A obywatel zostaje z tym jak widz po kiepskim spektaklu — niby coś widział, ale nie jest pewien, czy to była komedia, czy dramat.
Ale to jeszcze nie wszystko, bo do tej historii dochodzi wątek świeższy, bardziej egzotyczny i — trzeba przyznać — bardziej literacki. Oto pojawia się spółka z Liechtensteinu, Utriusque Iuris Anstalt, powiązana z byłą pracownicą kancelarii Giertycha. Ta spółka przelewa na konto kancelarii blisko milion złotych. Pieniądze przechodzą przez Panamę, czyli klasyczny przystanek dla tych, którzy lubią, gdy ich finanse podróżują bardziej niż oni sami.
Daty i kwoty tych przelewów — i tu robi się naprawdę ciekawie — mają pokrywać się z ustaleniami w sprawie Polnordu. Za transferami ma stać Sebastian J., pseudonim „Foka”, wieloletni współpracownik Giertycha. Czyli znowu: ci sami ludzie, te same mechanizmy, tylko inna scenografia.
A na deser mamy jeszcze postać rosyjskiej pośredniczki działającej w rajach podatkowych, która pojawia się przy obsłudze tej spółki. I w tym momencie całość przestaje wyglądać jak przypadek, a zaczyna jak scenariusz, który ktoś napisał zbyt odważnie, licząc, że nikt nie uwierzy.
Co robi w tej sytuacji bohater tej historii? Czy wychodzi i mówi: sprawdźmy wszystko, pokażmy dokumenty, zamknijmy temat? Oczywiście, że nie. Zamiast tego dostajemy dobrze znany repertuar: „urojenia”, „insynuacje”, „atak”. Czyli retoryczne zasłony dymne, które mają przykryć to, co jest najprostsze — pytania.
I teraz najważniejsze: w styczniu 2025 roku prokuratura umarza zarzuty wobec Giertycha, uznając, że „nie wiedział”, „nie decydował”, „nie miał wpływu” na działania swojego najbliższego współpracownika. To jest moment, w którym nawet najbardziej wyrozumiały obserwator powinien się zatrzymać i pomyśleć: naprawdę?
Bo jeśli przyjąć tę wersję, to mamy do czynienia z jednym z najbardziej pechowych prawników w historii — człowiekiem, wokół którego dzieją się milionowe operacje finansowe, pojawiają się podejrzane konstrukcje, krążą pieniądze z rajów podatkowych, a on sam pozostaje w tym wszystkim niewinnym obserwatorem. To już nie jest linia obrony. To jest gatunek literacki.
Najbardziej fascynujące w tej opowieści nie są jednak same pieniądze. Najbardziej fascynujący jest styl reakcji. Ta charakterystyczna mieszanka agresji i obrażonej niewinności. Ten ton człowieka, który jednocześnie atakuje wszystkich wokół i domaga się współczucia.
Bo Giertych nie odpowiada na zarzuty — on je unieważnia retorycznie. Nie tłumaczy — delegitymizuje pytających. Każdy dziennikarz to „atak”, każdy tekst to „kampania”. To nie jest obrona. To jest strategia zmęczenia przeciwnika.
I może w tym właśnie tkwi sedno. Nie chodzi o to, by przekonać opinię publiczną. Chodzi o to, by ją zniechęcić. By po kolejnym artykule, kolejnym nazwisku, kolejnej spółce ktoś wzruszył ramionami i powiedział: „to zbyt skomplikowane”.
Bo wtedy wygrywa nie ten, kto ma rację. Wygrywa ten, kto skuteczniej zagmatwał sprawę.
A Roman Giertych, trzeba mu oddać, w tej dyscyplinie osiągnął poziom mistrzowski.
I może właśnie dlatego największym problemem tej historii nie są nawet te przelewy, spółki i nazwiska. Największym problemem jest to, że w polskim życiu publicznym wciąż działa prosta zasada: jeśli jesteś wystarczająco głośny, wystarczająco agresywny i wystarczająco gotowy straszyć pozwami — to prawda przestaje być czymś, co trzeba udowodnić.
Wystarczy, że ją zagadasz.

Dodaj komentarz