
Są takie dni, kiedy człowiek włącza wiadomości i ma wrażenie, że żyje w kraju, w którym politycy traktują państwo jak otwarty bar: biorą, ile się da, wychodzą bez płacenia, a potem wracają do stolika i żądają, bo przecież coś im jeszcze przysługuje.
A w centrum tej karuzeli stoi PiS — formacja, która udowodniła, że chciwość można zorganizować państwowo, zakontraktować i wytłumaczyć patriotyzmem.
I właśnie na tej scenie pojawia się on: Leszek Czarnecki. Człowiek, którego państwo próbowało zjeść, przeżuć i wypluć, ale — o ironio — połamało sobie na nim zęby.
CZARNECKI, CZYLI CZŁOWIEK, KTÓREGO MIAŁO NIE BYĆ
Władza PiS przez lata malowała go jako diabełka finansów: biznesmena, bankiera, figurę, którą najlepiej obarczyć za całe zło współczesnej gospodarki.
A przecież to nie Czarnecki przyszedł z łapówką. To do niego przyszli. To on nagrał Chrzanowskiego,** szefa KNF, który proponował mu „deal” o zapachu trufli i prochu: zapłać, a państwo ci pomoże.
Nie zapłacił.
I od tego momentu zaczął działać Plan Zdzisława — jak sam Czarnecki określił systemową, państwową próbę rozłożenia jego imperium na części i sprzedania po cenie złomu.
Najpierw Idea Bank. Potem Getin. Potem kary, kontrole, zabezpieczenia, Pegasus na telefonie, próba zniszczenia reputacji.
Państwo — używane jak łom.
Ale 2025 i 2026 przynoszą zwrot: sądy zaczynają mówić „sprawdzam”. I nagle okazuje się, że procedury były dziurawe jak budżet TVP po reformie. BFG działał w konflikcie interesów, KNF nakładał kary bez podstaw, decyzje o restrukturyzacji wyglądały jak pisane w pośpiechu na kolanie przy świetle smartfona.
Co to oznacza? Że Czarnecki może dostać nie odszkodowanie, ale odszkodowania. W liczbie mnogiej. W wysokościach, przy których nawet Glapiński przestaje liczyć złoto i zaczyna liczyć minuty do emerytury.
GLAPIŃSKI – ALCHEMIK OD ZŁOTA I ARCHITEKT UKŁADU
Zanim zaczniemy śmiać się z jego złotych piramidek, trzeba opowiedzieć o rozdziale, w którym Adam Glapiński przestaje być tylko ekonomicznym humorystą, a zaczyna być postacią z centrum państwowej operacji nacisku. Bo w tle sprawy Czarneckiego nie chodziło tylko o nadzór finansowy — chodziło o układ, który działał jak jedna sieć grabieżców.
W marcu 2018 r. Leszek Czarnecki nagrał rozmowę z szefem KNF Markiem Chrzanowskim. Taśma przedstawia propozycję tak jawną, że nawet klasycy mafijnych filmów uznaliby ją za zbyt grubą.
Chrzanowski proponuje mu układ:
- zatrudnij wskazanego prawnika,
- zapłać mu — według scenariusza — nawet 40 mln zł,
- a w zamian KNF będzie „przychylne” i pomoże przy procedurach naprawczych jego banków.
Nie metafora. Nie insynuacja. Tak brzmiała oferta.
Tym prawnikiem miał być Grzegorz Kowalczyk — postać od lat orbitująca wokół środowiska Glapińskiego. Roman Giertych, pełnomocnik Czarneckiego, potem publicznie wskazywał, że istnieją dowody, iż to z otoczenia Glapińskiego wyszła sugestia zatrudnienia tego „zaufanego” człowieka.
To jeszcze nic. Na jednym ze spotkań dotyczących kondycji banków Czarneckiego — spotkaniu, które miało być czysto robocze — pojawia się sam prezes NBP. Glapiński, według relacji pełnomocników, miał z aprobatą reagować na rozmowy o „rozwiązaniach”, które wcześniej przedstawiał Chrzanowski. Z jego ust miały paść słowa o „rozumieniu się stron”.
To, jeśli ktoś nie nadąża, jest sytuacją, w której:
- szef KNF składa ofertę korupcyjną,
- prawnik miał być „z rekomendacji” środowiska prezesa NBP,
- sam prezes NBP pojawia się na spotkaniu i zdaje się aprobować cały proces.
W normalnym kraju byłyby to polityczne trzęsienia ziemi. W Polsce rządzonej przez PiS — uznano to za „nieporozumienie komunikacyjne”.
Chrzanowski odszedł. Został zatrzymany przez CBA. Glapiński — przesłuchany jako świadek. Ale polityczna ochrona była tak szczelna, że ani NBP, ani KNF nie poniosły realnych konsekwencji.
I teraz bomba: gdy Czarnecki odmówił wejścia w układ, państwo ruszyło kombajnem. W krótkim czasie:
- BFG wszczął procedury przymusowej restrukturyzacji,
- KNF nałożył rekordowe kary,
- służby zainteresowały się każdym jego ruchem,
- a prokuratura rozpoczęła seryjne śledztwa.
To była przemyślana, państwowa operacja nacisku. Zemsta za odmowę. Przykład dla innych. Lekcja o tym, że w państwie PiS nie opłaca się odmawiać układowi.
A teraz, gdy sądy odkręcają kolejne decyzje, okazuje się, że cała ta machina była wypchana wadami jak stary tapczan molami — konflikt interesów, błędne procedury, brak analiz, naciski polityczne.
Dlatego historia Czarneckiego to nie tylko historia jednego człowieka. To opowieść o państwie, które zamieniło instytucje finansowe w łom i młotek. A Glapiński, który dziś bawi się w alchemika złota, był jednym z architektów tej konstrukcji.
PAŃSTWO, KTÓRE UŻYWA SIŁY JAK ZABAWKI
Sprawa Czarneckiego odsłania jeszcze coś: bezwzględność państwa, gdy ma do dyspozycji wszystkie narzędzia — od prokuratury, przez KNF, po służby.
Państwo PiS działało jak buldożer bez kierowcy: niszczyło, co stało na drodze, a potem wystawiało rachunek obywatelom.
Kto miał siłę, pieniądze i prawników — bronił się. Kto nie miał — był mielony.
To system, który nagradza posłusznych i niszczy niepokornych.
Afera KNF, planowane „zachęty”, naciski, błyskawiczne decyzje o restrukturyzacji… To nie były wypadki przy pracy. To był trend.
I teraz ten trend wraca jak bumerang do swoich twórców.
ŁAPÓWKI, PLAN ZDZISŁAWA I DRAPIEŻNI STRAŻNICY PARTYJNEGO SKARBCA
Władza PiS miała jedną zasadę:
Jeśli nie możemy czegoś dostać legalnie, to znaczy, że dostaniemy to inaczej.
Dlatego afera KNF była logicznym następstwem ośmiu lat władzy. Dlatego próba „zachęcenia” Czarneckiego nie była aberracją, tylko metodą działania.
W państwie PiS legalność stała się opinią, a nie normą.
SYNDYK, PRAWNICY I PIENIĄDZE, KTÓRE WYCIEKAJĄ
Gdy państwo odebrało banki Czarneckiemu, do gry wszedł syndyk. A wraz z nim — spirala wydatków: miliony na kancelarie, miliony na PR, gigantyczne koszty zarządzania masą upadłości.
Resort sprawiedliwości bada teraz, czy te wydatki były zasadne. Choć wygląda to raczej na próbę rozwikłania zagadki pt. „Gdzie się podziały miliony?”
Jeśli syndyk straci licencję, jeśli decyzje zostaną unieważnione, jeśli cały proces okaże się wadliwy — to będzie największa finansowa kompromitacja państwa od czasu przejęcia OFE.
PAŃSTWO NISZCZY JEDNOSTKĘ — ALE CZASAMI SIĘ POTYKA
Czarnecki jest symbolem tego, jak państwo potrafi używać siły wobec jednostki.
Ale dziś staje się też symbolem, że nawet państwo oparte na złej wierze i równie złej procedurze może przegrać z prawem.
I tę ironię uwielbiam.
ZEMSTA PODŁOŻONA POD WŁASNE DRZWI
PiS chciał pokazać, że nie ma takich drzwi, których nie potrafi wyważyć.
A teraz okazuje się, że źle policzył siły.
Sądy zaczynają odkręcać to, co politycy i instytucje skręciły drutem kolczastym.
Leszek Czarnecki wciąż walczy, ale już nie jest ofiarą. Staje się człowiekiem, który może pokazać światu, jak wyglądała „dobra zmiana” w praktyce: łapówki, naciski, przejęcia, propaganda, państwo jako narzędzie zemsty.
A Glapiński? Wciąż układa swoje złoto.
Jakby nie zauważył, że historia właśnie zaczyna pisać mu nekrolog ekonomiczny.
I tu jest morał: kiedy państwo traktuje obywatela jak frajera, prędzej czy później samo dostanie rachunek.
I będzie on większy niż jakakolwiek piramidka złota, którą alchemik z NBP próbował postawić.
Chciwość PiS była wielka.
Ale chciwość państwa wobec obywatela zawsze kończy się tak samo: katastrofą dla państwa.
I ten felieton jest o tym, że może — wreszcie — zaczynamy tę katastrofę naprawiać.

Dodaj komentarz