KRONIKI DŁUGU I MARZENIA O WIDELCU

Warszawa

czyli jak Kraków nie skorzystał z pomocy, bo przecież wszystko grało

Rok temu, w przypływie obywatelskiej troski (i może odrobiny zawodowej dumy), zaproponowaliśmy Krakowowi pomoc. Pomoc w ogarnięciu finansowego chaosu, który coraz wyraźniej zaczynał przypominać operę mydlaną z niskim budżetem, ale dużym zadłużeniem.

Wysłaliśmy list, w liście—analiza, a w analizie: dane, wykresy, prognozy i rekomendacje. Proszę państwa, to nie była broszura z dyskontu. To był kawał solidnej, finansowej roboty. Ale pani skarbnik i spółka uprzejmie nas zignorowali. Bo przecież Kraków, wiadomo, wszystko ma pod kontrolą.

Dziś zadłużenie Krakowa sięga 7,8 miliarda złotych, a miasto planuje emisję obligacji na kolejne 305 milionów. Po co? žby zapłacić nauczycielom i kierowcom autobusów. Nie na metro. Nie na park kultury i rozrywki. Na pensje. Czyli długiem łatamy dziury w długu.

Jak mawia klasyk z Twittera: „to już nie jest zarządzanie, to jest życie na karty ratalne z limitem do pierwszego”.

MISZALSKI VS MAJCHROWSKI

Obecny prezydent Krakowa, Aleksander Miszalski, zapewne ma teraz mniej snu niż student przed obroną. Ale nie dlatego, że nie wiedział, w co się pakuje. On wiedział. Dlatego zlecił audyt. Audyt pokazał, że finanse miasta przypominają raczej sklep z przecenionymi nadziejami niż stabilny samorząd.

Za poprzednika, Jacka Majchrowskiego, zadłużenie Krakowa rosło z gracją operowej arii. Po cichu, ale do wysokich tonów. Teraz rachunek przyszedł na adres Miszalskiego, a ten nie ma wyjścia — musi drukować obligacje jak ulotki z pizza.pl.

FINANSE? A PO CO TO KOMU

To wszystko nie jest nowością. Od lat zwracamy uwagę, że samorządy — nie tylko Kraków, ale i Kielce, Zabrze, Gdynia, Olsztyn — żyją w przekonaniu, że Excel to fikcja literacka, a analiza kosztów to zamach na suwerenność budżetową.

Oferowaliśmy im współpracę. Pokazać, jak obniżyć koszty, jak zadłużać się z głową, jak planować inwestycje, które się realnie opłacają. Ale gdzie tam. Każdy z nich pewny, że „radzi sobie znakomicie”.

Dziś już mniej znakomicie, ale za to z długiem, który przypomina kluskę śląską — ciężką, gęstą i trudną do przełknięcia.

PRZYSZŁOŚĆ JEST JUŻ W ZASTAWIE

Miasto zaciąga długi, które będzie spłacać w 2041 roku. To trochę tak, jakbyśmy brali kredyt na wczasy all inclusive, a rachunek zostawili wnukom. „Miasto Królewskie, dług cesarski” – chciałoby się rzec.

Kraków to nie jedyny przypadek. To raczej zwiastun szerszego zjawiska: samorządy w Polsce mają tendencję do zamiatania problemów finansowych pod dywan, pod stołek, a czasem i pod dach Wydziału Strategii, gdzie nikt się już nie zastanawia, czy „zbilansowany budżet” to jeszcze cel, czy już oksymoron.

JAK TO MOŻNA BYŁO URATOWAĆ

Tymczasem rozwiązania istnieją. Są znane. Sprawdzone. Ba, nawet gotowe. Sekurytyzacja, obligacje przychodowe, restrukturyzacja wydatków, Centrum Usług Wspólnych… To nie jest magia z Doliny Krzemowej. To rzeczy, które działają. Ale trzeba mieć chęć, wolę i trochę pokory, by zaprosić do stołu kogoś, kto potrafi liczyć nie tylko do trzech kadencji.

Dzisiaj Kraków ma szansę przejść do historii. Nie tylko jako kolebka kultury, ale i jako pierwszy przypadek samorządowej katastrofy budżetowej transmitowanej na żywo.

Z tej okazji pozwolę sobie na drobną rekomendację: Panie Prezydencie, Pani Skarbnik, Drodzy Radni – nie wstyd zapytać o pomoc. Wstyd to upierać się, że wszystko jest w porządku, kiedy miasto pożycza pieniądze na autobus do Bronowic.

Z wyrazami troski i ironi


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights