
W kraju, w którym praworządność jest jak pingwin na Saharze — nie do końca wiadomo, co tu robi, ale wszyscy udają, że to normalne — Waldemar Żurek, zwany też „Prorokiem Sądu Najwyższego”, wychodzi z projektem ustawy, który ma naprawić wszystko, co zostało zniszczone. Czyli głównie przez tych, którzy jeszcze wczoraj siedzieli przy tym samym stole i teraz udają kelnerów.
Żurek ogłasza „kompromisową” ustawę, która brzmi jak oksymoron dla wtajemniczonych — coś jak „inteligentne reality show” albo „dietetyczne pączki”. I choć zapewnia, że „nie będzie stosów dla czarownic”, to jednak nikt nie powiedział, że nie będzie tortów z zakalcem. Bo czyż nieosądzony neosędzia to nie największy zakalec wymiaru sprawiedliwości?
Projekt ma 90 stron, więc ci, którzy czytali konstytucję tylko na memach, mają szansę się wycofać już przy spisie treści. Żurek mówi, że sędziowie z neoKRS „nie będą rozliczani indywidualnie, bo to niemożliwe”. Jasne. A jak ktoś rozdawał fałszywe dyplomy na uniwersytecie, to też nie warto ich cofać, bo przecież przeczytalibyśmy tylko więcej głupot w gazetach.

Na scenę polityczną, odziany w narodową pelerynę samozwańczego Mesjasza Granic, wkracza prezydent Karol Nawrocki — który pisze list do Ursuli von der Leyen. Tak po prostu. Siada, wyciąga wieczne pióro z szuflady godności narodowej i wystosowuje epistołę pełną wyrzutów, uprzejmego oburzenia i geopolitycznych cytatów z wiadomości TV Republika.
Z listu Nawrockiego dowiadujemy się, że Polska już „zrobiła swoje”. Przyjęła Ukraińców, pilnuje granic, nie wpuści ani jednego „nielegalnego migranta” i teraz prosi, żeby nie musiała dzielić się Europą. List brzmi trochę jak tłumaczenie ucznia, który nie chce iść na lekcję WF-u, bo przecież wczoraj biegał po podwórku. Pani von der Leyen, daj nam spokój, my już raz byliśmy solidarni. W sobotę. Przez dwie godziny.
A skoro już o rozrywce mowa, to w tle konferencyjno-ustawowego jarmarku, z odrębnym wejściem i darmowym popcornem, trwa coś, co w Polsce zawsze wywołuje emocje większe niż wesele na kredyt — debatowanie nad budżetem państwa.
I cóż tam się dzieje, zapytacie? Przedszkole finansowej fikcji. Andrzej Domański, minister finansów, przychodzi z budżetem na 2026 rok, w którym wszystko się zgadza, o ile nie patrzysz na liczby, nie rozumiesz ich i nie masz kalkulatora.

Mentzen z Konfederacji określił budżet jako „katastrofę”, ale to akurat najmilsze, co o nim powiedział. Bo w jego ocenie jest „sfałszowany”, „fikcyjny” i „socjalistyczny”. Czyli generalnie jakby ktoś spisał bajki braci Grimm i próbował z tego zrobić Excel.
Zandberg stwierdził, że to budżet „biedowania”. Jak na ironię — to jedyna rzecz, która łączy lewicę i Konfederację: wszyscy wiedzą, że kasy nie ma, tylko każdy chce wydać ją na coś innego. Jedni na dzieci, drudzy na drony, trzeci na nowe laboratoria, które w Polsce są tak rzadkie, jak uczciwe przetargi.

Ale spokojnie — Polska jeszcze nie spłonęła. Bo w razie czego czuwa Donald Trump, który właśnie ogłosił, że rozwiązał konflikt na Bliskim Wschodzie. Jak? Tajemnicza karteczka podana mu podczas konferencji — niczym liścik w podstawówce: „Donald, możesz powiedzieć, że uratowałeś świat. Z góry dzięki. P.S. Pozdro od Kataru.”
Trump, jak to Trump, ogłasza: „Zrobione. Pokój będzie silny, trwały i wieczny.” Czyli jak postanowienia noworoczne, które kończą się w okolicach lutego. Ale Trump już pakuje się na Bliski Wschód z walizką pełną hashtagów, selfie-stickiem i ego tak napompowanym, że NASA rozważa, czy nie przyznać mu własnej orbity.
W tym samym czasie w Europie inny rodzaj wiecznego pokoju ogłasza Literacka Nagroda Nobla. Dostał ją László Krasznahorkai — węgierski pisarz o nazwisku, które wygląda, jakby ktoś rzucił Scrabble na podłogę i zostawił jak leży. Autor „Szatańskiego tanga”, książek gęstych jak bigos po pięciu odgrzaniach, które czyta się tak, jakby ktoś prowadził cię przez mgłę z narracją filozoficznego bociana.
Jego proza to literacki odpowiednik sądu konstytucyjnego — niby istnieje, ale tylko nieliczni rozumieją, co tam się właściwie dzieje. Akademia Szwedzka uznała go za jednego z najwybitniejszych twórców, co jest oczywiście wspaniałe, ale dla polskiego odbiorcy może brzmieć jak: „czytaj to, bo wypada, choć nie zrozumiesz nic”.
I tak kończymy ten przegląd absurdalnych triumfów i narodowych lamentów.
- Żurek lepi nowy system sądowniczy z gliny, sznurka i złudzeń.
- Nawrocki pisze do Europy tonem obrażonego dżentelmena z dworu sarmackiego.
- Budżet państwa wygląda jak gra Monopoly, w której brakuje połowy banknotów, ale za to mamy pięć razy więcej hoteli.
- Trump ogłasza pokój w miejscu, gdzie nawet koty nie śpią spokojnie.
- A literacki Nobel wędruje do pisarza, którego książki są tak wymagające, że nawet Kafka z Musilem przybili mu piątkę zza grobu.
Takie czasy. Taka Polska. Takie absurdy. Ale przynajmniej się nie nudzimy. Bo w tym kraju jak nie ustawą, to listem. Jak nie budżetem, to nagrodą Nobla. Jak nie migracją, to Donaldem Trumpem z magiczną karteczką.
I tylko obywatel stoi gdzieś pośrodku, jak ten człowiek z mema: w kapciach, z herbatą w ręku, patrzy na ekran i mówi cicho pod nosem:
„Ale o co tu chodzi?”
I to jest, moi drodzy, najuczciwsze podsumowanie.

Dodaj komentarz