KAROLEK I WIATRACZKI, CZYLI OPOWIEŚĆ Z PIASKOWNICY PAŃSTWOWEJ

Warszawa

Polska polityka znów przypomina kabaret, tyle że bilety są obowiązkowe, a widownia — cały naród. Karol Nawrocki, nowy prezydent z mentalnością wodzireja z remizy, wpadł na pomysł, by swoją karierę zaczynać od… weta. Wetuje wszystko jak leci — ustawy energetyczne, rolnicze, gazowe, a może i przepisy o segregacji śmieci, jeśli ktoś mu je podsunie. Ktoś by pomyślał, że to strategia. W rzeczywistości to raczej dziecko, które dorwało się do czerwonego guzika i z dumą powtarza: „A teraz patrzcie, zgasło światło!”.

Bo oto Karolek, jeszcze niedawno specjalista od poprawiania historii w IPN, dziś poprawia Unię Europejską i cały system prawny. Nie podpisał ustawy o zapasach ropy i gazu, bo — uwaga — nie zwiększała bezpieczeństwa energetycznego kraju. Zaiste, kto jak kto, ale facet, którego kompetencje kończą się na klejeniu laurek dla „żołnierzy wyklętych”, musi wiedzieć najlepiej, jak działa energetyka.

I tak oto mamy prezydenta, który wetuje implementację prawa unijnego, bo uznał, że wie lepiej niż Bruksela. Szanowni Państwo, Polska znów wstaje z kolan. Tyle że tym razem wprost pod stół.

Na szczęście w tym chaosie jest ktoś, kto zachowuje zdrowy rozsądek i ma odwagę powiedzieć wprost: „Nie będzie tak w Polsce, póki ja jestem ministrem”. Waldemar Żurek, nowy minister sprawiedliwości, to człowiek, który mówi językiem prostym, ostrym i bez mydlenia oczu. Kiedy Nawrocki próbuje bawić się w króla Słońce, Żurek przypomina mu, że konstytucja to nie menu w barze mlecznym, które można sobie zmieniać zależnie od nastroju.

Żurek zapowiada rozliczenia, porządki w prokuraturze i koniec cyrku z neo-KRS. Neo-sędziowie, którzy udają legalnych, mają szykować portfele, bo minister chce ich pozywać o odszkodowania za bałagan, jaki narobili. To dopiero będzie spektakl — zamiast wieczorynki: „Neosędzia płaci miliony”. Wreszcie ktoś nie tylko mówi o praworządności, ale bierze się za nią na poważnie.

A premier Donald Tusk? Ten, jak zawsze, na pierwszej linii frontu europejskiego. W Kiszyniowie, w towarzystwie Macrona i Merza, mówi o rozszerzeniu Unii o Mołdawię. Mówi mądrze, mówi z klasą, i — co w polskiej polityce rzadkie — mówi tak, że rozumieją go w Berlinie, Paryżu i Brukseli. Podczas gdy Nawrocki wetuje ustawy i spotyka się z Trumpem, Tusk rozmawia o bezpieczeństwie Europy. Różnica mniej więcej jak między dyplomatą a wodzirejem wesela w Pcimiu.

A gdzie w tym wszystkim Hołownia? Zniknął jak magik po tanim pokazie. Może medytuje, może liczy followersów na Instagramie, a może po prostu obraził się na X-a. Cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Ale jak mawiają w Polsce 2050: „Marszałek żyje i ma się dobrze”. Tylko pytanie: czy to wystarczy, by ktokolwiek go jeszcze zauważył?

Wracając do Nawrockiego. Ten człowiek zdaje się wierzyć, że polityka to nie gra zespołowa, lecz jego prywatny konkurs „Mam talent”. Problem w tym, że jury w postaci społeczeństwa nie jest zachwycone, a publiczność zaczyna buczeć. I choć Kaczyński i Mentzen szepczą mu do ucha, to prędzej czy później Karolek przekona się, że wetem państwa się nie zbuduje.

A kiedy się przewróci, to — jak mawiał klasyk — będzie słychać huk na całą Europę. Bo jak się siada na stołku z nadmuchanym ego i pustą głową, to można spaść nie tylko z krzesła, ale i z historii.

I wtedy Cervantes naprawdę się uśmiechnie.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights