
Witajcie w kolejnym odcinku narodowej telenoweli „Polska – kraj w którym z frytki robi się wałęsającego się słonia”, odcinek specjalny: Afera KPO. Temat przewodni: jak z kilkunastu nie do końca trafionych dotacji zrobić opowieść o upadku państwa, zniszczeniu demokracji i moralnym rozkładzie całego rządu.
Historia jest prosta. Dostaliśmy od Unii prawie 60 miliardów euro – to tak, jakby sąsiad z Holandii wparował do naszego domu z walizką pieniędzy i powiedział: „Macie, kupcie sobie lepszy dach, okna, piec, zróbcie ogród, a może i samochód, bylebyście przestali palić plastikiem i nie wpadali co chwilę w długi”. No i Polska zabrała się do roboty – budujemy wiatraki na Bałtyku, modernizujemy kolej, szpitale, żłobki, drogi, a nawet ciągniemy szybki internet do miejsc, gdzie do tej pory łączność z cywilizacją zapewniał gołąb pocztowy.

I wtedy wchodzi opozycja, cała na biało (choć lekko przykurzona aferami z przeszłości). Wskazują palcem na te 0,5% budżetu, który trafił do branży hotelarsko-gastronomicznej, i odkrywają: „O rany! Ktoś kupił jacht! Ktoś kupił jacuzzi! Koniec świata, proszę państwa!”.
Oczywiście, jest też klasyczny element tej farsy: połowa „kontrowersyjnych” projektów była opiniowana przez ludzi z nominacji PiS, ale to drobiazg – bo w polskiej polityce odpowiedzialność działa na zasadzie gumki do ścierania. Jeśli to twoi ludzie, wina jest mglista jak poranna mżawka. Jeśli to konkurencja – to już tsunami, trzęsienie ziemi i wybuch wulkanu w jednym.
Jarosław Kaczyński, mistrz teatralnego oburzenia, nazwał KPO „korytem Platformy Obywatelskiej”, co jest o tyle zabawne, że sam był architektem planu, w którym część tych pieniędzy ustawiono właśnie pod HoReCa. Ale teraz udaje, że przyszedł na imprezę, zastał bałagan, a przecież sam dzień wcześniej przyniósł balony i zamówił didżeja.
Konfederacja oczywiście robi swoje – krzyczy o „prywaciarzach” i „marnowaniu pieniędzy podatnika”, choć 24 godziny wcześniej wzywała do „zostawienia przedsiębiorców w spokoju i oddania im ich własnych pieniędzy”. W ich świecie dotacja dla małego hotelu to socjalizm, ale ulga podatkowa dla dużego korpo to już wolny rynek w najczystszej postaci.
A gdzie w tym wszystkim Tusk? Premier robi to, co każdy racjonalny człowiek – zleca kontrole, zapowiada wyciągnięcie konsekwencji, mówi Brukseli: „Spokojnie, mamy to pod kontrolą”. Ale w mediach społecznościowych to się nie przebija, bo mem z jachtem i podpisem „KPO – Kasa Pod Ocean” ma większą klikalność niż 200-stronicowy raport o tym, jak modernizacja sieci energetycznej podniesie bezpieczeństwo dostaw prądu.

W całej tej operze mydlanej jest jeden drobny szczegół, o którym nikt nie chce mówić głośno: skala nadużyć jest niewielka. Prawdopodobnie pieniądze uda się odzyskać. Ale przecież nie chodzi o to, by rozwiązać problem. Chodzi o to, by go tak napompować, żeby wyborca, który w życiu nie widział wniosku o dotację, uwierzył, że rząd codziennie o 9:00 rano przelewa przedsiębiorcom po dwa jachty i jedno jacuzzi na głowę.
Cała ta histeria przypomina sytuację, w której budujesz 20-piętrowy wieżowiec, a ktoś przychodzi i krzyczy: „Skandal! Na trzecim piętrze jedna żarówka się przepaliła!”. I tak zamiast rozmawiać o tym, że wreszcie mamy w Polsce inwestycje na miarę XXI wieku, dyskutujemy o tym, kto siedzi w saunie i czy zasłużył na leżak przy basenie.
Bo ostatecznie, jak zawsze w polskiej polityce, prawda nie ma większego znaczenia. Liczy się, kto pierwszy krzyknie „afera” i kto zrobi lepszy mem. A że przy okazji podkopuje się zaufanie do jednego z największych programów modernizacyjnych w historii? No cóż – w tym kraju łatwiej zniszczyć coś, co działa, niż naprawić cokolwiek, co się zepsuło.
I może właśnie to jest nasz prawdziwy problem, a nie jacuzzi w hotelu w Pcimiu Dolnym.

Dodaj komentarz