
Ach, świat. Ten piękny, skomplikowany mechanizm, który działa, choć nie wiadomo do końca dlaczego – trochę jak stary blender w PRL-owskiej kuchni: hałasuje, śmierdzi spalenizną, ale jednak coś miksuje. I tak oto, w centrum tego globalnego kotła absurdów pojawia się On. Donald J. Trump. Prezydent, biznesmen, celebryta, komentator Twittera, wędkarz ludzkich emocji i jedyny znany człowiek, który potrafi obrazić pięć krajów i swoją własną administrację w jednym zdaniu.
Nie oszukujmy się – Trump nie tyle uprawia politykę, co bardziej improwizuje kabaret. Jeśli klasyczni przywódcy to szachiści, on gra w warcaby na planszy do Monopoly, rzucając pionkami w sufit, gdy coś idzie nie po jego myśli. Jego kadencja przypominała reality show, w którym nikt nie znał scenariusza – bo nie było żadnego scenariusza. I właśnie dlatego nie da się oderwać od ekranu. To, co dla innych byłoby końcem kariery, dla Trumpa jest śniadaniem. Zjadłby aferę z ketchupem.
Na przykład jego podejście do ceł – temat, który dla zwykłych śmiertelników brzmi jak środek nasenny, ale w jego wykonaniu staje się jak rollercoaster bez hamulców. Wprowadza cła na stal, aluminium, na myślenie, na oddychanie… grozi Unii Europejskiej, potem się do niej przytula. Jednego dnia grozi cłem na samochody, drugiego dnia mówi: „Jest wspaniale, Angela!”. Trzeciego dnia wyrzuca Angelę z polityki, bo nie może już patrzeć na świat. To strategia, która wygląda na genialnie chaotyczną, ale najczęściej jest po prostu… chaotycznie chaotyczna.
Mamy też klasykę gatunku – handel z Chinami. Trump wypowiada „wojnę handlową” z taką samą powagą, z jaką przeciętny influencer poleca dietę sokową. Najpierw nakłada cła. Potem większe cła. Potem twierdzi, że wygrał, bo przecież „Chińczycy płacą”. Ekonomiści łapią się za głowy, bo jakby to powiedzieć… nie, nie płacą. Płacą amerykańscy konsumenci. Ale Trumpowi to nie przeszkadza – on ma swoje fakty, które działają tylko w jego uniwersum, w którym „covfefe” jest prawdziwym słowem, a mapy pogody można poprawiać markerem permanentnym.
W międzyczasie flirtuje z Putinem tak ostentacyjnie, że nawet rosyjscy szpiedzy zaczynają się rumienić. Potem obraża sojuszników z NATO, bo – uwaga – „nie płacą wystarczająco”. Oczywiście, nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, żeby on wyglądał na silnego samca alfa. I tak oto najważniejszy sojusz militarny świata wygląda jak forum dyskusyjne gimnazjalistów – „Ty mnie nie szanujesz, więc ja nie będę cię bronić przed Rosją, o!”
A jakby tego było mało, pojawia się jeszcze Ukraina i ta nieszczęsna rozmowa z prezydentem Zełenskim. Trump traktuje pomoc wojskową jak kupon rabatowy – „powiesz coś złego o Bidenie, dostaniesz Javeliny”. To nie jest polityka zagraniczna, to jest marketing relacji międzypaństwowych prowadzony przez telemarketera. I co? I impeachment. Ale przecież dla Trumpa impeachment to jak order – tylko błyszczy mu na tle marynarki. Drugi impeachment? Czemu nie. Przecież każda saga potrzebuje sequela.
I tak to właśnie wygląda. Polityka Trumpa nie ma stałej trajektorii. To nie jest linia. To krzywa sinusoidalna prowadzona przez pijanego flaminga z GPS-em po niemiecku. Ale ma coś, czego nie mają inni: absolutną odporność na kompromitację. Trump mógłby się przewrócić w błocie na oczach całego świata i powiedzieć: „To było celowe, to nowa technika negocjacyjna”. I tysiące ludzi by mu uwierzyły. Ba, nawet założyłyby ubłocone garnitury.
Europa? Trzyma się za głowę, potem za portfel, potem łapie za kieliszek. Bo jak tu rozmawiać z człowiekiem, który dzisiaj grozi cłem, jutro oferuje przyjaźń, a pojutrze ogłasza, że Francja to „kraj w ruinie, bardzo nie fair”. I jak tu się nie śmiać? Jak tu nie płakać? No i właśnie w tym miejscu jesteśmy – na styku komedii i tragedii.
Bo wbrew pozorom, nie chodzi tylko o Trumpa. On jest symbolem większego zjawiska – globalnej polityki prowadzonej jak talent show. Gdzie zamiast argumentów mamy tweety, zamiast dyplomacji – memy, a zamiast planu – emocjonalne reakcje. Gdzie idioci, dosłownie i w przenośni, wchodzą na scenę z mikrofonem i… rządzą światem.
I może dlatego ten cyrk trwa nadal. Bo my wszyscy – widzowie tego spektaklu – wciąż kupujemy bilety. Wciąż klikamy, oglądamy, oburzamy się i… wracamy po więcej. Bo nuda jest gorsza niż absurd. Bo „normalność” jest tak passé. Bo kiedy świat płonie, zawsze można powiedzieć: „przynajmniej jest zabawnie”.
Więc jeśli masz jeszcze resztki wiary w ludzkość – odłóż je na półkę. Jeśli wierzysz w rozsądek – idź spać. Bo globalna polityka właśnie włączyła tryb stand-up. I Donald Trump – o, ironio – wciąż jest najgłośniejszym mikrofonem w tym kabarecie.
Idioci całego świata, łączcie się. Tylko nie zapomnijcie hashtagów.

Dodaj komentarz