

Jest zima. Taka zima, która nie pyta o zgodę. Wchodzi w kości jak urzędowe pismo w piątek po południu. Człowiek budzi się rano i już wie: będzie bolało. Kolano, kręgosłup, gospodarka, albo wszystko naraz. W takich warunkach człowiek ceni dwie rzeczy: ciepłą herbatę i jasność myśli.
A tu proszę. Na uczelnie wyrusza ekipa, która jasność myśli ma zwykle tylko wtedy, gdy świeci im lampka od telepromptera. Patryk Jaki, Przemysław Czarnek i Tobiasz Bocheński ogłaszają cykl debat „Zmień nasze zdanie”. Start 24 lutego we Wrocławiu, temat: „Przyszłość Polski w Unii Europejskiej”. Brzmi jak zaproszenie do rozmowy. W praktyce pachnie jak pokaz iluzjonisty: „proszę patrzeć w lewo, bo w prawą kieszeń właśnie wkładam króliczka”.
To jest ta szkoła polityki, w której „otwarta debata” oznacza: my mówimy, wy słuchacie, a potem ogłaszamy, że wygraliśmy. Bo to nie jest format na szukanie prawdy. To jest format na robienie filmików, klipów, rolek i wzruszeń w komentarzach. Uczelnia ma dać dekorację. Studenci mają robić za publiczność. A hasło ma udawać ciekawość świata.
MAGA PO POLSKU, CZYLI CZAPKA ZA DUŻA NA GŁOWĘ
Widać tu też ten typowy kompleks importera. „W Ameryce to działa, to u nas też zadziała”. I cyk: kopiuj–wklej, tylko bez instrukcji obsługi i bez zrozumienia, że Polska to nie parking pod centrum handlowym w Arizonie.
W USA takie „change my mind” było paliwem dla alt-prawicowej machiny. Zresztą ich gwiazdy budowały całe kariery na prowokacji i „złapaniu” przeciwnika na krótkim zdaniu. A potem przyszła tragedia: Charlie Kirk – ikona tego stylu – został zastrzelony podczas wydarzenia na uczelni. To jest cena zabawy w polityczne wrestlingi. Najpierw nakręcasz emocje jak sprężynę, a potem dziwisz się, że komuś puszczają hamulce.
I teraz nasi trzej tenorzy chcą tę sprężynę testować u nas. W kraju, który i bez tego ma polaryzację jak zimowe powietrze: ostre, suche, drażniące gardło. Tylko że oni to robią nie dlatego, że kochają debatę. Oni kochają konflikt. Konflikt jest tani w produkcji i drogi w skutkach. Idealny interes.
UCHWAŁA? PARAGRAF? PRZECIEŻ MY JESTEŚMY OD „OFENSYWY”
Równolegle Jarosław Kaczyński ogłasza ofensywę PiS. To słowo „ofensywa” ma w jego ustach szczególny smak. Jak w restauracji, która zamiast menu ma hasło: „dziś ofensywa kuchni na państwa żołądki”. Brzmi groźnie, a zwykle kończy się zgagą.
Kaczyński wraca na konferencje i opowiada o Niemcach, o „bucie”, o suwerenności. O programie SAFE mówi tak, jakby Europa była wielką próbą wciągnięcia Polski do komory z napisem „Berlin”. I jeszcze prosi prezydenta Nawrockiego o weto. Tu mamy prawdziwą symfonię: partia, która przez lata nie widziała problemu w demolowaniu instytucji państwa, nagle odkrywa, że „niepodległość nie ma ceny”. Odkrywa to zwykle wtedy, gdy przestaje mieć władzę.
A obok prezesa stoi Błaszczak. Człowiek, który potrafi mówić o wojsku z tą samą czułością, z jaką mówi się o lodówce: ma działać, ma być nasza, ma nie pytać. I dodaje, że w UE to ideologia, a w kontraktach z Amerykanami i Koreańczykami – biznes. To ciekawe rozróżnienie, bo w PiS często bywa odwrotnie: ideologia jest wszędzie, a biznes jest zawsze „nasz”.
TRYBUNAŁ, KTÓRY UDOWADNIA, ŻE DA SIĘ ŻYĆ BEZ WSTYDU
Jakby tego było mało, mamy jeszcze teatr w Trybunale Konstytucyjnym. Byli prezesi i wiceprezesi TK ostrzegają, że wniosek posłów PiS to kolejny krok do destabilizacji i próba stworzenia pretekstu do blokowania zaprzysiężania sędziów. W skrócie: zróbmy bałagan, a potem udawajmy, że to porządek.
To jest stara metoda. PiS traktuje instytucje jak śnieg na chodniku. Najpierw się go rozdeptuje, potem się krzyczy, że „ktoś tu nie odśnieża”, a na końcu proponuje się własną ekipę z łopatami, oczywiście z partyjnym logo.
W tej historii jest coś jeszcze smutniejszego: człowiek zaczyna się przyzwyczajać do chaosu. Jak do bólu pleców. Najpierw boli, potem boli codziennie, a na końcu już tylko się człowiek zastanawia, czy to dziś bardziej, czy mniej. I to jest największe zwycięstwo destruktorów: nie krzyk, nie awantura, tylko zobojętnienie.
SONDAŻE: KOŚCI SIĘ ZRASTAJĄ, A PRAWICA SIĘ DZIELI JAK AMEBA
Sondaże pokazują, że Koalicja Obywatelska trzyma prowadzenie, PiS ma wyraźnie mniej, a na prawicy robi się osobny jarmark. Konfederacja rośnie, a Korona Brauna rośnie jeszcze bardziej. To jakby w jednym sklepie otworzyć dwa działy z fajerwerkami: „wybuchowe” i „wybuchowe, ale z dopiskiem ‘historyczne’”.
Kaczyński oficjalnie mówi, że żadnych sojuszy z ludźmi Brauna nie będzie, bo tam „jaszczury”, prorosyjskość, burleska, kłopoty z równowagą. I tu robi się zabawnie, bo to brzmi jak człowiek, który przez lata hodował w domu tygrysa, a teraz oburza się, że tygrys drapie. PiS sam nakręcał radykalizm, teraz patrzy, jak radykalizm robi mu konkurencję. Karma wraca szybciej niż list polecony.
UCZELNIA TO NIE PLAN FILMOWY, A STUDENT TO NIE STATYSTA
W całej tej operze buffo jest jeden realny problem: uczelnie. Uniwersytet ma być miejscem sporów. Ale sporów o idee, dane, argumenty. Nie o partyjne slogany. Nie o to, kto kogo „zaorał” w dwuminutowym klipie. Uczelnia to nie ring MMA i nie plan do TikToka.
Oczywiście, politycy mogą rozmawiać ze studentami. Ale w formule, która nie jest polowaniem na lajki. W formule, w której jest moderator, równowaga stron, sensowny czas, przygotowane materiały, a nie show „zobaczcie, jak młody człowiek nie zna trzeciego paragrafu”.
Bo gdy partyjna propaganda wchodzi na kampus, dzieje się coś paskudnego: młodzi zaczynają mylić debatę z widowiskiem. A potem my, starzy, dziwimy się, że rozmowa publiczna wygląda jak kłótnia w kolejce do lekarza, tylko z mikrofonem.
A MY? MY MAMY ZIMĘ, STAROŚĆ I ROZUM
Mam swoje lata. Wiem, że człowiek nie wygrywa już wszystkiego siłą. Czasem wygrywa się cierpliwością. Czasem śmiechem. Czasem zwykłym: „sprawdźmy fakty”.
Dlatego patrzę na tę „ofensywę” i na te „debaty” jak na ślizgawkę. Kto nie umie jeździć, ten się przewróci. A oni bardzo chcą, żebyśmy się wszyscy przewrócili razem z nimi. Żeby potem mogli powiedzieć: „widzicie, demokracja nie działa”.
Demokracja działa. Tylko wymaga dorosłości. A dorosłość jest dziś towarem deficytowym, droższym niż masło.
Więc kiedy Jaki, Bocheński i Czarnek wniosą na uczelnie swoją walizkę z hasłem „Zmień nasze zdanie”, ja proponuję studentom prosty eksperyment. Niech oni spróbują zmienić zdanie… w jednej sprawie. Jednej. Jakiejkolwiek. O czymkolwiek. Choćby o tym, że Unia to nie „but”, tylko wspólny stół, przy którym trzeba umieć siedzieć. I nie rzucać sztućcami.
A jeśli nie zmienią? To przynajmniej będzie jasne, że nie chodzi o debatę. Chodzi o rekrutację. O werbunek. O polowanie na świeże głowy, zanim zdążą nauczyć się myśleć.
I to jest w tym wszystkim najzabawniejsze i najstraszniejsze zarazem.
Zabawne – bo ci panowie udają amerykańskich influencerów, a wychodzi im szkolna akademia.
Straszne – bo grają na emocjach jak na organach. A potem zdziwią się, że ktoś wreszcie krzyknie: „dość”.
Na koniec, skoro mamy zimę: ubierajcie się ciepło. Na mróz, na propagandę i na cudze „ofensywy”. I pamiętajcie: najgorsze są te choroby, które zaczynają się od małego kataru. Demokracja też.

Dodaj komentarz