Zjazd staruchów i kotów – PIS i reszta politycznego zoo

Warszawa

Zjazd staruchów i kotów – PIS i reszta politycznego zoo

To było jak bal przebierańców w domu spokojnej starości – Kongres PiS w Przysusze. Starszy pan w garniturze, z miną wiecznie zawiedzionego dziadka, obiecywał, że jeszcze im wszystkim pokaże. Że prawica odżyje. Że młodzi pójdą za nim. On, Jarosław Kaczyński, patriarcha przaśnego konserwatyzmu, odmładza PiS – trochę jakby domalować brwi na rzeźbie Mieszka I.

Ale „nowe twarze” to przecież ci sami starzy chłopcy – Fogiel, Kaleta, Szefernaker – których ambicje kończą się na byciu dłuższym cieniem Prezesa. Młode wilki? Gdzie tam. To bardziej młode jamniki, które tylko czekają, aż stary pies wreszcie przestanie warczeć i umrze politycznie. Młodzi prawicowi wyborcy patrzą na to widowisko jak na pogrzeb pomysłów z lat 2005-2015 – dużo kadzidła, zero życia.

Karol Nawrocki, prezydent z nadania, a nie z wyboru serc – uśmiecha się sztucznie na piknikach rodzinnych PiS, a jego największym osiągnięciem jest to, że jeszcze nie pomylił funkcji z rolą rzecznika IPN. To, że wciąż nie wyraził opinii, która nie brzmiałaby jak cytat z broszury edukacyjnej MEN, to jego osobista strategia przetrwania w świecie, gdzie prezydent jest jak dekoracja – ładna, ale niepotrzebna.

Tymczasem Adam Bodnar organizuje akcję „Licz z nami”, czyli ponowne przeliczanie głosów w 296 komisjach. Bodnar, człowiek-instytucja, który wygląda jakby codziennie jadł płatki z demokracją zamiast mleka – chce znaleźć prawdę tam, gdzie wszyscy już machnęli ręką. Giertych z kolei wpadł w tryb turbo-Macierewicza, a Platforma Obywatelska próbuje jednocześnie go wspierać i odcinać się od niego – jak rodzina od wujka, który przynosi do wigilii własną wódkę i teorie spiskowe.

Na lewicy z kolei radosna zbiorowa amnezja. Gawkowski i spółka mówią o przyszłości, jakby właśnie wrócili z terapii grupowej dla ludzi z rozdwojeniem jaźni. Lewica chce być progresywna, ale bez podatków. Chce sprawiedliwości, ale nie dla wszystkich. Ma ambicje, ale tylko w PowerPointcie. Nowe ministerstwo mieszkalnictwa? Oczywiście, zaraz po ministerstwie utopii i departamencie dobrej woli.

A Hołownia z Kosiniakiem? Rzeczpospolita Kardynalska. Dwóch mężów stanu, którzy na zmianę udają, że coś znaczą. Jeden z nich chce, żeby lud wybrał sobie wójta na wieki wieków. Amen. Jakby polski samorząd był kołem gospodyń wiejskich, a demokracja – loterią fantową. Drugi – naczelny mem polityki krajowej – mówi gładko i z sensem, ale tak, żeby nikt się nie przestraszył, że coś trzeba będzie zrobić.

Nie zapomnijmy o Andrzeju Dudzie – byłym prezydencie, obecnie przewodniczącym Koła Miłośników Podpisywania Wszystkiego. Duda przestał już nawet próbować udawać, że coś rozumie z tej gry. Ale przynajmniej nie przeszkadza – jak kaktus na biurku. Stoi. Nie rusza się. Czasem kłuje. Teraz już nawet Małgorzata Manowska wydaje się bardziej aktywna – głównie w odrzucaniu wszystkiego, co pachnie procedurą, prawem i przyzwoitością.

W tle tego dramatu – Donald Trump. Nie, nie nawiedził Przysuchy, ale jego widmo krążyło nad zebranymi. Ba, sam Kaczyński powoływał się na jego poglądy na temat płci. Trump – geopolityczny patostreamer z atomówką, który właśnie ogłosił, że Kanada powinna być 51. stanem. Bo czemu nie? Kiedyś mówił, że Meksyk zapłaci za mur, teraz Kanada ma zapłacić za przynależność. To jakby ktoś chciał kupić sąsiada, bo pożyczył kiedyś cukier.

Na froncie – Ukraina w ogniu, a Trump jakby zapomniał, po której stronie się budził dzisiaj. Wysyła „bogatych ludzi” na zakupy TikToka, sugeruje, że Xi Jinping to jego stary ziomek z klubu golfowego i flirtuje z opcją, że świat stanie się realnym serialem pt. „Ostatni przycisk”.

Czyli, podsumujmy: Kaczyński próbuje reanimować trupa. Lewica próbuje być modna. Hołownia próbuje być potrzebny. A Trump próbuje Kanadę. Polska – kraj prób. Ale jak na razie nikt nie zdał.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights