
W polskiej polityce co jakiś czas pojawia się postać, która wygląda jak bohater westernu, mówi jak bohater westernu, a kiedy zaczyna się strzelanina — okazuje się, że kupił bilet do Miami w jedną stronę. Tym razem padło na Zbigniewa Ziobrę, człowieka, który przez lata sprzedawał się jako połączenie prokuratora, szeryfa i gniewnego kaznodziei, a skończył jako turysta strategiczny z problemami paszportowymi.
Trzeba mu oddać jedno: konsekwencję w budowaniu legendy. Przez lata opowiadał o państwie silnym, surowym, nieustępliwym. Państwie, które ściga, rozlicza, doprowadza. Państwie, które nie żartuje. I w tym właśnie państwie — jak się okazało — najważniejszy jego architekt postanowił sprawdzić, jak wygląda życie poza jego jurysdykcją.
To trochę tak, jakby strażak podpalił dom i pierwszy wyskoczył przez okno z gaśnicą pod pachą, krzycząc, że musi skontrolować hydranty za granicą.
UCIECZKA, KTÓRA WYGLĄDA JAK PLAN
Oczywiście nie wolno mówić „ucieczka”. To nieładne słowo, używane przez ludzi bez wyobraźni. To była operacja logistyczna, manewr strategiczny, być może nawet pielgrzymka prawna. Najpierw Węgry — czyli przedsionek geopolitycznej gościnności — potem nagle Stany Zjednoczone, czyli już nie przedsionek, tylko salon z klimatyzacją i dywanem, po którym nie chodzą komornicy.
Wersja oficjalna brzmi jak scenariusz serialu klasy B: paszport nieważny, ale podróż się odbywa; państwo chce zatrzymać, ale ktoś jednak wpuszcza; ambasador nie chce, ale ktoś wyżej jednak chce bardziej. W tle krążą nazwiska, które brzmią jak obsada kabaretu politycznego: ktoś zadzwonił, ktoś nacisnął, ktoś „załatwił”.
I nagle okazuje się, że człowiek, który przez lata opowiadał o suwerenności państwa, sam staje się eksportowym towarem w cudzej decyzji administracyjnej.
SZERYF, KTÓRY STRACIŁ KONIA

Najpiękniejsze w tej historii jest to, jak brutalnie rozpada się legenda. Ziobro przez lata występował w roli człowieka, który nie cofa się ani o krok. Tymczasem teraz cofnął się o jakieś osiem tysięcy kilometrów.
To już nie jest „W samo południe”. To jest „W samo Newark”.
Wyobraź sobie wyborcę, który przez dekadę słuchał o twardości, nieustępliwości, walce z układami, a teraz ogląda zdjęcie swojego bohatera na lotnisku w USA, jakby właśnie przyleciał na konferencję o podatkach od owoców morza.
Trudno się dziwić, że coś tu zgrzyta. Bo nawet najwierniejszy elektorat ma momenty, w których przestaje udawać, że nie widzi oczywistości.
OBROŃCY, CZYLI CHÓR LUDZI, KTÓRZY WIDZĄ WIĘCEJ (BO MUSZĄ)
I tu wchodzą oni — obrońcy. Ludzie, którzy patrzą na sytuację i mówią: to wszystko jest logiczne. To jest walka o sprawiedliwość. To jest ucieczka przed dyktaturą. To jest… cokolwiek trzeba powiedzieć, żeby nie powiedzieć prawdy.
Ich narracja przypomina człowieka, który tłumaczy, że parasol otworzył się w domu nie dlatego, że pada, tylko dlatego, że deszcz ma zamiar przyjść w przyszłości.
Mówią o politycznych prześladowaniach, o braku gwarancji uczciwego procesu, o konieczności ochrony. Problem polega na tym, że jeszcze niedawno ten sam człowiek gwarantował uczciwość procesów innym. I robił to z taką miną, jakby rozdawał certyfikaty moralności w opakowaniach zbiorczych.
Teraz okazuje się, że system, który stworzył, nie spełnia standardów nawet jego własnego autora. To trochę jak szef restauracji, który nagle zaczyna jeść na mieście, bo boi się własnej kuchni.
PROBLEM DLA WSZYSTKICH, CZYLI JAK ZROBIĆ KŁOPOT Z SAMEGO SIEBIE
Największy talent Ziobry polega dziś na tym, że jest problemem uniwersalnym. Jest problemem dla rządu, bo komplikuje relacje z USA. Jest problemem dla opozycji, bo wygląda jak chodząca kompromitacja. Jest problemem dla Amerykanów, bo nikt nie zamawiał takiego gościa na przyjęcie.
To rzadki przypadek polityka, który potrafi jednocześnie irytować wszystkich, niezależnie od poglądów.
Rząd musi go ścigać, bo inaczej wygląda jak teatrzyk. PiS musi go bronić, bo inaczej wygląda jak przyznanie się do błędu. Amerykanie muszą udawać, że to normalne, choć ewidentnie nie jest.
A Ziobro siedzi gdzieś pod palmą i być może nagrywa filmik o tym, że wszystko jest pod kontrolą.
WIELKI FINAŁ, CZYLI MORALNOŚĆ W CZASACH TANICH LOTÓW
Najbardziej fascynujące w tej historii nie jest to, że ktoś wyjechał. Ludzie wyjeżdżają. Najbardziej fascynujące jest to, że wyjechał ktoś, kto przez lata opowiadał, że inni powinni zostać i odpowiadać.
To jest moment, w którym polityka przestaje być poważna, a zaczyna przypominać farsę pisaną przez kogoś, kto ma wyjątkowo złośliwe poczucie humoru. Bo jeśli państwo ma być silne, to zaczyna się od tego, że jego twórcy nie uciekają przed jego instytucjami. A jeśli uciekają — to znaczy, że albo nie wierzą w państwo, które zbudowali, albo wiedzą o nim coś, czego nie powiedzieli wyborcom.
I tu dochodzimy do sedna, które boli bardziej niż wszystkie polityczne komentarze razem wzięte. Przez lata słyszeliśmy, że państwo jest twarde wobec słabych i sprawiedliwe wobec silnych. Okazuje się, że było dokładnie odwrotnie: było twarde w telewizji, a miękkie w rzeczywistości.
Ziobro nie uciekł tylko przed prokuratorem. Ziobro uciekł przed własną narracją. Przed własnym językiem. Przed tymi wszystkimi zdaniami, które wypowiadał z miną człowieka absolutnie pewnego, że stoi po właściwej stronie prawa. I teraz ten sam człowiek stoi gdzieś daleko, bardzo daleko, i próbuje tłumaczyć, że to wszystko wciąż ma sens. To trochę jak kapitan, który opuszcza statek i przez megafon krzyczy z szalupy ratunkowej, że wszystko jest pod kontrolą.
Najgorsze jest jednak coś innego. Nie to, że on wyjechał. Tylko to, że ktoś jeszcze próbuje udawać, że to normalne. Jeśli to jest normalne, to znaczy, że przez lata karmiono nas opowieścią o państwie, które istnieje głównie w przemówieniach.
A rzeczywistość? Rzeczywistość wygląda tak, że kiedy robi się naprawdę poważnie, bohaterowie okazują się pasażerami. I w tym sensie ta historia jest nawet uczciwa, bo pokazuje, że w polskiej polityce nie ma twardych ludzi. Są tylko twarde konferencje prasowe. A reszta — jak widać — nadaje się głównie do odprawy na lotnisku.

Dodaj komentarz