ZAWIESZAM STUDIO, NIE PISANIE

Warszawa

Postanowiłem zawiesić współpracę ze Studio Opinii.

Nie pisanie. Nie czytanie. Nie złośliwość. Nie komputer. Nie sztuczną inteligencję. I, ku rozczarowaniu paru osób, również nie siebie.

Po prostu przestaję na razie wysyłać tam swoje felietony.

Nie jest to dramatyczne odejście przy dźwiękach skrzypiec, nie palę za sobą mostów, nie rzucam legitymacją na stół, tym bardziej że żadnej legitymacji nie dostałem. Nie będzie konferencji prasowej, rozłamu frakcyjnego ani stowarzyszenia Bielejewski Plus. Zmieniam tylko adres, pod którym będę zostawiał kolejne porcje własnych obserwacji świata.

Powód jest prozaiczny.

Przez ostatnich kilka dni na łamach Studio Opinii rozwinęła się imponująca dziedzina wiedzy pod nazwą bielejewskologia stosowana.

Dowiedziałem się, że piszę za dużo, komentuję za dużo, bywam protekcjonalny, występuję w charakterze recenzenta, nauczyciela, mentora, moderatora, dominatora dyskusji, a prawdopodobnie przy sprzyjającej pogodzie również administratora serwera. Moja aktywność miała powodować nawet „strukturalną nierówność” między uczestnikami rozmowy.

Nie wiedziałem, że jestem strukturą.

Do tej pory sądziłem, że jestem starszym panem z komputerem, któremu polityka dostarcza więcej materiału, niż organizm jest w stanie spokojnie przetrawić.

Ale człowiek uczy się całe życie.

Największą fascynację wywołało jednak moje korzystanie ze sztucznej inteligencji. AI została w dyskusji oskarżona mniej więcej o wszystko z wyjątkiem zamachu w Sarajewie. Okazała się plagiatem, moralnym wykroczeniem, drogą na skróty i dowodem, że skoro tekst jest dowcipny, sprawny albo zawiera informacje, to z pewnością autor nie miał z tym wiele wspólnego.

To mnie szczególnie rozbawiło.

Przez kilkadziesiąt lat pracowałem jako analityk, nauczyciel i wykładowca. Korzystałem z komputerów, modeli, baz danych, narzędzi analitycznych i coraz bardziej zaawansowanych systemów wspierających pracę długo przedtem, zanim ChatGPT stał się bohaterem rozmów przy niedzielnym rosole.

Dzisiaj używam AI do szukania danych, sprawdzania faktów, porządkowania materiału, porównywania informacji, szukania kontrargumentów, skracania i poprawiania tekstów.

Tak samo jak kiedyś używałem kalkulatora, zamiast mnożyć słupki na serwetce.

Nie przyszło mi jednak do głowy, żeby po zakupie kalkulatora ogłosić się profesorem matematyki.

Ani żeby oskarżyć Excela o napisanie mojego raportu.

AI jest narzędziem. Bardzo sprawnym, czasami genialnym, czasami irytująco głupim i wymagającym stałej kontroli. Ale nadal narzędziem.

Fortepian potrafi wydać każdy potrzebny dźwięk. Mimo to nie zauważyłem, żeby sam komponował Chopina.

Najzabawniejsze w całej awanturze było coś innego. Spora część osób protestujących przeciwko sztucznej inteligencji posługiwała się przy tym tekstami, argumentami i konstrukcjami, przy których trudno nie podejrzewać, że AI przynajmniej przechodziła korytarzem.

Nie mam o to pretensji. Przeciwnie. Witam w klubie.

Mój drugi grzech jest jeszcze starszy od sztucznej inteligencji.

Mam zwyczaj komentować cudze teksty. Co gorsza, nie zawsze pochlebnie.

Jako wieloletni nauczyciel i wykładowca nabawiłem się przykrego odruchu: kiedy czytam argument, pytam, czy jest sensowny. Kiedy widzę sprzeczność, wskazuję ją. Kiedy tekst mi się podoba, mówię, że jest dobry. Kiedy coś wydaje mi się nadęte, banalne albo śmieszne — zdarza mi się to napisać.

Czasem dowcipnie. Czasem złośliwie. Czasem złośliwie bardziej niż dowcipnie. Rozumiem, że nie każdy to lubi. Zwłaszcza kiedy przedmiotem dowcipu zostaje jego własny tekst.

Śmianie się z Morawieckiego jest działalnością obywatelską. Śmianie się z nas samych bywa już naruszeniem praw człowieka.

Przyjmuję także uwagę Wojciecha Kuszki, że mój ton bywa czasami protekcjonalny. Zapewne bywa. Człowiek, który przez dziesięciolecia poprawiał cudze rozumowanie, łatwo zaczyna brzmieć jak pani od polskiego pochylona nad klasówką.

Postaram się tego pilnować. Nie obiecuję jednak, że przestanę oceniać argumenty. W przeciwnym razie komentarz pod artykułem musiałby wyglądać tak:

„Dziękuję Autorowi za interesujący tekst”.

„Również dziękuję”.

„Pozdrawiam serdecznie”.

Po tygodniu portal można by przenieść do domu spokojnej starości dla przymiotników.

Najwięcej energii w analizę mojego przypadku włożył Pan Sławek, któremu przy tej okazji naprawdę należy się wyróżnienie.

Pan Sławek pamięta moje komentarze lepiej ode mnie. Wie, co napisałem Bungo, Sonii, Izydorowi, Obirkowi, Andrzejowi, co sądziłem o Klubach Radykalnego Centrum, serniku, lemoniadzie, barszczu, Powstaniu Warszawskim i metodologii dyskusji.

Gdyby zaginął mój dysk, zadzwonię do Pana Sławka. Prawdopodobnie ma kopię.

To właśnie on odkrył wspomnianą „strukturalną nierówność”: ja odpowiadam często, inni rzadziej, więc uzyskuję przewagę.

Muszę przyznać, że poczułem ciężar odpowiedzialności. Nie zdawałem sobie sprawy, że przycisk „Odpowiedz” uruchamia się u mnie szybciej niż u pozostałych. Być może mam wersję premium. W każdym razie po kilku dniach tej debaty doszedłem do wniosku, że szkoda czasu mojego, Redakcji i komentatorów na dalsze ustalanie, czy Bielejewski występuje w Studio Opinii w dawce dopuszczalnej przez normy europejskie.

Zwłaszcza że zacząłem publikować tam z zupełnie innego powodu. Studio Opinii czytam niemal od początku jego istnienia. Zawsze ceniłem to miejsce za ludzi, za inteligencję, niezależność, spory i historię. Kiedy Wojciech Kuszko zaczął przyjmować moje teksty, traktowałem to jako wyróżnienie.

Miałem przy tym naiwną nadzieję, że może uda się stronę trochę bardziej rozruszać. Więcej bieżących tekstów, więcej reakcji na wydarzenia, więcej autorów, więcej komentarzy, trochę więcej ruchu.

Plan się udał. Ruch rzeczywiście powstał. Tyle że głównie wokół pytania, czy nie należałoby ograniczyć człowieka, który próbował go zwiększyć. To trochę jak otworzyć dancing, a następnie powołać komisję do spraw faceta, który za często wychodzi na parkiet.

Nie mam do nikogo żalu. Naprawdę.

Studio Opinii jest własnością swoich twórców i Redakcji, a nie moją. Wojciech Kuszko ma pełne prawo decydować, co publikuje, a czytelnicy mają pełne prawo pisać, że Bielejewskiego mają już powyżej kokardy.

Ja z kolei mam prawo uznać, że przestało mnie bawić regularne wysyłanie tekstów do miejsca, w którym coraz większa część dyskusji nie dotyczy już tego, co napisałem, lecz tego, czy powinienem tyle pisać i jakich narzędzi wolno mi używać.

Dlatego robię rzecz najprostszą. Wracam z felietonami do siebie. Będę je publikował na bielejewski.waw.pl, a informacje i linki do nowych tekstów będą pojawiały się również na moim koncie X — @Krzysztof220730.

Kto lubi — zapraszam. Kto nie lubi — nie musi się nawet wypisywać. Internet ma cudowną funkcję, której nadal nie doceniamy: niekliknięcie. Działa bez ustawy. Bez komisji sejmowej. Bez dwóch trzecich głosów. I bez pomocy sztucznej inteligencji.

Wojtkowi Kuszko zostawiam oczywiście pełną swobodę. Jeżeli uzna kiedyś, że jakiś mój tekst pasuje do Studio Opinii i zechce go tam udostępnić — proszę bardzo. Nie mam nic przeciwko temu. Zawieszam wysyłanie tekstów. Nie ogłaszam wojny. To raczej separacja z możliwością odwiedzin.

I przy okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy moje felietony w Studio czytali, chwalili, krytykowali albo zwyczajnie się z nimi spierali. Profesorowi Obirkowi, Markowi Jastrzębiowi, WaszeRowi d. Londyńskiemu, Zbigniewom, Renacie, Maciejowi i innym, dzięki którym nie miałem poczucia, że piszę do ściany.

Dziękuję również krytykom.

Szczerze. Bez nich nie dowiedziałbym się, że można w ciągu kilku miesięcy zostać jednocześnie grafomanem, Gierkiem, grzybem w barszczu, profesorem z czerwonym długopisem, produktem AI, nieformalnym moderatorem oraz źródłem strukturalnej nierówności.

Nie jest to może Nobel, ale jak na emeryta — nieźle.

A wszystkim, którzy uważali, że zajmuję w Studio za dużo miejsca, przekazuję wiadomość najlepszą z możliwych:

miejsce jest wolne. Można pisać. Można komentować. Można publikować częściej. Można publikować rzadziej, ale za to z namysłem. Można pisać bez AI, z AI, piórem, ołówkiem, na maszynie, w Wordzie albo patykiem na piasku.

Chętnie będę zaglądał do Studio i obserwował, jak po moim wycofaniu następuje wielki wybuch twórczości: nowi autorzy, świeże nazwiska, kolejne felietony, młodsi czytelnicy, coraz większy ruch.

Jeżeli tak się stanie, pierwszy przyznam: byłem korkiem. Wystarczyło mnie wyjąć i szampan polskiej publicystyki wystrzelił pod sufit.

Jeżeli natomiast butelka nadal będzie stała cicho, może się okazać, że problem był bardziej skomplikowany, ale tego już nie będę recenzował. Przecież pracuję nad protekcjonalnością.

Na razie więc dziękuję Studio Opinii za gościnę. Było mi naprawdę miło tam pisać.

Czasem również niemiło, ale felietonista, któremu zawsze jest miło, powinien raczej pisać teksty na opakowania czekoladek.

Ja zostaję przy polityce, świecie, absurdzie i własnym paskudnym zwyczaju posiadania opinii.

Zabieram komputer. Zabieram złośliwość. Zabieram AI. Zabieram również słynnego grzyba. Barszcz zostawiam.

Niech teraz spokojnie pokaże, co potrafi bez niego.


  1. Janusz

    A jednak zabolało.
    Panie Krzysztofie jesteśmy równolatkami. Od dość dawna czytam Pańskie felietony, nie komentuję gdyż nie mam nic mądrzejszego do dodania, ale…
    Najpierw uciekł Pan z fb, teraz znowu ze Studia Opinii. Rozumiem – nie chce Pan być postacią konfliktową, lecz rezygnować z tego co się lubi i potrafi? Proszę o troszeczkę uporu i nieustępliwości.
    Z wyrazami podziwu i szacunku
    Janusz Rutkowski

    1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

      Panie Januszu, dziękuję. I przyznaję: zabolało. Człowiek może mieć grubą skórę, ale przecież nie po to przez siedemdziesiąt kilka lat ją hodował, żeby niczego już nie czuć.

      Nie nazwałbym jednak tego ucieczką. Z Facebooka wyszedłem, bo zrobiło się tam tłoczno jak w autobusie, w którym wszyscy jednocześnie mówią przez telefon. Ze Studio Opinii odchodzę dlatego, że dyskusja o moich tekstach zaczęła chwilami zajmować więcej miejsca niż same teksty. Uznałem, że skoro stałem się osobnym działem tematycznym, najlepiej będzie czasowo zamknąć redakcję tego działu.

      Ale z pisania nie rezygnuję. Jeszcze nie zwariowałem aż tak bardzo.

      Ma Pan rację również z tym uporem. Trochę go mam, tylko z wiekiem nauczyłem się, że nie każdą bitwę trzeba wygrywać, zwłaszcza gdy można po prostu przenieść stolik do sąsiedniej kawiarni i dalej spokojnie pić kawę.

      A Pański komentarz jest właśnie jednym z tych, po których człowiek przez chwilę myśli, czy jednak nie przesadził z pakowaniem walizki.

      Dziękuję za życzliwość, podziw i szacunek. Ten ostatni odwzajemniam, a z podziwem proszę ostrożnie — jeszcze mi odbije i wrócę.

  2. Marek Jastrząb

    Czytam Twoje teksty i zadaję sobie głupie pytanie: jak długo utrzymałyby się w SO felietony Gombrowicza Witolda? Albo publicystyka Kisiela? Jeden w drugiego znani z bezkompromisowości, nie patyczkujący się z wypowiadaniem sądów o ludziach ze świecznika, śmiało opisujący ich charaktery i działalność. Podejrzewam, że uchowali by się krótko, ponieważ nadal obowiązuje Prawo Urażonej Godności.

    1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

      Marku, podejrzewam, że Gombrowicz utrzymałby się w dzisiejszym internecie mniej więcej do pierwszego komentarza. Po „Ferdydurke” dostałby zarzut protekcjonalnego stosunku do uczniów, po „Trans-Atlantyku” — braku szacunku dla narodowej wrażliwości, a po kilku zdaniach z „Dziennika” powstałby zapewne społeczny komitet do spraw jego tonu.

      Kisiel miałby jeszcze gorzej. Człowiek, który uważał złośliwość za odmianę higieny intelektualnej, w epoce Prawa Urażonej Godności musiałby do każdego felietonu dołączać instrukcję bezpieczeństwa: „Uwaga, tekst zawiera opinię. Czytać wyłącznie po konsultacji z własnym poczuciem wartości.”

      Najbardziej rozczula mnie bowiem współczesne przekonanie, że polemika powinna być ostra, bezkompromisowa i odważna — pod warunkiem że nie dotyczy nas. Wtedy nagle kończy się wolność słowa, zaczyna „ton”, „protekcjonalność”, „brak kultury dyskusji” i potrzeba powołania komisji etyki felietonu.

      Gombrowicz zapewne odpowiedziałby na to czymś znacznie bardziej bezczelnym. Kisiel krócej. Ja ograniczę się do stwierdzenia, że Prawo Urażonej Godności ma tę przewagę nad konstytucją, że obowiązuje bez uchwalania i każdy nosi jego Trybunał we własnej kieszeni.

      Dzięki, Marku. Z takim prawem literatura miałaby ciężko. Na szczęście urażona godność czyta wyjątkowo pilnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights